niedziela, 13 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 73 - Nowi członkowie Studia

Dzień dobry wszystkim!
Zapraszam na rozdział 73 :)
Cała szkoła zebrała się w sali koncertowej, w której zawsze odbywały się wszelkie zebrania, ale również, tak jak wskazywała na to nazwa, przeróżne występy. Uczniowie po kolei do niej wchodzili. Kiedy w końcu wszyscy znaleźli się w środku, Pablo zaczął wprowadzać dzieciaki w temat.
- Chciałbym wam przedstawić nową uczennicę z naszego Studia. Ma na imię Matylda i przyjechała do nas z Niemiec wraz ze swoim ojcem Lucasem. Pojawili się oni tutaj w ramach naszej zagranicznej wymiany. Jak dobrze wiecie, w tym roku do tamtejszego kraju wyjechał Gregorio, więc łatwo się domyślić, że Lucas będzie was uczył tańca. Powitajcie ich gorąco.
Po sali rozległ się odgłos oklasków.
- Dzień dobry. Nazywam się Lucas Szulc, a Matylda jest moją córką. Z góry chciałbym uprzedzić, że nas hiszpański nie jest najlepszy, więc jeśli mówimy coś źle, to śmiało proszę nas poprawiać. Cóż mógłbym jeszcze powiedzieć? Mam nadzieję, że nasza współpraca przez ten tydzień będzie owocna i, że będzie nam razem się świetnie pracować. - odrzekł zastępca naszego dotychczasowego nauczyciela tańca. - Matyldo, chcesz coś dodać?
- Chciałabym jeszcze podziękować Pablo, że dzięki niemu mogłam się znaleźć tutaj. Do tej pory moje marzenie o wyjeździe do Ameryki Łacińskiej było czymś niemożliwym. A dzięki współpracy Studia ze szkołą mojego taty stało się to realne. Jeszcze raz dziękuję. - powiedziała zerkając na mojego męża.
- Nie ma za co. Przyjemność po mojej stronie. - odpowiedział. - Skoro już wszyscy się wypowiedzieli i poznaliśmy nowych członów naszego Studia, którzy spędzą tutaj najbliższy tydzień, możemy wrócić na zajęcia. - podsumował. - Moja grupa, wróćcie już do klasy, a ja zaraz do was dołączę, tylko muszę jeszcze zaprowadzić Lucasa do sali tanecznej i pokazać mu, jak obsługuje się tam sprzęt. Angie! - zawołał mnie nim jeszcze zdążyłam opuścić pomieszczenie. - Ty masz lekcję teraz z grupą, do której teraz będzie należeć Matylda, prawda? - spytał, a ja przytaknęłam mu w odpowiedzi. - Pozwolisz jej się przedstawić, dobrze?
- Nie bój się, poradzę sobie. - zaśmiałam się. - A teraz leć już, bo Lucas na ciebie czeka.
- Do zobaczenia. - pożegnał się dając mi buziaka.
- Cześć.
Odnalazłam wzrokiem nową uczennicę naszej szkoły i podeszłam do niej. Stała tyłem do mnie i chyba rozglądała się po sali.
- Dzień dobry. - puknęłam ją delikatnie w plecy. - Nazywam się Angeles Saramego, ale mów mi Angie. Uczę tutaj śpiewu i mam przyjemność mieć z tobą pierwsze zajęcia. - przedstawiłam się krótko. - Chodź ze mną. Pokażę ci, gdzie odbywają się moje lekcje.
Dziewczyna wzięła swoją torebkę z krzesła i zaczęła za mną iść. Sala śpiewu znajdowała się dwie klasy od tej, w której się przed chwilą znajdowałyśmy. Kiedy otworzyłam drzwi zobaczyłam, że w środku czeka już na mnie cała grupa. Razem z Matyldą podeszłam do keyboardu, czyli do miejsca, z którego zawsze prowadziłam lekcje i nie za bardzo wiedziałam, jak mogę rozpocząć te zajęcia, ale mimo to, jakoś dałam sobie radę.
- Jak już słyszeliście, Matylda jest naszą nową uczennicą. Niestety, spędzi tutaj tylko tydzień, ale mimo to mam nadzieję, że ciepłą ją przyjmiecie do swojej grupy na ten czas. Matyldo - zwróciłam się do niej. - Przedstawisz się nam?
- Oczywiście. - odparła. - Jak już dobrze wiecie, nazywam się Matylda Szulc. Mieszkam w Niemczech, ale urodziłam się w Polsce.
- W Polsce? - zdziwił się Tom. - A potrafisz powiedzieć coś po polsku?
- Tak. Na co dzień, w domu z rodzicami porozumiewam się w tym języku.
- A powiesz coś? Na przykład: "Hola, me llamo Matylda, yo soy de Polonia y me encanta Argentina".
- Cześć, nazywam się Matylda, jestem z Polski i kocham Argentynę. - odpowiedziała z uśmiechem. - Co by tutaj jeszcze od siebie dodać? Nie mam rodzeństwa. Bardzo lubię i cenię sobie muzykę, ale taniec jest w moim życiu ważniejszy. Chciałabym zostać zawodową tancerką i mam nadzieję, że to marzenie się spełni tak, jak to o przyjeździe tutaj. Odkąd tylko pamiętam chciałam odwiedzić Amerykę Południową, ale według moich rodziców jak do tej pory było to niemożliwe. Dlatego jestem naprawdę wdzięczna waszemu dyrektorowi, że dzięki niemu mogłam się tutaj pojawić.
- Dziękujemy bardzo za to, że mieliśmy okazję lepiej cię poznać. Proszę, dołącz do grupy. Zaczynamy zajęcia.
Lekcja minęła bardzo szybko. Tom, jako miłośnik Polski, cały czas wypytywał Matyldę, jak coś powiedzieć po polsku, lub czy w kraju, w którym się urodziła jest podobnie jak w Argentynie. Można stwierdzić, że chłopak był nią zachwycony. Tamta godzina minęła naprawdę szybko i nim się obejrzałam nowa dziewczyna wychodziła z klasy otoczona przez kilka osób z naszej grupy, którzy mieli ochotę ją bliżej poznać. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do pokoju nauczycielskiego. Miałam teraz okienko, więc mogłam usiąść tam na spokojnie i sprawdzić kilka klasówek. Weszłam do środka. Okazało się, że był tam tylko nasz nowy nauczyciel tańca. Przywitałam się z nim i zaczęłam sobie parzyć kawę.
- Ty jesteś Angie, tak? - zapytał Lucas.
- Ja, ich unterrichte einen Gesang hier.
- Sprichst du Deutsch? - zapytał zdziwiony.
- Nie, ale uczyłam się go trochę w liceum. - uśmiechnęłam się. - Coś tam powiem, ale nie dużo. - odparłam. - Słyszałam, że potrafisz mówić jeszcze po polsku.
- Tak, to prawda. Skąd wiesz?
- Twoja córka się chwaliła. Pochodzisz z Polski?
- Tak. Mieszkałem tam dopóki Matylda nie skończyła dziesięciu lat. Później wyjechaliśmy do Niemiec i tam znalazłem pracę jako nauczyciel tańca w jednej ze szkół w Berlinie.
- A co z mamą Matyldy? Też jest Polką?
- Tak, mama Matyldy też była z Polski. Znaliśmy się od małego. Chodziliśmy razem do szkoły, ale zaiskrzyło pomiędzy nami dopiero po studiach.
- Powiedziałeś "była"...
- Umarła przy porodzie. - odpowiedział nim zdążyłam zadać pytanie.
- Przepraszam, nie wiedziałam.
- Spokojnie, przecież wiem. To było dawno temu. Przyzwyczaiłem się do tego, że jej już nie ma przy mnie. Właściwie, przy nas. Najbardziej żałuję tego, że Matylda nie zdążyła jej poznać.
W tamtym momencie zrobiło mi się żal Lucasa. Nie wyobrażam sobie jakby wyglądało życie mojej córki, gdyby nie poznała któregoś ze swoich rodziców, a Matyldzie się to przytrafiło. Nie wiem nawet, jak wyglądałoby moje życie bez Pabla. Nie twierdzę, że uczucia Szulca były nie trwałe wobec jego ukochanej. Zazdroszczę mu tej odwagi, bo nawet jeśli ja bym straciła męża to nawet po długim okresie czasu nie umiałabym o tym mówić. Zbyt dużo śmierci już przeżyłam.
Wiem, co czuł. Podeszłam do niego bliżej i go przytuliłam. Był nieco zdziwiony, ale po chwili odwzajemnił uścisk. Nagle drzwi od pomieszczenia otworzyły się. Stałam do nich tyłem więc, żeby zobaczyć kto wszedł musiałam puścić Lucasa i obrócić się. Też tak zrobiłam. Oczywiście, jak zawsze nie w porę, zjawić się Pablo. Wiedziałam, że długo będę się z tego tłumaczyć.
- Widzę, że już się poznaliście. - powiedział mój mąż.
- Tak. Wiedziałeś, że Lucas i Matylda są Polakami i tylko mieszkają w Niemczech?
- Naprawdę? Mówisz po polsku?
- Tak.
- Zazdroszczę. To jest bardzo trudny język.
- Niestety taka prawda. - odpowiedział. - Jakbyś potrzebował pomocy w tłumaczeniu na polski to już wiesz, do kogo warto się zgłosić. - uśmiechnął się.
- Zapamiętam. - rzucił Pablo. - Angie, mógłbym prosić cię do mojego gabinetu?
- Jasne. - powiedziałam. - Lucas, jakbyś chciał pogadać, to dzwoń. - sięgnęłam po kawałek kartki i długopis. - Tu jest mój numer. Możesz dzwonić o każdej porze. - podałam mu ją. - Coś o tym wiem, więc śmiało. Nie krępuj się.
- Dziękuję. - odparł.
Wyszłam z pokoju i szłam zaraz za swoim mężem. Wiedziałam, że za moment się zacznie. Będziemy się kłócić. Nie chciałam tego tym bardziej, że nie zrobiłam nic złego. Pablo nacisnął klamkę od drzwi i weszliśmy do środka. On zajął swoje miejsce za biurkiem, a ja nadal stałam przy drzwiach.
- Wiem. Wiem, jak to wyglądało, ale uwierz, że to nie było tak.
- Nie przytulałaś go?
- Przytulałam, ale miałam do tego konkretny powód. Powiedział, że zmarła mu żona. Nie czuł się z tym najlepiej. Chciałam go pocieszyć. Widziałam, że tego potrzebuje.
- Zmarła mu żona? Słyszałem, że ma żonę. Opowiadał mi o niej.
- Może ma. Źle powiedziałam. Matka Matyldy zmarła przy porodzie. Możliwe, że do tego czasu sobie kogoś znalazł.
- W każdym razie nie poprosiłem cię tutaj, abyśmy o nim rozmawiali. Znaczy, nie do końca.
- W takim razie, po co? - spytałam.
- Wyszło tak niefortunnie, że Beto miał ich u siebie przetrzymać przez ten tydzień, ale zachorowała mu mama i nie jest w stanie się tego podjąć. Pomyślałem więc, że może zrobimy to za niego.
- Jasne. Mamy miejsce, warunki, czas też się znajdzie. Martina na pewno się ucieszy.
- Dobrze, że się zgadzasz. - uśmiechnął się i wstał z krzesła. - Mam najukochańszą żonę na świecie. - powiedział podchodząc do mnie.
- A ja najlepszego męża. - rzuciłam, gdy mnie objął.
- Te amo... - mruknął i pocałował mnie.
Zmienił się. Kilka lat temu urządziłby mi taką scenę zazdrości, że wyszłabym stamtąd, albo cała zapłakana, albo rozwścieczona, jednak nie teraz. Widocznie zdążył się już przekonać, że tylko on jest dla mnie ważny i że zawsze tylko on będzie się dla mnie liczył.

I jak Wam się podobał? Myślicie, że Matylda z Lucasem namieszają, czy raczej po prostu sobie będą, a życie Studia będzie toczyło się tak, jak zawsze? :D
Czy tylko ja tak okropnie nie mogę się doczekać świąt? Tak bardzo chcę już choinkę, prezenty, dwanaście potraw, trochę wolnego od szkoły i całą rodzinę w domu <3

Do zobaczenia w przyszłym tygodniu! ;*
bloggerka

niedziela, 6 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 72 - Przecież w życiu nie dałbym cię skrzywdzić!

Dobry wieczór!
Zapraszam na rozdział 72.
- Angie, Pablo! - usłyszałam. - Jak miło was widzieć! Co tutaj robicie? - obróciłam się, a ku moim oczom ukazał się German.
Tamtego wieczoru wybieraliśmy się na romantyczną kolację, którą zaproponował mój mąż. Byliśmy właśnie w jednej z wielu restauracji znajdujących się w tym mieście, a Casttio musiał się znaleźć dokładnie w tej samej, co my. Przypadek?
- Przyszliśmy coś zjeść. - odpowiedziałam.
- W takim razie, może się do was dosiądę? - zaproponował. - Nie chce mi się gotować, a przecież muszę coś jeść. - zaśmiał się. - Gdzie siadamy?
- Wiesz Angie... - zaczął Pablo. - Nie mam portfela. Chyba zostawiłem go w domu. Będziemy musieli po niego wrócić. - powiedział łapiąc mnie za rękę.
- Przecież ja mogę zapłacić. - odrzekł mój szwagier. - Chodźcie. Tam jest wolny stolik.
Mąż mojej zmarłej siostry poszedł przodem, a my kawałek za nim. Ten wieczór miał się potoczyć zupełnie inaczej. Mieliśmy spędzić go sami, tylko we dwoje. Nie chciałam, żeby było inaczej.
- Co robimy? - mruknęłam Galindo na ucho.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział po cichu tak, żeby German tego nie usłyszał. - Może...
Nie zdążył dokończyć, gdyż mój szwagier zatrzymał się przy jednym ze stolików. Zdecydował, że to właśnie przy nim usiądziemy. Zajęliśmy miejsca. Ja razem z mężem siedziałam na przeciwko niego. Nie minęła długa chwila, a kelner przyniósł nam menu. Otworzyłam je i udawałam, że czytam. Tak naprawdę w myślach szukałam sposobu, jakiego moglibyśmy użyć, aby stąd szybko zniknąć i nie urazić przy tym nikogo.
- Co zamawiacie?
- Ja jakoś nie jestem głodny... - stwierdził Galindo.
- Mnie też apetyt przeszedł. - rzuciłam.
- No nie krępujcie się! Wiecie dobrze, że dla mnie to nie problem.
- German, to naprawdę krępująca dla nas sytuacja. Nie chcemy jeść na twój rachunek. Lepiej będzie, jak już pójdziemy.
- Pablo, przestań. Kiedy ja będę potrzebował pieniędzy od was, to wierzę, że wy mi wtedy pomożecie tak, jak ja pomagam wam.
- Ale my naprawdę nie potrzebujemy pomocy finansowej. Mamy pieniądze. Po prostu zapomnieliśmy ich wziąć z domu.
- Nigdzie nie idziecie. - zaprotestował. - Kelner! Poproszę trzy zestawy dnia. - krzyknął. - Co chcecie do picia? - zwrócił się do nas, ale nie uzyskał odpowiedzi. - I do tego trzy soki pomarańczowe.
Nie udawało nami się wyjść. Podejmowaliśmy tego próbę chyba z siedem razy, ale nie. Za żadnym nie zostaliśmy wypuszczeni. Nie chodziło o to, że nie chcieliśmy spędzać czasu z Germanem. No dobra, może trochę. Mieliśmy w planach spędzić ten wieczór tylko we dwoje, a tu nagle on stanął nam na drodze. Siedzieliśmy tam jak na szpilkach czekając na najbliższą okazję, aby dać nogę. Nastąpiła ona dopiero około dwie godziny później, kiedy Casttio dostał telefon, że za pół godziny ma spotkanie z Japończykami w drugim końcu miasta. Zapłacił za danie i wyszedł. Razem z moim mężem mieliśmy zamiar zamówić sobie jeszcze po deserze, ale stwierdziliśmy, że to chyba nie najlepszy pomysł, abyśmy tutaj zostali, bo może się zdarzyć, że mój szwagier tutaj powróci i nas tu zobaczy, a tego żeśmy nie chcieli. Ubraliśmy się i wyszliśmy z lokalu idąc przed siebie. Nagle w ogół nas można było poczuć zapach kawy. Rozejrzeliśmy się dookoła i ujrzeliśmy budkę z gorącymi napojami.
- Masz ochotę na coś ciepłego do picia? - zapytał.
- Hmm... - podeszłam do menu. - Gorąca czekolada. Z bitą śmietaną. I czekoladowymi rurkami.
Pablo zaśmiał się pod nosem i wyciągnął portfel z kieszeni. Podszedł do okienka złożył dwa zamówienia, odczekał chwilę i podszedł do mnie z dwoma kubkami. Podał mi mój. Przez rękawiczki poczułam jaki jest ciepły. Wzięłam łyka. To było przepyszne. Czekolada smakowała tak, jak za czasów, gdy byłam małą dziewczynką. Bita śmietana była taka delikatna i z łatwością rozpływała się w ustach. Od razu poczułam, jak zaczyna mi się robić cieplej. Na policzkach wymalowały mi się dwa czerwone rumieńce. Mój mąż ponownie się zaśmiał.
- Z czego się śmiejesz? - zapytałam się.
- Ubrudziłaś się. - odpowiedział.
- Gdzie? - spytałam.
- Tutaj. - wskazał palcem miejsce w okolicach moich ust.
- No gdzie? - powtórzyłam pytanie.
- Tutaj. - odparł i energicznie złączył swoje wargi z moimi.
Zaczął mnie całować. Z jego ust bił smak świeżo zmielonej kawy, a z jego twarzy przyjemne ciepło. Nagle zapomniałam o zimnie, które nas otaczało. Wręcz przeciwnie, zrobiło mi się ciepło, a nawet gorąco. Uśmiechnęłam się.
- Kocham cię. - mruknęłam.
- Ja ciebie też. - pocałował mnie jeszcze raz.
Złapaliśmy się za ręce i zaczęliśmy iść w stronę przystanku autobusowego. Na dworze panował już nastrój świąteczny. Na ulicach świeciły się lampki choinkowe, w oknach domów były gwiazdy, a z niektórych balkonów schodził pluszowy święty Mikołaj. Nagle ulicą przejechał autobus. Mój mąż mocniej chwycił moją dłoń i zaczął biec. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że ucieka nam bus. Próbowaliśmy dać z siebie tyle, ile to tylko możliwe, aby do niego wsiąść. Niestety, nie zdążyliśmy. Odjechał. A już tak niewiele brakowało.
- Sprawdź o której jest następny. - powiedziałam.
Pablo podszedł do rozkładu jazdy i przejechał po nim palcem.
- No i? - spytałam.
- Za dwie i pół godziny. - odparł.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do niego i zerknęłam na rozpiskę. Nie kłamał. Nie będę ukrywać, nieco mnie to zdziwiło, ponieważ w naszym mieście transport miejski odjeżdżał średnio co piętnaście, dwadzieścia minut. Maksymalnie pół godziny, nigdy więcej. Co prawda, było już późno, ale prawie trzy godziny do następnego autobusu? To trochę długo.
- Mówiłeś, że pilnujesz czasu. - zaczęłam.
- Bo pilnowałem. Odjechał trzy minuty za wcześnie.
- Trzy minuty? To ty nie wiesz, że na przystanku trzeba czekać co najmniej pięć minut wcześniej, bo nigdy nie wiesz, kiedy coś nadjedzie.
- Dobrze, pomyliłem się! Każdemu się zdarza! Przepraszam, że nie jestem idealny!
- Dwie i pół godziny! - krzyknęłam. - Dwie i pół! Chyba szybciej będzie jak pójdę na pieszo! - zaczęłam iść przed siebie.
- To idź! Powodzenia! Jest ciemno, zimno i niebezpiecznie!
- I tak będę tam przed tobą! Nie licz na to, że ci otworzę!
- Daj znać, ile po drodze zaczepiło cię obcych facetów! O ile, w ogóle wrócisz do domu!
Nie odpowiedziałam. Szłam dalej przed siebie starając się ignorować jego wszelkie uwagi. Minęła dłuższa chwila i usłyszałam jak Pablo mnie woła. Zaczął za mną biec, a ja zaczęłam przed nim uciekać. Chciałam mu pokazać, że dam radę i, że jest w ogromnym błędzie. Jednak on mnie dogonił.
- Angie! Angie, przepraszam, no! Tak mi się powiedziało!
Nie odpowiadałam nic. Zaczęłam dalej iść. Nie miałam zamiaru go słuchać. Chciałam być już w domu, zamknąć przed nim drzwi i położyć się spać w mojej ciepłej sypialni, pod miękką pościelą
- Przecież w życiu nie dałbym cię skrzywdzić! -  krzyknął.
Zatrzymałam się. On do mnie podszedł i spojrzał mi się prosto w oczy. Nie mogłam mu się oprzeć. Jego wzrok mówił więcej niż słowa. Po raz kolejny uległam mu. Nie potrafiłam się na niego długo gniewać. Przytuliłam się do niego mocno. Bardzo mocno. Pocałował mnie w czoło.
- Kiedy patrzę w twe oczy wiem, że kochałem cię przez tysiąc poprzednich żyć...* - mruknął mi na ucho, a następnie mnie objął. - Przepraszam. Wiem, że to co powiedziałem było chamskie, nawet bardzo. Nie myślałem o tym, co mówiłem. Najzwyczajniej w świecie chciałem ci zrobić na złość.
- Ja też chciałabym cię przeprosić. Miałeś rację. Każdemu zdarzy się popełnić błąd. Ja w przeciwieństwie do ciebie popełniłam ich już od groma, a ty mi wszystkie wybaczałeś. Tak po prostu. Dlatego ja nie mam prawa się na ciebie za to gniewać.
- Tak po prostu? Angie, wybaczałem ci, bo cię kocham i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy byli skłóceni. - Jesteś moim światem, z którym życie w wiecznej kłótni nie ma sensu.
Spojrzałam się na niego jeszcze raz. Tym razem widziałam w jego oczach miłość i szczęście. To zawsze sprawiało, że ja również odczuwałam radość. Wtuleni w siebie zaczęliśmy wracać w stronę przystanku. Tak, jego pomysł był lepszy i przede wszystkim bezpieczniejszy. A z resztą, to nie ważne. Nie ważne, gdzie byłam ważne, że byłam tam z nim, bo on sprawiał, że czułam bezgraniczne bezpieczeństwo.

* - fragment "Mil vidas atras".

Hej wszystkim!
Wiem, że to trochę późna pora, ale może komuś z Was umilę początek tygodnia nowym rozdziałem, w którym również Pangie zaczyna odczuwać święta? :D Pomarzyć można! ;)
Chciałam wstawić go wcześniej, ale możecie mi wierzyć, że nauka mną zawładnęła, serio. Skończył się już okres czterech testów dziennie, ale zaczął się czas referatów, które rzekomo mają wpłynąć na oceny semestralne. -.-
No, ale nie ważne! Najważniejsze, że zaraz święta, a co się z tym wiąże? Wolne! A podczas wolnego mam więcej czasu na pisanie i wstawianie rozdziałów! Kto się cieszy?! ^_^

Do zobaczenia niebawem! :*
bloggerka

niedziela, 29 listopada 2015

Sezon 3 - Rozdział 71 - Zawsze to ty będziesz dla nich autorytetem

Cześć!
Zapraszam na rozdział 71 :).
Pomimo wielu zmian, dziwnych i nieprzyjemnych sytuacji oraz nieporozumień, moje życie zaczęło w końcu wychodzić na prostą. Pablo miał wyjechać, ale starałam się o tym nie myśleć. Było jeszcze do tego trochę czasu, więc wolałam się nim cieszyć. Od mojej ostatniej rozmowy z Germanem w szpitalu nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Na badaniach kontrolnych wychodziły mi same pozytywne wyniki. Martina świetnie sobie radziła z nauką, a na dodatek chodziła na próby do teatru. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak ogromnie się cieszyliśmy, kiedy okazało się, że ona zagra główną bohaterkę, a Tom bohatera. Coś niebywałego!
- ... i dlatego właśnie powinniście ćwiczyć śpiewanie w każdym wolnym momencie. - zakończyłam swój długi monolog. - Dziękuję wam bardzo. Koniec zajęć. Widzimy się jutro. - pożegnałam się z uczniami.
Dzieciaki zaczęły po kolei opuszczać salę. Chwilę później byłam już w niej sama. Stałam przy keyboardzie i układałam swoje partytury.
- Jak tam zajęcia? - usłyszałam nagle.
Podniosłam wzrok. Do klasy wszedł z rękoma w kieszeni mój mąż. Podszedł bliżej cały czas się uśmiechając.
- Dobrze. Nawet bardzo. - odpowiedziałam.
- To świetnie. - rzucił. - Pomóc ci z tym?
- Nie dziękuję, nie trzeba. - odparłam. - Zastanawiałeś się już nad tym, kto zostanie dyrektorem tutejszego Studia po tym, gdy ty wyjedziesz do Hiszpanii? - zapytałam skupiając się na kartkach, które próbowałam posegregować.
- Tak i doskonale wiem, kto nim będzie.
Zaskoczyło mnie to. Spodziewałam się, że nawet mu to przez myśl nie przeszło, ale widocznie się pomyliłam.
- Tylko proszę, nie mów, że będzie nim Gregorio. - zaczęłam. - Jest bardzo dobrym nauczycielem i zmienił się na lepsze, aczkolwiek nie jestem przekonana co do tego, aby odzyskał władzę...
- Nie, nie. - zaśmiał się. - Też nie sądzę, żeby to było dobre. Dlatego znalazłem kogoś, kto zna się na interesach i poradzi sobie z tym wszystkim.
- Kogo? - spytałam.
- Nie wiem, czy mogę ci już teraz powiedzieć. Powinnaś to usłyszeć wtedy, kiedy reszta nauczycieli.
- To uznajmy, że teraz dyrektor pewnej placówki zdradza to swojej żonie, a nie jednemu z jej pracowników. - uśmiechnęłam się. - Proszę, powiedz.
- No dobrze. - westchnął. - Dyrektorem zostanie German.
German? Co? To chyba była ostatnia osoba, której bym się tutaj spodziewała. On jako dyrektor?
- Aha... - mruknęłam w odpowiedzi.
- Tak wiem, że to trochę dziwne, ale przynajmniej mam pewność, że on sobie z tym wszystkim poradzi. Zna się na rachunkach, potrafi koordynować liczną grupą ludzi i ma głowę do interesów. Nie mogłem znaleźć nikogo lepszego.
- Zgadzam się z tobą. - odparłam.
Potrafiłam rozróżnić życie prywatne od zawodowego i nawet pomimo naszej ostatniej kłótni byłam pozytywnie nastawiona co do wyboru Pabla. German, w przeciwieństwie do naszego nauczyciela tańca, lepiej poradzi sobie z tym wszystkim.
- Pamiętasz, gdy straciłem pamięć i przyprowadziłaś mnie właśnie w to miejsce, w nadziei, że sobie coś przypomnę? - zapytał. - Miałaś bardzo dobry pomysł. To miejsce dało wszystkiemu początek. To tutaj zakochałem się w tańcu i w muzyce, tutaj zacząłem rozwijac się w kierunku, w którym naprawdę chciałem i to właśnie tutaj miłość między nami rozkwitała. Dla tego miejsca poświęciłem naprawdę wiele czasu.
- Wszyscy będziemy ci za to zawsze wdzięczni. - zapewniłam go.
- Nie o to chodzi. Myślałem bardziej o tym, że teraz je zostawiam, aby je rozsławić. To chyba dobrze, prawda?
- Oczywiście. To miejsce zawsze będzie twoim drugim domem. Naszym drugim domem. I zawsze będziemy mogli do niego wrócić. - powiedziałam. - Już koniec przerwy? - zdziwiłam się, gdy zadzwonił dzwonek.
- W takim razie będę leciał zanim zjawią się tu dzieciaki.
- Nie musisz. Mam teraz okienko. - odparłam.
- W takim razie może dasz się wyciągnąć na sok do Resto Bandu? - zaproponował.
- A wiesz, że nawet z wielką chęcią? - uśmiechałam. - Tylko jeszcze wejdę do pokoju, aby odłożyć partytury i możemy iść.
Wzięłam do ręki wszystkie kartki, które leżały na klawiszach i swoją torbę, a następnie wyszliśmy z sali. Szybko weszłam do pomieszczenia, w którym przesiadywali nauczyciele. Nikogo tam nie było, w związku z czym położyłam papiery na stole i wyszłam. Mój mąż złapał mnie za rękę i poszliśmy w stronę baru. Dosłownie kilka minut później znaleźliśmy się w środku. Wybraliśmy jeden z wolnych stolików i przy nim usiedliśmy. Zamówiliśmy sobie po soku. Ja wybrałam truskawkowy, a mój towarzysz pomarańczowy. Nie czekaliśmy długo na nasze zamówienia. Wzięłam łyka.
- Uwielbiam ten smak. - powiedziałam. - Jak ci minął dzisiejszy dzień? - spytałam.
- Nie najgorzej. Oprócz tego incydentu ze skrzypcami było dobrze.
- Incydentu ze skrzypcami? - zdziwiłam się. - Co się stało?
- Nie słyszałaś? Ktoś porozcinał struny wszystkich skrzypiec.
- Naprawdę? - zapytałam.
- Tak. Nikt się nie chciał przyznać. Nadal nie wiem, kto to zrobił, ale się tego dowiem.
- Nie widać na nagraniu z monitoringu?
- Na tych które są nie, ale mogło się to zdarzyć w godzinach, kiedy prąd został wyłączony i nic się nie nagrywało. Może to być przypadek, ale nie musi. Nie będę nikogo oskarżał. Mam nadzieję, że ktoś się przyzna do winy, ale jeśli nie, to sam jakoś do tego dojdę.
- Nie potrafię zrozumieć, jak można nie szanować instrumentów. Tym bardziej w Studio, gdzie uczniowie mają z nimi styczność każdego dnia. - zdenerwowałam się.
- Dokładnie. Ja też tego nie rozumiem. - odparł. - Jeśli mam być szczery, mam dziwne wrażenie, że zrobił to Gregorio. Nie chcę być złośliwy, ale przecież on zawsze starał się wszystko popsuć, żebym to ja został zwolniony przez jego wybryki. A teraz, gdy mnie nie będzie pewnie będzie chciał, żeby wszystkie dzieciaki myślały o mnie jak najgorzej... Pewnie jest przekonany, że to on zostanie dyrektorem i chce, aby one widziały właśnie w nim mistrza.
- Nie wykluczone. Ale wiesz, że nie musisz się tym martwić? Przecież uczniowie zawsze będą ciebie mocniej lubić, bo to ty pokazujesz im wszystkim, że każdy z nich ma talent i musi go wykorzystać. Potrafisz ich zmotywować w przeciwieństwie do niego. Nawet jeśli się zmienił. Zawsze to ty będziesz dla nich autorytetem.
- Dziękuję. - odpowiedział uśmiechając się i kładąc swoją dłoń na mojej.
Na scenę wyszedł Luca, brat Francesci, który zaczął śpiewać "Te esperare". Było tak jak za starych dobrych czasów, gdy po pracy przychodziliśmy do Resto napić się soku, porozmawiać i posłuchać muzyki. Czułam, że tego potrzebuję. Głos właściciela baru niósł się po pomieszczeniu. Był on bardzo melodyjny i przyjemnie się go słuchało.
- Będzie dobrze, zobaczysz. - powiedziałam wpatrując mu się w oczy.
Zaczęliśmy się powoli do siebie zbliżać i nasze usta połączyły się w wspólnym pocałunku. Nie był on może długi, ani bardzo namiętny, ale taki, jakiego właśnie w tamtym momencie potrzebowaliśmy, aby ta chwila była idealna. "Aż do mnie wrócisz czekać będę... I zrobię co trzeba by znów ujrzeć cię..."*
- Muszę już lecieć. - powiedziałam zerkając na zegarek.
- Ja tutaj jeszcze chwilę zostanę. Muszę dopić sok i porozmawiać przez chwilę z Lucą.
- W takim razie do zobaczenia w domu.
- Angie... - Pablo złapał mnie za rękę, gdy już miałam wychodzić.
- Tak?
- Wyszłabyś dzisiaj ze mną na kolację? Tylko my, we dwoje.
- Oczywiście. - odpowiedziałam i pocałowałam go delikatnie w policzek. - Cześć. - uśmiechnęłam się i wyszłam.
Do Studia wracałam szczęśliwa. Niby człowiek nie powinien żyć przeszłością, ale taki jeden dzień, który spędziliśmy tak, jak kiedyś sprawił, że poczułam się lepiej. Nie dlatego, że teraz moje życie jest gorsze. Tylko czasami po prostu fajnie jest wrócić do starego trybu życia. Te czasy, kiedy byliśmy ze sobą, ale mój obecny mąż był cały czas zazdrosny o Germana. Gdyby nie uczniowie, pewnie pomyślałabym, że znowu wróciłam do czasów, w których Antonio żył, Pablo został zwolniony ze Studio i podjął się pracy w Resto, Violetta i jej znajomi chodzili do Studio, a ja mieszkałam w domu Casttio. Niby nie był to najlepszy okres dla naszego związku, ale mimo to wspominam go doskonale. Zresztą każda chwila z nim, będzie przeze mnie wspominana z uśmiechem. W końcu to co się nam przytrafiło jest wspaniałą i wyjątkową na swój sposób historią. "Bo serce me zapomnieć nie może, więc zrobię co trzeba by móc kochać cię...Więc zrobię co trzeba, by móc kochać cię..."*

* - fragment polskiej wersji "Te esperare" wykonanej przez Evex.

Dobry wieczór wszystkim! Chyba, że czytacie to rano, lub po południu to dzień dobry! ;)
Podobał się Wam rozdział? Mam nadzieję, że tak :D.
Tak w ogóle, to muszę się przyznać, że zaczęłam oglądać ten nowy włoski serial z Clarą Alonso - "Lontana da me" - i stwierdzam, że jest naprawdę fajny. Jeśli ktoś, coś to polecam! <3
A jeśli jeszcze o Clari mowa, to nie wiem, czy wiecie, ale pojawił się nowy, rozszerzony zwiastun "Jazmin de invierno". Jeśli ktoś go nie widział, to niech kliknie tutaj. Mam przeczucie, że to będzie genialny film *.*
Besos! :*
bloggerka

piątek, 20 listopada 2015

Sezon 3 - Rozdział 70 - Coś, co odmieni moje życie

Cześć!
Zapraszam na nowy rozdział :)

"Jestem twoja. Dziś, jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok, po śmierci też. Nikt, ani nic tego nie zmieni, będę twoja do końca życia. I nawet jeśli ze mnie zrezygnujesz to ja będę czekać właśnie na ciebie.."

- Najdroższa wiem, że w naszym życiu ostatnio naprawdę wiele się dzieje. - zaczął Pablo pewnego zimnego wieczoru. - Ale muszę poruszyć z tobą ten temat, bo nie mam na to już więcej czasu.
- O co chodzi? - spytałam zmartwiona.
Do głowy zaczęły napływać mi wszelkie najgorsze scenariusze. Przypominałam sobie wszystko, co się ostatnio wydarzyło zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek związek ze słowami wypowiedzianymi przez mojego męża.
- Muszę podjąć decyzję. Do jutra. Jak dla mnie to za szybko, ale oni twierdzą, że nie mogą dłużej czekać... - mówił zdenerwowany.
- Kochanie. - powiedziałam łapiąc go mocno za rękę. - Uspokój się i powiedz mi w końcu o co chodzi.
- Wyjazd do Hiszpanii, do Sewilli. Muszę dać jutro Brown'owi odpowiedź.
Nagle poczułam jakby cały świat zaczął mocno dookoła wirować, a ja z trudem próbuję utrzymać równowagę starając się nie przewrócić. Byłam świadoma, że kiedyś dojdzie do tej rozmowy, ale nie teraz. Teraz nie byłam do niej przygotowana. Przez ten natłok spraw zapomniałam to zrobić.
- Więc zacznijmy od prostego pytania... - zaczęłam, gdy się nieco otrząsnęłam. - Co ty o tym myślisz?
Widocznie nie ucieszyło go moje pytanie, gdyż głęboko westchnął, a smutek ogarnął całą jego twarz. Też nie chciał odbywać tej rozmowy, ale nie miał wyjścia.
- Uważam, że... - starał się mówić jeszcze w miarę spokojnym tonem. - Miałaś rację. To jest niebywała szansa dla Studia. Skoro dzieciaki z Europy specjalnie przyjeżdżały do Buenos Aires, aby zapisać się do tutejszej szkoły, to co dopiero będzie tam. Kto wie, może z czasem udałoby się nam otworzyć ją jeszcze w paru innych krajach. Coś wspaniałego. Nigdy nie myślałem, że coś takiego może się przytrafić. To wszystko brzmi jak wyjęte z filmu. - stwierdził. - Jednak nie mogło być w pełni tak pięknie.
- Nie miej mi za złe tego, że nie chcę się tam przenosić... - zaczęłam, lecz on mi przerwał.
- Nie mam, Angie. - odparł. - Wręcz przeciwnie, podzielam wasze zdanie. Macie tutaj wszystko. Znajomych, szkołę, pracę, część rodziny. W pełni rozumiem to, że chcecie tu zostać. Dlatego stwierdziłem, że lepiej będzie, jeśli ja również tak postąpię i zostanę w Argentynie z wami.
- Nie podejmuj tej decyzji ze względu na nas. Ani ja, ani Martina nie chcemy, żebyś czuł się przez nas ograniczony.
- Jesteście dla mnie wszystkim. Nie mógłbym was zostawić. - odpowiedział. - Szczególnie teraz, gdy niedawno odszedłem mimo, iż mnie potrzebowałaś.
- Ale wróciłeś. - rzuciłam. - Teraz też byś wrócił.
- Jeśli mam być z tobą zupełnie szczery, muszę to powiedzieć. - stwierdził. - Boję się, że nie damy rady, a nie chcę cię stracić ponownie.
- Ktoś mi kiedyś cały czas powtarzał, że trzeba walczyć o swoje marzenia. Jeśli się nie mylę, byłeś to ty i Antonio. Wiesz, jaki on byłby z ciebie dumny? Nie mógłby wyjść z podziwu, że jego ulubiony dyrektor aż tak wysławił jego szkołę. - odparłam. - A wracając jeszcze do tych marzeń, to jeśli się nie mylę, jedno z nich właśnie ucieka ci między palcami, a ty nie próbujesz go złapać. Odkąd tylko pamiętam mówiłeś, że byłoby cudownie gdyby udało ci się rozwinąć karierę za granicą. Co prawda, nie jest to zapewne taka kariera, o której myślałeś, ale też naprawdę dobra. Świat by cię zobaczył.
- Ty byłaś moim większym marzeniem. - bronił się.
- Ale ja już należę do tych spełnionych. - odpowiedziałam. - Mnie już masz i nie musisz się bać o to, że mnie stracisz, bo tak nie będzie.
- Związki na odległość zazwyczaj kończą się zerwaniem...
- Odległość nie znaczy nic, kiedy dla kogoś znaczysz wszystko. - mruknęłam ściskając jego dłoń jeszcze mocniej. - Oczywiście, ja cię do niczego nie zmuszam. To jest tylko i wyłącznie twoja decyzja, a ja nie chcę, żebyś popełnił błąd z mojego powodu. Chcę ci tylko pokazać, że bylibyśmy w stanie przetrwać. - powiedziałam. - Na początku może być ciężko, ale później... później się do tego przyzwyczaimy i będzie dobrze.
Żadne z wypowiedzianych słów nie przychodziło mi z jakąkolwiek łatwością. To było niezmiernie trudne. W pewnym sensie, namawiałam go do tego, aby się ode mnie odsunął. Mózg mówił mi, że robię dobrze, ale serce z każdym słowem coraz bardziej krwawiło. Zdawałam sobie sprawę z tego, że gdy wyjedzie nie będę mogła poczuć jego dotyku zbyt szybko. Pablo oparł głowę na zaciśniętych przez nas dłoniach. Wziął kilka głębokich wdechów, po czym przyłożył je do swoich ust i muskał je nimi delikatnie. Nagle usłyszeliśmy trzask drzwi.
- Już jestem! - to Martina, która wróciła od Toma. - Gdzie jesteście?! - krzyknęła, a chwilę później znalazła nas w salonie. - Co się stało...? - spytała, gdy zobaczyła w jakiej ciszy siedzimy i w jakim smutku jesteśmy pogrążeni.
- Tata... - zaczęłam. - Tata musi zdecydować, czy wyjeżdża do Europy, czy zostaje tutaj. - odpowiedziałam.
- W związku z otwarciem tego nowego Studia, tak? - upewniła się. - Tato, jak dla mnie powinieneś pojechać. W końcu taka szansa może się już nie powtórzyć. Pamiętaj, że my z mamą zawsze będziemy cię wspierać i nawet, gdy będziesz nas potrzebował, a my będziemy daleko, to będziesz mógł zadzwonić. O każdej porze. Zawsze będziemy z tobą.
Byłam pewna, że mój mąż weźmie sobie jej zdanie do serca. W końcu to była jego malutka córeczka, o którą codziennie dbał i troszczył się z dnia na dzień coraz bardziej.
- Mama jest chora. Nie mogę jej teraz zostawić. - powiedział ze smutkiem w głosie.
- Nic mi nie jest, a nawet jeśli by coś było, to przyrzekam ci, że zadzwonię i powiem, a ty wtedy będziesz mógł wsiąść w najbliższy samolot i do mnie przylecieć. Przecież Leo mówił, że pozbył się już tego wirusa, więc możesz być spokojny.
Nastała cisza. Wiedziałam, że tak będzie. Każdy musiał sobie wszystko przemyśleć. W szczególności mój ukochany, do którego należała decyzja. Spojrzał się w ścianę.
- Pojadę tam. - powiedział. - Pojadę tam i zrobię, co do mnie należy. Potem tutaj wrócę i będę z wami już do końca. - odparł.
Razem z Martiną energicznie się do niego przybliżyłyśmy i mocno go uściskałyśmy, lecz on tego nie odwzajemnił. Nie dziwiło mnie to. Słowa, wypowiedziane przez niego przed chwilą musiały być trudne.
- Nie zapomnij, że bardzo cię kocham. - mruknęłam mu na ucho. - I że jestem tylko twoja. Na zawsze.
Widziałam, że obrzucił mnie wzrokiem pełnym miłości, ale i z odrobiną uśmiechu. Pomimo, że jedną ręką obejmował naszą córkę, a drugą mnie, to pocałował mnie namiętnie. Poczułam, że jest szczęśliwy. Wiedziałam, że zostając tutaj również byłby, ale nie tak, jak wyjeżdżając. Kiedy został dyrektorem Studia i został moim mężem twierdził, że nic lepszego w życiu mu się nie przydarzy. Nigdy nie mów nigdy. Na drodze często pojawiają się niespodzianki, które potrafią obrócić nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Tatusiu, ale przyjedziesz na święta? - spytała Martina.
Wszyscy się zaśmialiśmy po czym Pablo udzielił odpowiedzi.
- Oczywiście. Będę starał się przyjeżdżać jak najczęściej to możliwe pod warunkiem, że wy wpadniecie do mnie w ferie.
- Obiecujemy. - przyrzekła Martina za naszą dwójkę.
- Dziękuję. - odparł Pablo. - Nie tylko za to, że pomogłyście mi wybrać, ale za wszystko. W szczególności za to, że jesteście i że was mam. - pocałował swoją córkę w czoło, a następnie mnie. - A teraz wybaczcie drogie panie, ale muszę iść wykonać ważny telefon. I radzę wam się szykować, bo za moment wychodzimy na kolację na miasto.
Oby dwie się uśmiechnęłyśmy i zaczęłyśmy wchodzić na górę, aby pójść się przebrać. Martina weszła już na piętro, ale ja jednak z tego zrezygnowałam. Korciło mnie, aby pójść podsłuchać rozmowę mojego męża z biznesmenem z Europy. Cofnęłam się i podeszłam do kuchni, w której właśnie był Pablo.
- Halo? Dzień dobry, Gregory. Z tej strony Pablo Galindo, dyrektor Studio. Tak, tak... Właśnie w tej sprawie dzwonię. Chciałem panu oznajmić, że zgadzam się na wyjazd do Sewilli. - zapadła chwilowa cisza. - Dobrze, w takim razie w przyszły wtorek w szkole. Dziękuję, do zobaczenia. - rozłączył się.
Myślałam, że za moment wyjdzie z pomieszczenia i nas zawoła, ale się pomyliłam. Spojrzałam na niego ponownie. Stał wpatrzony w przestrzeń za oknem. Nie wiedziałam, czy woli zostać sam, czy może kogoś teraz potrzebuje. Mimo to wolałam do niego podejść i pokazać mu, że na mnie zawsze może liczyć.
- Ej, co jest? - zapytałam kładąc mu rękę na ramieniu. - Uśmiechnij się.
- Angie, mam wrażenie, że źle zrobiłem, iż się na to zgodziłem.
- To minie z czasem, zobaczysz. Nawet nie wiesz, jaka jestem z ciebie dumna. - powiedziałam całując go w policzek.
- Nie chcę żyć bez ciebie, najdroższa. - powiedział zerkając mi w oczy.
- Przecież będziemy blisko. - rzuciłam. - Przestań się w końcu o to zamartwiać. Żyj tak, jakby nic się nie miało zmienić, a kiedy nadejdzie już ten czas, że nie będziemy razem, to wtedy udawaj, że to zwykła przeciętność. - doradziłam mu, po czym pocałowałam go w policzek. - A teraz rozchmurz się. Martina zaraz zejdzie. - poprosiłam. - No już. Uśmiech.
- Tak lepiej? - zapytał, gdy uniósł kąciki ust do góry.
- O wiele. - odpowiedziałam i przytuliłam go do siebie.

Dobry wieczór wszystkim!
70! Jeszcze trzydzieści do końca. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać ;___;
Chciałabym przeprosić Was za to, że w ciągu tygodnia nie pojawił się żaden rozdział. Niestety, szkoła i masa testów na mi na to nie pozwoliły :/. Ale chyba nic nie szkodzi, w końcu dzisiaj jest ;D.
Do świąt może być bardzo ciężko z wstawianiem dwóch tygodniowo, więc raczej będą się one pojawiały tylko w weekend (i też niekoniecznie w każdy), ale może coś się jeszcze kiedyś uda dodatkowo wrzucić ;).

Ciao! :*
bloggerka

sobota, 14 listopada 2015

Sezon 3 - Rozdział 69 - Ja naprawdę tego nie potrzebuję

Dobry wieczór!
Rozdział 69.
- Angie, porozmawiajmy.
- Nie.
- To chociaż mnie wysłuchaj.
- Nie.
- Angie!
Nadal leżałam w szpitalu, lecz pomimo tego nie można stwierdzić, że moje codzienne życie mnie nie dotykało. Mój szwagier każdego dnia dzwonił do mnie na komórkę, aby porozmawiać, lecz ani razu nie odebrałam. Widocznie, wpadł na pomysł, aby przyjść i pomówić ze mną w cztery oczy. Co prawda, nie powinnam być na niego zła, bo przecież on się do niczego nie zobowiązał, ale mimo to nie potrafiłam zaakceptować tego, że on wie. I w każdej chwili wszyscy mogą już wiedzieć.
- Ale co ty możesz mi chcieć powiedzieć? Że przepraszasz? Że żałujesz tego co zrobiłeś? -
spojrzałam na niego z żalem. - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale tatą Martiny jest Pablo. To on spędził z nią całe jej życie, nie ty. Więc nawet jeśli w testach wyszło, że ty nim jesteś, to nic to nie zmieni. Bycie ojcem to nie tylko spłodzenie dziecka, wiesz? - stwierdziłam. - Mógłbyś stąd wyjść? - poprosiłam.
- Prawda może być zupełnie inna niż ci się wydaje. - rzucił przechodząc przez drzwi. - Nie zauważyłaś, że Martina jest podobna do Violetty? I to bardzo?
Wyszedł. Zostawił mnie na moje własne życzenie. Ale nie byłam sama. W sali cały czas był mój mąż, który nie udzielał się w naszej rozmowie, ale przysłuchiwał się jej siedząc obok mnie i pilnując, żeby żadne z nas nie powiedziało tego, czego druga osoba nie chciałaby usłyszeć. W pomieszczeniu panowała cisza. Zaczęłam się zastanawiać nad ostatnim zdaniem Germana. Czy miało ono mnie naprowadzić do pewnego wniosku, który właśnie nasuwał mi się na myśl?
- Dobrze mu powiedziałaś. - nagle odezwał się mój małżonek.
- Pablo, a jeśli on jest ojcem Martiny? Między nią, a Violą jest naprawdę ogromne podobieństwo...
- Skoro byłyście z Marią siostrami, to przecież i twoja siostrzenica, i nasza córka mogły odziedziczyć wygląd z twojej rodziny, niekoniecznie od Germana, a po za tym teraz to zbyt wiele nie zmieni.
- A jeśli Martina chciałaby wiedzieć? Przecież ona ma do tego prawo.
- To możemy ją zapytać o zdanie. Jeśli chce, to twój szwagier będzie mógł jej powiedzieć.
- A co będzie, jeżeli się dowie, że to Casttio jest jej ojcem? Nie wiemy, jak się zachowa. Może będzie się od ciebie odsuwać nieświadomie dając nam sygnały, że...?
- Ona jest już prawie dorosła i rozumie powagę całej sytuacji. Wie, iż nam do szczęścia nie jest potrzebna ta informacja i zachowa ją dla siebie.
- Tak myślisz? Przecież na wiadomość o tym, że ktoś inny mógłby być jej tatą nie zareagowała najlepiej...
- Nie wykluczone, ale weź pod uwagę to, że usłyszała to podczas naszej kłótni, a nie podczas zwykłej rozmowy. Oprócz tego dowiedziała się jeszcze, że się wyprowadzam.
- Była na mnie wściekła. - rzuciłam. - Nie odzywała się do mnie, nie chciała mnie znać.
- Nie chcę cię obrażać, ale spójrz na to z jej strony. Dowiaduje się, że facet, do którego zawsze mówiła tato, niekoniecznie musi nim być. Oprócz tego on wynosi się z domu. Jest zła na matkę za błędy, które w przeszłości popełniła, a na dodatek teraz pozbawiła jej osoby, której mogła ufać. Czuła, że została sama. - powiedział. - Ja naprawdę nie chcę, żebyś miała jakiekolwiek poczucie winy, ale chcę, żebyś spojrzała na to z nieco innej perspektywy. Po za tym pamiętasz co czułaś, kiedy okazało się, że to Antonio jest twoim ojcem? Martina czuła zapewne to samo, albo coś podobnego.
- Masz rację. - mruknęłam łapiąc go za rękę.
W tamtym momencie przypomniałam sobie chwilę, o której mówił mój mąż. Siedzieliśmy w czwórkę przy wspólnej kolacji. Ja, Pablo, mama i Antonio. Podczas posiłku miałam ich poinformować o naszych oświadczynach. Jednak to nie to stało się główną atrakcją tamtego wieczoru. Informacja o moim, jak i mojej siostry, ojcostwie wbiła się na pierwsze miejsce.
- Nie ważne, co się wydarzy i tak będziecie dla mnie zawsze dwoma najważniejszymi kobietami w moim życiu.
Nagle drzwi od sali, w której leżałam się otworzyły i stanęła w nich cały czas wspominana przez nas Martina. Z uśmiechem na ustach podeszła do mnie i do Pabla podając mi kartkę.
- Patrzcie, dostałam piątkę u Gregoria z historii tańca! - cieszyła się.
- Gregorio zrobił wam pisemną klasówkę? - zdziwił się mój mąż. - I to z historii tańca? - powtórzył z niedowierzaniem. - Ja chyba będę musiał z nim porozmawiać. Przecież on jest nauczycielem układów tanecznych, a nie zdarzeń historycznych.
- Co prawda, nie była taka trudna, ale mimo wszystko jakbyś to zrobił, to nie tylko ja byłabym ci wdzięczna, ale też moja cała grupa, jak i inne. Z tego co mówiła mi Laura z pierwszej a u nich zrobił jeszcze trudniejszą, bo nie przykładają się do choreografii. - odparła. - To pogadasz z nim tato? - poprosiła.
- Chyba nie mam wyjścia. - zaśmiał się Pablo, a następnie pocałował ją w czoło. - Siadaj. - wstał z krzesła. - Ja jako skromny dżentelmen i dobry ojciec postoję.
Od zawsze wiedziałam, że pomiędzy nimi jest specyficzna więź, której nigdy nie widziałam w relacjach ojciec-córka. Oni się bardziej traktowali jak przyjaciele z tej samej klasy. Nie przeszkadzało mi to, a nawet cieszyło. Przyznam, że czasami czułam się nieco odsunięta, bo mnie jednak traktowała jak mamę. Darzyła mnie miłością i miałyśmy dobre relacje, ale z moim mężem miała o wiele lepsze. Może to w jakiś sposób sprawa ojcostwa?
- Kochanie, jest pewna sprawa. - zaczęłam temat.
- Mamo, już po twoich oczach widzę, że jest źle. - powiedziała. - Żeby było jasne, ja wtedy z tym rodzeństwem żartowałam. To znaczy, jeśli by było, to spoko, ale jak coś to nie...
- Nie o to chodzi. - zaśmiał się pod nosem Pablo. - Doskonale o tym wiesz, że bardzo cię kocham, prawda? I że zawsze będziesz dla mnie córką. Nie ważne, co by się stało.
- Wujek German jest moim tatą? - zapytała ze smutną miną. - No cóż...
- Nie, nie, nie! - przerwałam jej. - Znaczy może. Nie wiemy tego.
- Dokładnie. - przytaknął mój mąż. - Stwierdziliśmy, że może jednak ty nie podzielasz naszego wyboru, co do niewiedzy, kto jest twoim biologicznym ojcem, bo przecież masz do tego prawo. Stało się tak, że tata Violetty przeczytał wyniki badań i on wie. Jeśli tylko chcesz możesz do niego iść i się go zapytać, aby się dowiedzieć. - powiedział. - Jeżeli byś się na to zdecydowała, mamy do ciebie tylko jedną prośbę. Nie mów nam. Staraj się zachować kamienną twarz i żyć dalej tak, jak
żyłaś. Oczywiście, jeśli okazałoby się, że to jednak German nim jest i zechciałabyś się z nim spotykać, nie mamy nic przeciwko. Tylko staraj się to wtedy robić tak, abyśmy my za wiele o tym nie wiedzieli. - poprosił. - Dla nas naprawdę będzie lepiej, jeśli się nie dowiemy.
- Ja naprawdę tego nie potrzebuję. - rzuciła w odpowiedzi Martina. - Tato, ty zawsze byłeś i będziesz moim tatą nawet, jeśli według jakiś papierów nie. To ty mi dałeś tej miłości, której potrzebowałam aby dorosnąć. Nie wujek, ty. - powiedziała wstając z krzesła. - Kocham cię tatusiu. - odrzekła i się do niego przytuliła.
Miałam ogromną ochotę, aby dołączyć się do tego uścisku, ale nie mogłam. Musiałam cały czas leżeć w łóżku. Pablo zerknął na mnie uśmiechając się. Z tego co kojarzę, on chciał mieć syna, z którym mógłby pograć w piłkę i pogadać o samochodach, a mimo to ma córkę, którą widzę, że kocha całym sercem, bo pomimo tego, że ma już prawie siedemnaście lat, nadal jest jego małą księżniczką.
- Mamo, dlaczego płaczesz? - usłyszałam nagle.
- A nie mogę? - rzuciłam. - Taka wzruszająca scena. - przetarłam oczy rękawem. - No to opowiadaj jeszcze, co tam w Studio.
- Wiesz jak wszyscy za tobą tęsknią? Najgorsze jest to, że ciebie nie ma, tata poskracał sobie na czas twojego pobytu w szpitalu godziny, aby móc być przy tobie dłużej, a najwięcej zastępstw przejął Gregorio.
- Czyli tęsknią za mną tylko dlatego, że Gregorio im uprzykrza życie? - zaśmiałam się.
- Nie. - odpowiedziała od razu. - A właśnie! Mam coś dla ciebie. - wyciągnęła telefon z kieszeni. - Nagraliśmy to dzisiaj. Specjalnie dla ciebie.
Puściła mi nagranie, na którym ona i inni uczniowie śpiewają "Algo se enciende". Palbo gra na gitarze, a Beto na klawiszach. To takie kochane z ich strony. Słuchając tego kąciki ust coraz wyżej mi się podnosiły.
- Podziękuj im. - poprosiłam.
- Bardziej się ucieszą, kiedy wrócisz do Studia i zrobisz to sama, osobiście. - powiedział Pablo.
Uśmiechnęłam się raz jeszcze i przytuliłam ich do siebie tak, jak to było możliwe. Kocham swoje życie. Ci ludzie, którzy mnie otaczają są naprawdę cudowni.

Czy, aby na pewno sprawa z ojcostwem zakończy się tak łatwo? Tego dowiecie się już niebawem! ;)
Czy ktoś tak samo jak ja nie może się już doczekać świąt? Ja już chcę śnieg, choinkę, kolędy... <3
No nic, muszę jakoś przeżyć te 40 dni ;___;

Widzimy się w przyszłym tygodniu! ;*
bloggerka

Ps. Zauważył ktoś może, że ostatnio zdjęcia, które dodaję do rozdziałów są lepszej jakości? ^_^