niedziela, 17 kwietnia 2016

Sezon 3 - Rozdział 97 - Chyba nigdy nie przestanę cię podziwiać

Hejka wszystkim!
Zapraszam na nowy rozdział.
Miłego czytania! :D
Od chwili odkąd moja córka wyszła ze szpitala minęło półtora tygodnia. Byłam okropnie z tego powodu szczęśliwa. Gdy wróciła do domu atmosfera zrobiła się weselsza. Uśmiech nawet przez sekundę nie schodził mi z twarzy. Mówiła, że czuje się dobrze i również tak wyglądała. Co prawda, nie mogła jeszcze wrócić do Studia i musiała się nieco ograniczać, lecz mimo to wszyscy byliśmy dobrej myśli. Skoro przeżyła wypadek, dwie ciężkie operacje, stan krytyczny i masę leków, które musiała połykać to obecnie była w naprawdę świetnej sytuacji. Co do jej stosunków z Tomem nie było już tak kolorowo.
Nie pogodzili się tak, jak myślałam ja, jak i Pablo. Pomimo tego nie mieli ze sobą bardzo złego kontaktu. Potrafili rozmawiać i prawie w ogóle się nie kłócili, a nawet jeśli to robili to wtedy, kiedy my byliśmy od nich daleko.
- Mamo, kiedy będę mogła wrócić do szkoły? - zapytała przy śniadaniu.
- Leo mówi, że najwcześniej za pół miesiąca. Musi być pewny, że wszystko jest z tobą dobrze.
Na jej twarzy wymalował się smutek. Nie zdziwiło mnie to. Wiedziałam, że zależało jej na tym, żeby jak najszybciej wrócić do zwykłego trybu życia. Nagle do pomieszczenia wszedł mój mąż posyłając mi uśmiech. Doskonale wiedziałam co ma na myśli.
- Mamy dla was małą niespodziankę... - zaczął. - Rozmawialiśmy z lekarzem na pewien temat. Wpadliśmy na pomysł, ale nie chcieliśmy wam o nim mówić dopóki nie zostałby on zatwierdzony przez doktora.
- O co chodzi tato? - dopytywała nastolatka. - Możesz w końcu powiedzieć?
- Otóż w ten weekend wyjeżdżamy. - powiedział. - Co prawda, niedaleko, bo tylko nad jezioro mojego ojca, ale zawsze coś.
- Naprawdę? - ucieszyła się. - Na całe trzy dni? My wszyscy?
- Tak. - odparłam.
- Ja też? - zapytał nieśmiało Jaquez.
- Ty również. Chyba, że nie chcesz. Nie będziemy cię do niczego zmuszać. - rzucił Galindo.
- Nie. Bardzo chętnie pojadę. - zapewniał chłopak.
- W takim razie świetnie! - cieszyła się Martina. - Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Tak bardzo wam dziękuję!
Nasza córka była tym wyjazdem okropnie podekscytowana. Pewnie to dlatego, że nareszcie mogła się ruszyć z domu. Ja osobiście nie byłam zbytnio do tego przekonana. Dochodziłam do wniosku, że skoro nie może jeszcze wrócić do Studia powinna zostać w domu. No, ale mój mąż się uparł, a z nim naprawdę nie warto się kłócić. Lecz kiedy poinformowaliśmy ją o tym kompletnie zmieniłam zdanie. Była szczęśliwa, a jeśli mogłam tym sprawić jej radość to również ja ogromnie się z tego cieszyłam.
- O której wyjeżdżamy? Z rana, prawda? Muszę iść się zaraz spakować. Tylko, gdzie jest moja torba? A gdzie będzie spał Tom? Przecież w domku są tylko dwa łózka. Jedno wasze, a drugie moje. Na dodatek, moje jest jednoosobowe...
- Spokojnie kochanie. - przerwał jej jej ojciec. - My z mamą będziemy spali pod namiotem, a wy będziecie mieli wtedy o dwa miejsca więcej.
- Pod namiotem? - spytała pełna nadziei.
- Niestety córciu, ale ty musisz spać w środku. Tam będzie cieplej, a ty nie możesz pod żadnym pozorem się przeziębić.
- Tato, przecież jest lato. Na dworze jest powyżej trzydziestu stopni, w nocy nie schodzi poniżej dwudziestu pięciu. Musiałabym... Tak właściwie nie wiem, co musiałabym zrobić, żeby się rozchorować. - powiedziała. - A do wody chociaż będę mogła wejść?
- Lepiej nie. - odparłam.
- Wiesz, że nie robimy ci tego na złość. - wtrącił Galindo. - Po prostu nie chcemy, żebyś była chora.
- Tak, tak... rozumiem... - posmutniała. - No, ale przynajmniej w końcu się ruszę z domu.
- Dokładnie. - próbowałam ją pocieszyć. - Obiecuję, że jeśli w pełni już wyzdrowiejesz wybierzemy się tam ponownie i wtedy będziesz mogła robić wszystko, na co tylko będziesz miała ochotę.
- Trzymam cię za słowo mamo. - uśmiechnęła się. - A teraz wybaczcie, ale muszę iść się pakować.
- Przecież jedziemy dopiero jutro. - zdziwił się Tom.
- Ale później nie zdążę! - krzyknęła będąc już na schodach.
- Ona tak zawsze? - spytał nastolatek.
- Ym, tak. - odpowiedział mój mąż. - Wyjedziemy jutro po południu, jak tylko wrócisz ze szkoły, więc najlepiej byłoby, gdybyś spakował już dzisiaj rzeczy, które nie będą ci w ciągu dnia potrzebne, a rano dopakujesz resztę i naszykujesz nam swój bagaż.
- Jasne. - przytaknął. - Nie będę chyba potrzebował tam zbyt wielu rzeczy. - stwierdził wstając od stołu. - Muszę już iść, bo inaczej się spóźnię. Cześć. - rzucił wychodząc.
Zostaliśmy w pomieszczeniu sami. Ja kończyłam jeść śniadanie, a Pablo dopijał ostatnie łyki kawy ze swojego kubka.
- Cieszę się, że Leo zgodził się na ten wyjazd. - zaczęłam. - Mimo, że od początku byłam tego przeciwniczką, to teraz jednak się cieszę, że jedziemy. Spędzimy trochę czasu razem.
- Widzisz? Ja zawsze mam doskonałe pomysły. - uśmiechnął się.
- Och, tak. Wybacz, ale zapomniałam. - zaśmiałam się. - Ale wracając. Dobrze, że tam jedziemy. Dawno nas tam nie było. Ciekawa jestem, jak bardzo ten teren jest teraz zaniedbany.
- Czy będziesz bardzo zdziwiona, jeśli ci powiem, że wcale? - spytał.
- Tak. Będę nawet bardzo zdziwiona. - odpowiedziałam. - Przecież to niemożliwe. Od wieków nikt się tam nie pojawił. No chyba, że ja o czymś nie wiem.
- Ekm, no tak się składa, że widocznie ci nie powiedziałem... - stwierdził. - Mój ojciec wynajmuje tam jakąś ekipę ogrodników, którym płaci, a oni o to dbają. Nie pojawiają się tam często, bo tak raz na miesiąc, góra dwa. - odrzekł. - Nie mówiłem ci, bo stwierdziłem, że to w sumie nie jest nic ważnego i nie musisz o tym wiedzieć.
- Naprawdę? To takie trochę... dziwne? Nie, nie jest dziwne. Brakuje mi słowa, żeby to określić. - powiedziałam. - Przynajmniej jak tam przyjedziemy to będziemy mieli pewność, że jesteśmy na działce wypoczynkowej, a nie w dżungli pełnej różnych roślin i zwierząt.
- No widzisz? Są tego jakieś plusy. - uśmiechnął się. - Powinienem ci jeszcze coś powiedzieć.
- Czy to coś bardzo złego? - spytałam po zobaczeniu jego smutnego wyrazu twarzy.
- Nie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zdecydowałem, że od poniedziałku wracam do pracy.
- Opłaca ci się? Przecież za półtora tygodnia wyjeżdżasz do Europy.
- Tak, właśnie dlatego chcę wrócić. Nie chciałbym wyjechać bez pożegnania. Chciałbym jeszcze z nimi odrobinę popracować, bo mimo, że wiem, iż tam również będę miał tak zdolnych uczniów to będzie mi brakowało tych naszych.
- W takim razie ja też wrócę. - odparłam.
- Wiesz, że jeśli nie chcesz, to nie musisz? Jeśli wolisz, możesz zostać tutaj w domu razem z naszą córką.
- No tak, ale chciałabym jeszcze popracować trochę z naszym obecnym dyrektorem zanim wyjedzie on do Hiszpanii. - rzuciłam mu uśmiech. - Słabo go znam, ale wiem, że nie znajdą nawet w połowie tak dobrego w tym zawodzie człowieka na jego miejsce.
- Oj, żebyś się tylko nie zdziwiła. - zaśmiał się. - Pomożesz mi z tymi naczyniami?
- Oczywiście. - odpowiedziałam zbierając talerze ze stołu.

Następnego dnia Martina od rana nie mogła się doczekać wyjazdu. Cały czas próbowała się czymś zająć, lecz mimo to czas okropnie jej się dłużył, a czynności, które robiła szybko się nudziły. Ja natomiast miałam na odwrót. Mimo, że chciałam zdążyć ze wszystkim, co miałam tamtego dnia do zrobienia, nie udawało mi się to. Co chwila zerkałam na zegarek i coraz bardziej się martwiłam, gdy uświadamiałam sobie, co jeszcze mnie czeka. Gdy w końcu Tom wrócił ze Studia moja córka wbiegła na górę, żeby mnie o tym poinformować.
- Mamo, mamo! Tom już jest! Za ile jedziemy?
- Pewnie za kilkanaście minut. - odpowiedziałam. - Pytałaś tatę?
- Powiedział, że to zależy od ciebie.
- W takim razie skończę pisać mail'a do Lucasa i możemy jechać.
- Tylko się pośpiesz. - poprosiła.
- Dobrze, zaraz zejdę na dół. Możecie w tym czasie zanieść bagaże do samochodu.
- One są już tam od dawna. - zapewniła mnie.
Skończyłam wiadomość słowami: "Buziaki, Angie" i zamknęłam laptop. Odłączyłam telefon z ładowarką od kontaktu i włożyłam do kieszeni. Gdy pojawiłam się na dole chwyciłam jeszcze do ręki jabłko i ruszyłam do garażu, gdyż jak się okazało, wszyscy byli już w aucie gotowi do wyjazdu. Wsiadłam do pojazdu i gdy tylko zapięłam pasy ruszyliśmy w drogę. Mijała nam ona bardzo przyjemnie. Śpiewaliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się... Poczułam wtedy, jak bardzo mi tego wszystkiego brakowało przez ostatnie kilka miesięcy.
- Mamo, znasz kogoś takiego jak Maksymilian Ponte? - spytała nastolatka.
Musiałam przez chwilę przeskanować swoją bibliotekę nazwisk ludzi jakich znałam zanim odpowiedziałam jej na to pytanie.
- Tak, kochanie. Skąd to pytanie?
- Dał mi follow i jest jakimś zweryfikowanym kontem. Ma ponad osiemset tysięcy obserwujących, a ja go nawet nie kojarzę. Kto to jest?
- Przyjaciel Violetty. Był z nią w jednej grupie w Studio.
- Chwila... - mruknęła patrząc się w telefon. - Jest producentem muzycznym?!
- Z tego co kojarzę, to tak. Wydał chyba wszystkie płyty Violi i Francesci.
- Napisał do mnie wiadomość! - krzyknęła uradowana.
- Co napisał? - zapytał Pablo.
- "Jak tam?". - zacytowała. - On mnie zna?
- Można tak powiedzieć. Urodziłaś się, kiedy on był w ostatniej klasie, więc może cię kojarzyć.
- Oh mío Dios! - cieszyła się.
Niecałą godzinę później dojechaliśmy na miejsce. Mój mąż miał rację. Wszystko było zadbane. Trawa została skoszona, żywopłot przycięty, a w domku było nawet odkurzone. Wnieśliśmy wszystkie rzeczy do środka. Pierwsze co zrobiłam to poszłam się przebrać, bo w dżinsach było mi nieco za gorąco. Żadne z nas nie wzięło kostiumów kąpielowych, aby Martinie nie zrobiło się przykro, że ona nie może się kapać. Założyłam krótkie spodenki i bluzkę na ramiączka, a następnie wyszłam z łazienki i zaczęłam szukać reszty mojej rodziny. Znalazłam ich na pomoście nad wodą. Siedzieli obok siebie trzymając spuszczone z niego nogi.
- Co robimy? - zapytałam siadając obok mojego męża.
- Tom pomyślał, że moglibyśmy przejść się na spacer wzdłuż brzegu, a później rozpalić ognisko i trochę pośpiewać.
- Mamy gitarę? - spytałam.
- Tak. Przywieźliśmy jedną, a z tego co pamiętam, w domku była druga.
Jeszcze przez chwilę żadne z nas nie ruszyło się z miejsca. Dopiero po paru minutach Martina wstała i powiedziała, żebyśmy już szli, bo niedługo zrobi się ciemno. Tak też zrobiliśmy. Ściągnęliśmy buty, które zostawiliśmy przy samochodzie i ruszyliśmy w drogę. Ja z moim mężem szliśmy z tyłu trzymając się za ręce, a nastolatki szły przed nami rozmawiając o czymś mało ważnym. Jednak po jakimś czasie zdecydowali się, że to nas puszczą przodem. Nie mogłam ich już wtedy zbytnio obserwować, ale i tak nie zamierzałam tego robić, gdyż byłam zajęta rozmową z Galindo.
- Cieszę się, że tutaj jesteśmy.
- Ja również. Chciałem spędzić razem z wami kilka chwil zanim wyjadę.
- Chyba nigdy nie przestanę cię podziwiać. - uśmiechnęłam się.
- Mamo, to prawda, że rodzice Toma zgodzili się, żeby został u nas do końca roku szkolnego? - przerwała mi nagle moja córka.
- Tak. Stwierdzili, że nie ma sensu, żeby kilka miesięcy przed jego końcem zmieniał szkołę. - odpowiedziałam.
- To świetnie! - ucieszyła się i z tego co zauważyłam, rzuciła mu się na szyję.
Około godziny dziewiątej wróciliśmy z powrotem na nasz pomost. Każdy z nas wziął swoją parę butów i ruszyliśmy do ogniska. Pablo razem z byłym chłopakiem naszej córki rozpalili ogień, a my przygotowałyśmy przekąski. Następnie usiedliśmy wszyscy dookoła i smażyliśmy sobie kiełbaski. Niestety, miałam pecha i swoją okropnie przypaliłam, ale i tak była pyszna. Po zjedzonym posiłku sięgnęliśmy instrumenty i muzykowaliśmy dopóki nie zachciało nam się spać. Gdy stwierdziliśmy, że potrzebujemy już snu ruszyliśmy do łóżek. Martina do naszego, Tom do Martiny, a ja z Galindo do namiotu. Przebrałam się w piżamę w namiocie, gdy mój mąż gasił resztki ognia. Kiedy do mnie przyszedł leżałam już gotowa do snu.
- Coś czuję, że dzisiaj w nocy ktoś tutaj się zejdzie. - oznajmił wchodząc do środka.
- Sądzisz, że porozmawiają ze sobą i wrócą do siebie? - spytałam.
- Nie do końca o taki sposób mi chodziło, ale jesteś blisko.
- Pablo, chyba nie myślisz, że oni...
- Owszem, myślę. - przerwał mi.
- Jesteś okropny. - powiedziałam. - Przecież oni są ze sobą skłóceni.
- Skłóceni? Jeśli myślisz, że ich relacja tak wygląda, to niestety muszę cię zmartwić, ale nie masz racji. - stwierdził. - Naprawdę tego nie widzisz?
- Widzę, ale znam naszą córkę i wiem, że ona nie byłaby w stanie tego zrobić.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak. Nie. Nie wiem. - odparłam. - Dobrze, może masz trochę racji. A z resztą skończmy ten temat. To nie nasza sprawa, co oni tam robią.
- Wiesz co ci powiem? - spytał. - Uwielbiam to jak udajesz, że w ogóle cię coś nie obchodzi, a tak naprawdę na myśl o tym nie możesz usiedzieć w miejscu.
- A wiesz co ja ci powiem? Że jesteś potworny. - powiedziałam zaciągając śpiwór na twarz i obracając się plecami do niego.
- Angie, daj spokój. Tak tylko żartowałem. Nie myślę tak na serio. - mówił przysuwając się do mnie.
Tak naprawdę nie byłam na niego obrażona, ale stwierdziłam, że nie będę się do niego odzywać. Chciałam mu w ten sposób pokazać, że denerwuje mnie jego takie zachowanie. Kiedy położył na moim brzuchu swoją dłoń energicznie złapałam ją swoją ręką i odsunęłam od siebie jak najdalej mogłam.
- Kochanie, nie gniewaj się, proszę. - szepnął.
Dopiero wtedy zauważyłam, że on na poważnie się tym przejął, lecz mimo to byłam stanowcza i nadal z nim nie rozmawiałam.
- Angeles.. - mruknął mi na ucho.
Miałam nadzieję, że zaraz mi da spokój i będę mogła zasnąć, lecz się pomyliłam. Przytulił się do mnie, a ja zaczęłam próbować wyrwać się z jego uścisku, ale nie potrafiłam. Bardzo mocno mnie trzymał. Miał o wiele więcej siły ode mnie.
- Nigdzie mi nie uciekniesz. - usłyszałam.
Obróciłam niepewnie twarz w jego stronę, a on od razu mnie pocałował. Nasze usta topiły się we wspólnych pocałunkach.
Przez chwilę byłam nieco zdziwiona, ale nie mogłam się temu oprzeć i zaczęłam je odwzajemniać. Jego dłoń powędrowała wzdłuż mojego ciała w górę aż do mojej twarzy, gdzie zetknęła się z policzkiem, na którym już została. Po dłuższej chwili obrócił się w taki sposób, że był nade mną. Miałam wrażenie, że całuje mnie z jeszcze większą namiętnością niż wcześniej. Nagle rozłączył nasze wargi i spojrzał na mnie.
- Już wszystko gra? - zapytał.
Nie odpowiedziałam nic. Leżałam wpatrzona w jego oczy. Nie chciałam, żeby mógł z mojej twarzy odczytać jakąkolwiek emocję. Starałam się nie uśmiechać, ale czułam, że nie za bardzo mi to wychodzi. Przygryzłam dolną wargę, a on się zaśmiał.
- Co? - rzuciłam.
- Nic. Znam cię. - odparł. - I doskonale wiem, że wcale nie byłaś na mnie zła.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, ale wiedziałam co. Najzwyczajniej w świecie odwróciłam wzrok spoglądając na jego śpiwór. Wtem on ponownie delikatnie musnął moje usta swoimi.
- Kocham cię... - wyszeptał tak cicho, że prawie tego nie usłyszałam.

Cześć i czołem! Co sądzicie o rozdziale? Mam nadzieję, że się podobał ^_^
Niestety, nie udało mi się wstawić w tym tygodniu dwóch rozdziałów, ale wierzę, że mi to wybaczycie. Tak samo, jak to, że dzisiejszy rozdział pojawił się tak późno :D
Jeśli są tutaj jacyś trzecioklasiści chciałabym życzyć Wam powodzenia na egzaminach. Jeśli chociaż trochę uważaliście na lekcjach będzie dobrze, zobaczycie. Trzymam za was kciuki ;)

Do następnego! ;*
bloggerka

niedziela, 10 kwietnia 2016

Sezon 3 - Rozdział 96 - Powiedz mi, bo jeśli tak, to chciałbym wiedzieć, jak mogę to naprawić

Cześć!
Zapraszam na rozdział 96.
- Z Tomem wszystko w porządku. - odpowiedział lekarz.
- W takim razie dlaczego dzwonisz z jego telefonu? On jest w szpitalu? A może to ty go gdzieś znalazłeś? - dopytywałam.
- On jest w szpitalu. - odrzekł Leo.
- Dlaczego tam jest? Coś się stało? - z każdą chwilą martwiłam się coraz bardziej.
- Spokojnie Angie, wszystko z nim dobrze. Nic mu nie jest. Po prostu przyszedł do Martiny.
- Jakie szczęście... - mruknęłam.
- Chciałem cię poinformować, że wasza córka się obudziła.
- Dlaczego...? - miałam zadać kolejne pytanie, lecz właśnie w tamtym momencie dotarło do mnie co powiedział doktor. - Chwila... że co?
- Tak, dobrze usłyszałaś. Obudziła i czeka na was.
- Niemożliwe! - krzyknęłam z wrażenia. - Zaraz tam będziemy! Powiedz jej, żeby się nie martwiła, będziemy jak najszybciej tylko się da. Już jedziemy! - mówiłam.
Kiedy się rozłączyłam wbiegłam do naszej sypialni nie myśląc o tym, że mój mąż może spać. Z resztą to nie miało większego znaczenia, gdyż i tak zaraz miałam go obudzić.
- Coś się stało? - zapytał zaspany.
- Nasza córka się obudziła! - odpowiedziałam mu pełna energii. - Wstawaj, musimy do niej jechać! No już, jak najszybciej!
Pablita ta informacja również rozbudziła, ponieważ szybko wstał z łóżka i podszedł szybszym krokiem do szafki z ubraniami. Wyciągnął z niej bluzę i jakieś dżinsy, które na siebie włożył. Ja natomiast musiałam się całkowicie przebrać. Ściągnęłam z siebie piżamę i założyłam pierwszą bluzkę i spodnie jakie tylko wpadły mi w ręce.
- Gdzie są klucze? - spytał mój mąż, kiedy zeszliśmy na dół.
- Sprawdź w mojej torbie. - rzuciłam zakładając w pośpiechu buty. - Są? - zapytałam po chwili.
- Tak. - odpowiedział. - Jak ty tam mieścisz tyle rzeczy? - zdziwił się.
- Kobieca magia. - odparłam z uśmiechem. - Możemy jechać?
- Jak najbardziej.
Kilka chwil później siedzieliśmy w samochodzie, w drodze do szpitala gdzie leżała nasza córka. Obudziła się. OBUDZIŁA SIĘ. Nadal nie potrafiłam przyswoić tej informacji. Nie mogłam się doczekać kiedy wejdę do niej na salę, a ona się chociażby do mnie uśmiechnie. Tak okropnie chciałam tam już być i zobaczyć, że naprawdę jest już dobrze. Wiedziałam, że w kiedyś tak będzie. Czyżbym nareszcie się doczekała?
- Jesteś pewna, że Martina się wybudziła? - spytał nagle mój mąż.
- Tak. Leo do mnie dzwonił z telefonu Toma. Powiedział, że chłopak tam jest, a nasza córka właśnie otworzyła oczy. Pablo, czy to nie cudowne?
- To jest cudowne. - odpowiedział. - Tylko nie wydaje mi się do końca zbyt wiarygodne. Może jestem w błędzie, ale mam jakieś złe przeczucia.
- Obyś się mylił. - rzuciłam.
- Oby tak było. - mruknął cicho.
Piętnaście minut później zaparkowaliśmy przed szpitalem i wysiedliśmy z auta idąc w kierunku drzwi. W szybkim tempie weszliśmy na piętro, na którym leżała najmłodsza dziewczyna z rodziny Galindo i szybko znaleźliśmy się pod jej salą. Zanim weszliśmy do środka zdecydowaliśmy się nieco wyciszyć i uspokoić, aby przypadkiem jej nie wystraszyć. Kiedy byliśmy już w miarę ogarnięci delikatnie nacisnęłam klamkę i weszłam do środka razem z Pablitem. Gdy znaleźliśmy się w środku wzrok naszej córki, jak i Toma skierował się w naszą stronę.
- Mama... tata... - usłyszałam. - Jak fajnie, że jesteście...
- Córciu... - wyszeptałam.
Nie mogłam powstrzymać łez. Podeszłam do niej i złapałam ją za dłoń chowając głowę w swojej ręce. Byłam tak bardzo szczęśliwa. Nie mogłam uwierzyć w to co się działo.
- Nie płacz mamo. Przecież wszystko jest dobrze. - powiedziała.
Spojrzałam na nią i przejechałam palcami po jej policzku. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Gdybym mogła skakałabym wysoko w celu pokazania swojej radości.
- Tak się cieszę, że się już wybudziłaś. - powiedziałam. - Wiesz jak było nam wszystkim bez ciebie pusto?
- Jak tam księżniczko? - rzucił ojciec nastolatki podchodząc do łóżka, na którym leżała. - Jak się czujesz?
- Bywało lepiej. - odpowiedziała. - A co tam u ciebie? - dodała śmiejąc się.
- Po staremu. - odrzekł Pablito zerkając na Toma. - Czy ona...?
- Tak, wie już. - przerwał mu chłopak. - Mam nadzieję, że się nie gniewacie.
- Wyjaśniliście sobie już wszystko? - spytałam.
- Nie, za mało czasu spędziliśmy razem. - odparł nastolatek. - Ale na pewno jeszcze zdążymy to zrobić.
- Dokładnie. - przytaknął mój mąż. - Tom powiem ci, że Angie nie mogła w nocy spać, bo tak się o ciebie martwiła. Gdy tylko usłyszała jakiś odgłos to od razu miała wrażenie, że to ty i chciała iść to sprawdzić.
- Naprawdę? - zdziwił się siedemnastolatek. - Przepraszam, nie chciałem, żeby tak było. Po prostu chciałem dłużej posiedzieć z Martiną.
- Daj spokój. Pablo jak zawsze dramatyzuje. - stwierdziłam.
- Ja? Ja dramatyzuję? A kogo cały czas musiałem zapewniać, że z Tomem jest wszystko w porządku? Że jest dużym chłopcem i sobie poradzi?
- No dobrze, masz rację. - mruknęłam od niechcenia. - Kochanie, masz na coś ochotę? Potrzebujesz czegoś? Może ci coś przynieść? - zwróciłam się do swojej córki.
- Nie, dziękuję mamo. - odpowiedziała, a chwilę po tym w pomieszczeniu pojawił się lekarz.
- Dzień dobry, a raczej dobry wieczór. - przywitał się z nami. - Jeśli was obudziłem, najmocniej przepraszam, ale wydaje mi się, że było warto przerwać sen, nieprawdaż?
- Jak najbardziej. - wtrąciłam.
- No więc, co mogę wam powiedzieć? Martiny stan jest stabilny. Wszystko zaczyna wychodzić na prostą. Wybudziła się, a to już spory krok do przodu. Myślę, że niebawem będzie w pełni zdrowa.
- Kiedy będzie mogła wrócić do domu? - zapytał mój mąż.
- Nie jestem tego jeszcze pewien, ale wydaje mi się, że w ciągu dwóch, trzech tygodni. Oczywiście będziemy ją obserwowali i będę kontrolował czy wszystko jest w porządku. - powiedział. - Teraz niestety muszę poprosić was o opuszczenie pokoju, gdyż pacjentka musi odpocząć. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zdążyliście zamienić ze sobą zbyt wielu słów, ale takie są procedury. Wpadnijcie jutro rano.
- Oczywiście. - przytaknęłam.
Pożegnaliśmy się z naszą córką mocno ją wycałowując i przytulając, po czym wyszliśmy z pomieszczenia i we troje udaliśmy się do samochodu. Kilka minut później każdy z nas był już w swojej sypialni. Chciałam zamienić jeszcze parę słów z Tomem, ale wiedziałam, że jest on bardzo zmęczony i nie chciałam go jeszcze bardziej wymęczać. Po za tym na następny dzień musiał wstać do Studia, a zostało mu niewiele, bo tylko cztery godziny snu. Stwierdziłam, że przy śniadaniu zaproponuję mu, żeby został w domu i się wyspał. O ile w ogóle wstanie na śniadanie. A jeśli nie, to nie zamierzałam go budzić.
- Szalony dzień, nie? - rzucił Pablo wchodząc do pokoju.
- Tak. - odparłam. - Nie wierzę, że w końcu jest tak dobrze. Przecież jeszcze niedawno było źle. Ty byłeś chory, Martina była w stanie krytycznym... To co dzieje się teraz wydaje
mi się czymś wspaniałym.
- Bo to co się dzieje, jest wspaniałe. - stwierdził. - Nie każdy ma tyle szczęścia ile nasza córka.
- A co myślisz o jej związku z Tomem? - zapytałam. - Nie wyglądała, jakby była na niego zła.
- Może jednak zdążyli sobie coś wyjaśnić? Albo po prostu nie miała siły się z nim kłócić. Mimo to wiem, że się pogodzą i wrócą do siebie. Jestem tego pewien. Nie mogłoby być inaczej.
- Mam takie samo zdanie. Nawet jeśli to nie jest jej jedyny, ten na całe życie, to mam wrażenie, że to jeszcze nie jest pora na zakończenie tego rozdziału.
Nie odpowiedział nic. Kiwnął głową w tak dziwny sposób, że nawet nie wiedziałam, czy w ten sposób przyznaje mi rację, czy raczej próbuje pokazać, że się ze mną nie zgadza, ale nie miałam ochoty na dłuższą rozmowę. Chciałam już spać. Sen był mi w tamtym momencie bardzo potrzebny. Odrobinę byłam zdziwiona, że nie padłam jeszcze z przemęczenia, ale przecież nie mogłam przez nadmiar hormonów szczęścia, adrenaliny czy czegoś tam innego co tak bardzo mnie pobudziło. Wtuliłam się w swojego męża i zasnęłam.
- Myślałaś kiedyś jak to jest stracić bliską, bardzo ci bliską, osobę? Osobę, bez której nie wyobrażasz sobie swojego życia? Osobę, która była dla ciebie najważniejsza? Osobę, która znaczy dla ciebie wszystko? Osobę, która jest twoim całym światem? Nie? No więc właśnie. Pomyśl teraz, co czuję ja. Straciłem ją w bardzo młodym wieku. Była moim jedynym powodem do życia. Teraz już wiesz kim jestem?
Obudziłam się. Miałam nadzieję, że nie dawałam przez sen znaków, że śni mi się koszmar. Poleżałam chwilę i nasłuchiwałam czy Pablo śpi. Spał. Nie obudziłam go. Dobrze. Zamknęłam oczy i spróbowałam ponownie zasnąć. Udało mi się to szybciej niż się spodziewałam.
Był ciepły, kwietniowy dzień. Postanowiłam, że zrobię swojemu mężowi małą niespodziankę i odwiedzę go w Hiszpanii. Odkąd tylko wpadłam na ten pomysł byłam bardzo podekscytowana. Planowałam każdy najmniejszy szczegół. Postanowiłam, że Martinę zostawię samą z Tomem w naszym domu i polecę do Sewilli na dwa, trzy dni. Wzięłam wolne w Studio, kupiłam bilet na samolot i nim się obejrzałam już w nim siedziałam. Gdy wylądowałam i odnalazłam swoją walizkę pobiegłam złapać jakąś taksówkę. Podałam adres i dwadzieścia minut później znalazłam się pod jego domem. Nacisnęłam na odpowiedni guzik w domofonie, lecz bezskutecznie. Spróbowałam jeszcze dwa razy. Nic. Przez myśl mi przeszło, że mój ukochany może być w pracy. Pamiętałam, że kiedyś przysłał mi adres tamtejszego Studia, więc wyjęłam komórkę i zaczęłam go szukać. Zajęło mi to tylko parę chwil. Wsiadłam do samochodu i podałam kierowcy nowe miejsce, do którego miał mnie zawieźć. Dwie minuty później stałam przed europejskim Studio. Nie różniło się bardzo od tego latynoamerykańskiego. Nazwa taka sama, wygląd budynku również. Weszłam do środka i wcale nie zdziwiło mnie to, że pokój nauczycielski znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co w Argentynie. Zapukałam. Po chwili usłyszałam głośne "proszę".
- Dzień dobry. Nazywam się Angeles Galindo...
- Pani jest zapewne żoną naszego dyrektora? - spytał mnie jakiś wysoki facet wyglądający na bardzo młodego. - Nazywam się Petrucio. Uczę tutaj tańca. Bardzo miło mi panią poznać.
- Dziękuję. Mnie również. - odparłam. 
- Natomiast ja nazywam się Simon. - wtrącił drugi z mężczyzn przebywających w pomieszczeniu. - Uczę śpiewu. Z tego co mi wiadomo pani również się tym zajmuje.
- Tak. Można powiedzieć, że jestem pana argentyńską wersją. - zaśmiałam się. - Szukam mojego męża. Gdzie mogę go znaleźć?
- Z tego co mi wiadomo, Pablo jest teraz bardzo zajęty i nie wiem, czy wypada mu przeszkadzać... - stwierdził pierwszy z poznanych mi nauczycieli. - Oczywiście nie wydaje mi się, że jego ukochana osoba mogłaby mu przeszkodzić, ale...
- W takim razie chyba prościej będzie jeśli pan po prostu powie mi, gdzie on jest. - uśmiechnęłam się.
- U siebie, w gabinecie.
- Drugie drzwi po lewo?
- Naturalnie.
Opuściłam owe pomieszczenie i skierowałam się w stronę pokoju obok, w którym rzekomo miał być Galindo. Ucieszyłam się, że zaraz się z nim zobaczę. Po siedmiu miesiącach rozłąki w końcu mogłam go przytulić. Energicznie zapukałam, a następnie nacisnęłam klamkę. Ku moim oczom ukazał się obraz, który sprawił, że moje serce rozpadło się na miliardy małych kawałków.
- Angie! - rzucił Pablo odsuwając się szybko na drugi koniec gabinetu - Co ty tutaj robisz?
Gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam swojego męża, który przyciskał do ściany jakąś kobietę. Jego dłonie błądziły gdzieś pod jej bluzką, a ona targała mu włosy. Oboje oddawali sobie namiętne pocałunki. Na jego karku dostrzegłam kilka śladów po szmince, a na jej szyi nie dało się nie zauważyć ogromnej malinki. Nie wykluczone, że gdybym się tam nie pojawiła mogłoby dojść do czegoś więcej.
- Zapewniam cię, że to nie tak, jak myślisz. - powiedział.
Nie mówiłam nic. Stałam tam i patrzyłam się na niego z żalem. Skłamał mnie... Oszukał mnie...
Ponownie się obudziłam, lecz tym razem nie podskoczyłam ze strachu. Gdy otworzyłam oczy poczułam, że po policzkach spływają mi łzy. Nie sądziłam, że przez sen można się popłakać, ale jak się okazało, jednak można. Z jednej strony w tamtym momencie chciałam przytulić się do swojego męża i usłyszeć od niego, jak bardzo mnie kocha, a z drugiej poczułam do niego ogromną niechęć. Tak, jakby to co mi się przyśniło, wydarzyło się naprawdę. A przecież tak się nie stało. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Przetarłam oczy. Zerknęłam na zegarek, aby sprawdzić godzinę. Wybiła równo piąta nad ranem. Wiedziałam, że już nie zasnę, bo gdybym tylko zamknęła oczy to przed nimi pojawiłby mi się obraz tej kobiety i mojego męża. Dlaczego mi się to przyśniło? Przecież Pablo był wobec mnie wierny. O wiele bardziej niż ja wobec niego. Wierzyłam mu, że jeśli wyjedzie nasze uczucia nie wygasną. Ale... co ja na ten temat mogłam wiedzieć...
- Tylko proszę, nie mów, że śniło ci się coś dotyczącego Martiny. - usłyszałam nagle.
- Nie... - odpowiedziałam odsuwając się nieco od Galindo.
- W takim razie co? - spytał.
- Nie ważne. - rzuciłam oschle.
- Nabroiłem coś? Powiedz mi, bo jeśli tak, to chciałbym wiedzieć, jak mogę to naprawić.
- Nic nie zrobiłeś, po prostu... Po prostu zastanawia mnie jedna rzecz. - rzuciłam. - Czy uważasz, że byłbyś w stanie mnie zdradzić? Odpowiedz szczerze.
- Co? Chyba sobie żartujesz.
- Nie żartuję Pablo. Pytam całkiem szczerze. Czy sądzisz, że będąc w Sewilli mógłbyś mnie zdradzić?
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię. - zaczął. - Będzie krótko i na temat. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Znaczysz dla mnie naprawdę wiele. Nie potrafiłbym cię świadomie
skrzywdzić. Nigdy. Przenigdy. Rozumiesz? - powiedział. - Mogę wiedzieć, co sprawiło, że masz wątpliwości co do mojej wierności?
- Sen... zły sen... - westchnęłam. - Przepraszam. Po prostu myśl o tym, że dotykasz inną... Że oddajesz jej pocałunki... Szepczesz jej na ucho coś, co do tej pory słyszałam tylko ja... - urwałam.
- Bardzo cię kocham. - odparł. - Bardzo Angeles. Nad życie. Nie ma takiego słowa, którym byłbym wstanie oznajmić ci, co do ciebie czuję.
- Tak, masz rację. - odrzekłam. - Przepraszam. Teraz mi głupio z tego powodu, że w ogóle przez myśl mi przeszło, że byłbyś w stanie zrobić coś takiego. Przepraszam.
- Uznam, że to nigdy nie miało miejsca, co ty na to? - zaproponował.
- Świetny pomysł. - uśmiechnęłam się. - Kocham cię. - dodałam.
Zaśmiał się cicho, a następnie położył swoją rękę na moim biodrze i przyciągnął mnie do siebie. Stykaliśmy się wszystkimi częściami ciała. Czułam na swojej twarzy jego regularny oddech. Pocałował mnie delikatnie w czoło.
- Dobranoc najdroższa... - wyszeptał mi do ucha.
I ku mojemu zdziwieniu, jednak ponownie zasnęłam. Rozmowa z nim sprawiła, że poczułam się lepiej. Jak ja mogłam w ogóle w niego zwątpić? Przecież mój mąż jest ideałem mężczyzny chodzącym po tej ziemi. Nie wykluczone, że nie raz obok niego przeszła ładniejsza kobieta i przez myśl, mu przeszło coś, co nie powinno, ale mimo to był wierny. I to była jego zaleta. Potrafił być wierny, nawet w momentach, gdy pokazywałam mu, że ja tak nie umiem. Poprawka, kiedyś tak nie potrafiłam. Dzisiaj sobie nie wyobrażam, żebym mogła go skrzywdzić w ten sposób.
- Żebyś tylko zdawała sobie sprawę, ile tak naprawdę dla mnie znaczysz, wszystko byłoby prostsze... - szepnął, gdy zapewne myślał, że śpię.
Delikatnie uniosłam kąciki ust, gdyż nie chciałam mu pokazywać, że jednak jest inaczej. Ponownie zrobiło mi się głupio. Zbyt często dawałam mu powody do tego, żeby myślał, że już mi na nim nie zależy, albo, że nie zdaję sobie sprawy z tego, co on do mnie czuje. On przez cały czas dawał mi poczuć się kochaną przez drugą osobę, a ja? Czy ja w ogóle kiedykolwiek sprawiłam, że poczuł się kochany i doceniony? Miałam nadzieję, że tak, ale nie wiedziałam tego na pewno.

Dzień dobry wszystkim! Jak się macie? Mam nadzieję, że rozdział się podobał ;)
A tak trochę z innej beczki - widział ktoś może nowy teledysk Tinity? Mnie osobiście bardzo się podoba i nie mogę się doczekać premiery jej płyty, jak i filmu <3
Nie mam pojęcia, co mogłabym jeszcze napisać, dlatego wstawię tutaj takie ładne selfie z planu Violetty 3 *.*


Widzimy się w następnym rozdziale! ;*
bloggerka

wtorek, 5 kwietnia 2016

Sezon 3 - Rozdział 95 - Naprawdę nie uważasz, że jesteśmy na to za starzy?

Cześć wszystkim!
Zapraszam na nowy rozdział.
Miłej lektury :D
- Angeles... - usłyszałam. - Angie... kochanie... wstawaj. Już dwunasta.
- Tak, tak... - mruknęłam obracając się na drugi bok.
Dzień wcześniej, gdy Pablo poszedł z Tomem na mecz ja zdecydowałam, że spędzę ten czas aktywnie. Spakowałam swoje dresy, buty sportowe, butelkę wody oraz ręcznik i wybrałam się do pobliskiej siłowni na zajęcia fitnessu. Kiedy wróciłam do domu kilka godzin później byłam tak zmęczona, jak i wykończona, że miałam problem z wejściem na piętro. Gdy cudem się tam wdrapałam od razu położyłam się na łóżku i zasnęłam. Po jakimś czasie obudził mnie mój mąż, gdyż martwił się o mnie. Wytłumaczyłam mu, co robiłam, a następnie poszłam wziąć kąpiel w wannie. Wszystko okropnie mnie bolało. Uświadomiłam sobie, jak dawno nie dbałam o swoją kondycję fizyczną. Kilkanaście lat temu biegałam każdego dnia z Galindo, ale to było wtedy, gdy byliśmy jeszcze przyjaciółmi, czyli naprawdę dawno.
- Wiem, że nie masz siły, ale nie możesz całego dnia spędzić w łóżku. - powiedział.
- Ale mam wszędzie zakwasy... - wymruczałam.
- No właśnie. Musisz się poruszać, żeby je rozchodzić.
- Na prawdę nie mam siły... - odparłam.
- Dobrze, poleż sobie jeszcze. Przyniosę ci śniadanie. - odparł całując mnie w czoło.
- Dziękuję. - rzuciłam i schowałam głowę w poduszkę.
Miałam wrażenie, że każda, nawet najmniejsza cześć ciała, odczuwała ogromny ból, ale mimo to czułam się świetnie. W końcu zrobiłam coś dla siebie. Pomimo, iż nie mogłam ruszyć nawet palcem byłam z siebie dumna. Kilka minut później w pokoju ponownie pojawił się Pablo, który niósł w ręce tackę z jedzeniem. Poprosił, abym usiadła. Przyznam, że miałam z tym większy problem, ale jakoś dałam radę. Podał mi moje śniadanie, a następnie usiadł obok mnie.
- Myślisz, że będziesz w stanie się dzisiaj stąd ruszyć? - zapytał.
- Jak bardzo się postaram, to może mi się uda, a co? - odpowiedziałam.
- Bo chciałem dzisiaj wyjść z tobą wieczorem.
- A możemy? - rzuciłam.
- Dlaczego niby nie? - zdziwił się.
- No bo Tom...
- Tom tutaj mieszka, więc nic się nie stanie, jak zostanie na parę godzin sam. Po za tym, on wychodząc ze znajomymi nie zastanawia się nad tym, czy nam nie będzie z tego powodu przykro.
- On ma osiemnaście lat, a my ponad dwa razy więcej.
- I co z tego? - spytał. - Jeśli jeszcze mamy siłę możemy się bawić.
- W takim razie, gdzie chciałbyś iść?
- Dzisiaj w parku jest festiwal. Będą koncerty na żywo, jakieś stoiska i inne atrakcje.
- Naprawdę nie uważasz, że jesteśmy na to za starzy? - odrzekłam z uśmiechem.
- Nie. - odparł. - Wyglądamy młodo. - stwierdził. - Tylko, co z tymi twoimi zakwasami? Bo jeśli nie możesz ruszyć się z łóżka, to raczej nici z naszych planów.
Nagle nabrałam ogromnej ochoty, aby się tam pojawić. Nie wykluczone, że to mogła być ostatnia okazja, aby trochę poszaleć nim mój mąż wyjedzie z kraju. Na prawdę chciałam tam być. Jedyny problem był w tym, że okropnie wszystko mnie bolało.
- Spróbuję je rozruszać jak tylko zjem śniadanie. - powiedziałam.
- W takim razie świetnie. - odparł. - Ja teraz pójdę zacząć robić obiad, bo Tom wraca ze Studia za dwie godziny i dobrze byłoby, gdyby jedzenie już wtedy było gotowe. Później możemy przejść się jeszcze do Martiny, żeby sprawdzić, czy wszystko jest u niej w porządku.
- A o której chcesz iść do parku? - zapytałam.
- Myślę, że o osiemnastej, ponieważ od tej godziny są przewidziane najlepsze atrakcje. W każdym razie tak pisało na plakacie.
- No dobrze. - mruknęłam.
Porozmawialiśmy jeszcze przez moment, a następnie mój mąż wyszedł z sypialni i udał się do kuchni, natomiast ja, gdy skończyłam posiłek wstałam z łóżka i próbowałam się trochę poruszać. Z każdym ruchem zakwasy coraz bardziej przypominały mi o swoim istnieniu, ale starałam się je ignorować. Zrobiłam kilkanaście przysiadów i skłonów, co sprawiło, że poczułam się nieco lepiej. Powtórzyłam owe ćwiczenia jeszcze kilka razy, po czym sięgnęłam tackę, na której Pablo podał mi jedzenie i zeszłam z nią na dół. Naczynia włożyłam do zmywaki i usiadłam na krześle przy stoliku.
- I jak tam? Ćwiczyłaś? - spytał Galindo.
- Tak. Trochę mi przeszło. Za jakieś pół godziny zrobię znowu kilka ćwiczeń. I znowu. I znowu. I znowu. No i może w końcu przejdzie.
- Na pewno przejdzie. - zapewniał.
- Co dzisiaj gotujesz? - zapytałam.
- Lazanię. - odpowiedział. - Podobno Tom bardzo ją lubi.
- Albo mi się wydaję, albo zacząłeś go z powrotem lubić. - rzuciłam z uśmiechem.
- No może... - odparł. - Zawsze go lubiłem, tylko nie podobało mi się to, że skrzywdził moją córkę. Po za tym jest całkiem spoko.
- Całkiem spoko? - powtórzyłam nie dowierzając.
- Tak.
Tamtego dnia już więcej nie rozmawialiśmy na ten temat. Po jego odpowiedzi spytałam, czy mogę mu w czymś pomóc, a on przydzielił mi zadanie. We dwoje gotowanie minęło nam znacznie szybciej i przyjemniej. Jak się okazało, były chłopak naszej córki skończył zajęcia wcześniej, gdyż Gregorio musiał pilnie wyjść zwalniając grupę z ostatniej godziny lekcyjnej. Zjedliśmy obiad słuchając opowieści Jaqueza o tym, co wydarzyło się tamtego dnia w Studio. Bardzo lubiłam ich słuchać, bo mimo, że nie przebywałam tam ostatnio, to przynajmniej wiedziałam, co się tam działo. Kiedy zjedliśmy posiłek, zgodnie z planami mojego męża udaliśmy się do szpitala, aby odwiedzić Martinę. Gdy rozmawialiśmy z lekarzem okazało się, że nic się nie zmieniło. Z jednej strony to dobrze, bo jej stan się nie pogorszył, a z drugiej źle, gdyż się nie polepszył. Mimo to wiedziałam, że niebawem będzie lepiej, bo przecież musi. Wróciliśmy do domu o szesnastej. Miałam jeszcze dwie godziny do naszego wyjścia, w związku z czym postanowiłam zadzwonić do Lucasa. Wysłałam mu SMSa z pytaniem, czy możemy porozmawiać przez wideo-rozmowę, na co on odpisał twierdząco. Włączyłam laptop i rozmawiałam z nim bardzo długo. Skończyłam, gdy zbliżała się osiemnasta. Postanowiłam się przebrać w coś lżejszego niż to, co miałam na sobie, bo byłam pewna, że będzie mi gorąco. Założyłam przewiewną bluzkę oraz dżinsy. Na nogach miałam jedne z moich ulubionych par trampek, a torebki nie brałam w ogóle, gdyż tylko by mi przeszkadzała. Wiedziałam, że wszystko co będzie nam potrzebne weźmie Pablo.
- Możemy iść? - zapytał wchodząc do przedpokoju.
- Jasne. - odpowiedziałam.
Wyszliśmy z domu i zamknęliśmy go na klucz, gdyż nikogo w nim nie było. Tom również zdecydował się gdzieś wyjść. Następnie wolnym krokiem udaliśmy się w stronę parku, który znajdował się bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. Tak naprawdę, już stamtąd można było usłyszeć muzykę. Niezmiernie cieszyłam się, że wybieramy się na festiwal, lecz mimo to była w tym wszystkim jedna rzecz, która mi przeszkadzała. Mianowicie mój wiek. Na co dzień nie czułam się bardzo staro, ale w takich momentach jak te miałam wrażenie, że będę jedną z najstarszych osób podczas tego typu wydarzeń.
- Angie, coś się stało? - spytał nagle mój mąż.
- Nie, skąd taki pomysł? - odparłam.
- Bo wyglądasz na nieco przybitą. - stwierdził.
Miałam nadzieję, że tego nie zauważy, ale jednak się pomyliłam.
- Czasami mam po prostu takie dni, gdy wydaje mi się, że jestem już za stara na to, co robię.
- Kochanie, przecież nie jesteś taka stara. - powiedział. - Przypomnę ci, że nie masz siedemdziesięciu lat.
- Ale mimo to myślę, że niektóre rzeczy powinnam była zrobić w wieku dwudziestu lat, a nie teraz.
- Wiesz dlaczego tak myślisz? - zaczął. - Bo zdecydowałaś się na dziecko w dość późnym wieku.Zanim Martina stała się
na tyle samodzielna, aby mogła się sama sobą zająć, ty musiałaś poświęcać swój czas tylko jej. I ostatnie młode lata spędziłaś bawiąc się z nią lalkami i odrabiając lekcję. - powiedział. - Nie jesteś stara. Nawet tak o sobie nie myśl. Możemy wrócić do tego tematu, ale wtedy kiedy naprawdę taka już będziesz. Za trzydzieści, czterdzieści lat, ale nie wcześniej.
Nie odpowiedziałam nic, gdyż w tamtym momencie weszliśmy już na teren festiwalu. Wejście było darmowe i niepotrzebny był do tego bilet. Ku mojemu zaskoczeniu nie było tam aż tak wielu ludzi jak się spodziewałam.
- To na co masz ochotę? - spytał.
Nie mogłam się zdecydować, więc on zrobił to za mnie. Pierw poszliśmy po kolorowe waty cukrowe, następnie po jakieś zimne napoje. Później na karuzelę i kolejkę górską. Ponownie czułam się tak, jakbym miała dwadzieścia lat. Przestałam się wszystkim przejmować i zaczęłam się bawić. Kiedy zbliżała się godzina dwudziesta druga na scenie miał wystąpić gość specjalny, czyli ktoś na kogo wszyscy czekali. Nikt tak naprawdę nie wiedział kto to jest, oczywiście z wyjątkiem samych organizatorów i osoby, czy też zespołu występującego. Stanęliśmy przy scenie. Co prawda nie udało nam się dostać pod same bramki, ale byliśmy bardzo blisko. Jednocześnie nie było ciasno, bo w miejscu, w którym byliśmy ludzie nie stali jeden obok drugiego, tak jakby byli do siebie poprzyklejani, a było między nimi nieco przestrzeni. Moje zaskoczenie było przeogromne kiedy pojawił się prowadzący i zapowiedział występ gwiazdy wieczoru, którą była... Violetta! Zaczęłam bić jej brawo. Gdy pojawiła się na scenie pierwszą piosenką jaką wykonała było "En Gira". Zaraz po niej przywitała się z nami i powiedziała kilka słów od siebie. Koncert trwał w najlepsze. Razem z Pablem tańczyliśmy i śpiewaliśmy piosenki najgłośniej jak się dało.
- "Oh baby, I wish I could tell you, how I feel, but I can't, cause I'm scared to. Oh boy, I wish I could say... That underneath it all!* - krzyczałam na piosence, która okazała się być przedostatnią.
Kiedy całe show się kończyło, a na scenie brzmiały ostatnie nuty "En mi mundo", mój mąż złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Nie czekają na nic pocałował mnie. Dopiero kiedy cały utwór dobiegł końca nasz pocałunek się zakończył. Uśmiechnęłam się do niego.
- Wracamy? - spytał się krzycząc mi do ucha.
Kiwnęłam mu głową w odpowiedzi. Przez kilka minut próbowaliśmy wydostać się z tłumu, a gdy w końcu weszliśmy na mniej zatłoczoną ulicę, która znajdowała się po za parkiem wyjęłam telefon i napisałam do mojej siostrzenicy SMSa z bardzo krótką wiadomością - "Cudowny koncert. Gratuluję.". Kiedy doszliśmy do domu nacisnęliśmy klamkę, ale okazało się, że jest zamknięte. Albo Tom jeszcze nie przyszedł, albo leżał już u siebie w pokoju i spał. Miałam nadzieję, że raczej to ten drugi scenariusz jest prawdziwy, ponieważ następnego dnia miał szkołę. Weszliśmy do środka, a ja po cichu ruszyłam w stronę drzwi od pokoju gościnnego, aby sprawdzić, czy były chłopak naszej córki tam jest. Otworzyłam je i zapaliłam delikatniejsze światło, ale jego tam nie było. Wróciłam do Pabla i powiedziałam mu o tym.
- Nie stresuj się Angie. Może po prostu jest z kolegami w jakimś klubie? Na pewno nic mu nie jest. - stwierdził.
- Chciałabym, żeby tak było. Nie chcę być w swojej skórze, kiedy jego matka dowie się, że zgubiliśmy jej syna.
- Ja też nie, ale nie martw się, nigdy do takiej sytuacji nie dojdzie. To duży chłopak, da sobie radę. - odpowiedział. - Lepiej mi powiedz, czy podobało ci się dzisiaj.
- Tak, bardzo. Dziękuję. - odparłam. - Wiedziałeś, że wystąpi tam dzisiaj Viola?
- Szczerze? - rzucił. - Tak. Dzwoniła do ciebie, żeby ci powiedzieć, a że ty nie odbierałaś, to zadzwoniła do mnie. Stwierdziłem, że nie będę ci mówić i zrobię ci niespodziankę. - powiedział. - Udało się?
- Jak najbardziej. - stwierdziłam z uśmiechem całując go w policzek. - Teraz jestem okropnie zmęczona. Wyskakałam się okropnie. Chyba nie pogniewasz się, jeśli pójdę już spać?
- Nie. - odrzekł. - Też jestem wykończony.
Weszłam na górę i wzięłam szybki prysznic. Później skierowałam się do sypialni, która była pusta, gdyż mojego męża jeszcze w niej nie było. Pojawił się on w niej parę minut po mnie. Położył się obok, przykrył kołdrą i przytulił się do mnie. Wydawało mi się, że zasnął bardzo szybko. Pomimo, że byłam wykończona, nie mogłam zmrużyć oka, ponieważ martwiłam się o Toma. Wiedziałam, że on już jest prawie dorosły, ale myśl, że coś może mu się stać okropnie mnie przerażała. I chyba nie tylko dlatego, że jego rodzice, a w szczególności Alejandra, nigdy by mi tego nie wybaczyli. Po prostu bałam się, że coś mu się stanie. Po jakimś czasie usiadłam na łóżku i sprawdziłam telefon. Minęło niewiele, bo raptem czterdzieści minut odkąd weszliśmy do domu, a chłopaka nadal nie było. Stwierdziłam, że spróbuję do niego zadzwonić. Wstałam i wyszłam za drzwi, żeby nie obudzić mojego śpiącego męża. Na korytarzu oparłam się o ścianę i wybrałam numer do Jaqueza. Pierwszy sygnał... drugi... trzeci... czwarty... piąty... szósty... poczta głosowa. Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i ponownie wybrałam do niego numer. Sytuacja się powtórzyła. "Pewnie mnie nie słyszy, bo jest z kolegami i jest głośno." - pomyślałam. Wróciłam z powrotem do łóżka.
- Gdzie byłaś? - zapytał Pablo.
- Dzwoniłam do Toma, bo jeszcze nie przyszedł. - odpowiedziałam.
- Nie powinnaś się o niego martwić. Da sobie radę. Musi się wyszaleć.
Miałam ochotę rzucić mu złośliwy komentarz, ale stwierdziłam, że lepiej będzie jeśli sobie daruję. Nie chciało mi się z nim kłócić w środku nocy. Przytuliłam się do niego zamykając oczy z nadzieją, iż zaraz zasnę. Było to bardzo trudne, gdyż w miałam same najgorsze scenariusze, ale mój mąż miał rację. Nastolatek sobie poradzi. Z trudem po dłuższej chwili zasnęłam. Spałam może kilka, kilkanaście minut, gdy nagle obudził mnie dzwonek telefonu. Sięgnęłam go i zerknęłam na
ekran. Wyświetliło się imię byłego chłopaka mojej córki.
- Halo? - odebrałam jednocześnie zaspana, a z drugiej strony pełna nadziei.
- Czy rozmawiałam z panią Angeles Galindo?
- Tak. - odpowiedziałam. - Kto mówi? - spytałam.
- Dobry wieczór Angie. To ja, Leo. - usłyszałam.
- Leo? - zdziwiłam się. - Czy coś się stało z Tomem? - przeraziłam się.

* - fragment "Underneath it all".

Hej! Jak myślicie, co się stało z Tomem? Dlaczego Leo dzwonił z jego telefonu? Tego dowiecie się już w następnym rozdziale, który mam nadzieję, pojawi się już niedługo ;)
Co mogę jeszcze dodać? Jedyne, co przychodzi mi na myśl to fakt, że do końca pozostało jeszcze tylko pięć rozdziałów. Trochę ciężko mi w to uwierzyć. Pamiętam jeszcze jak pisałam pierwszy sezon, a tu już końcówka trzeciego. Łezka się w oku kręci :')

Do zobaczenia! :*
bloggerka

niedziela, 3 kwietnia 2016

Sezon 3 - Rozdział 94 - Byłem głupi, że chciałem oddać cię Germanowi

Hola a todos!
Rozdział 94.
Miłego czytania! <3
Od czasu wypadku Martiny minęły już dwa tygodnie. Tom mieszkał z nami przez pół tego czasu i muszę przyznać, że był on bardzo dobrym, żeby nie powiedzieć wzorowym, lokatorem. Nawet nie chodzi o to, że był zawsze chętny do pomocy i po sobie sprzątał. Jego obecność sprawiała, że w naszym domu było nieco weselej. Odkąd naszej córki w nim nie było miałam wrażenie, iż jest tutaj wręcz pusto, a on pomógł nam nieco coś z tym zrobić.
- Cześć Angie, co dzisiaj na śniadanie? - zapytał wchodząc do kuchni w piżamie.
- Masz ochotę na jajecznicę? - spytałam. - Właśnie robię sobie i Pablowi porcję. Jeśli chcesz, mogę dla ciebie też zrobić. Chyba, że masz chęć na coś innego.
- Nie, bardzo chętnie zjem jajka. - odparł. - W takim razie ile mam czasu zanim jedzenie będzie gotowe?
- Tak około dziesięciu, piętnastu minut. - odpowiedziałam. - Myślę, że zdążysz się ubrać.
- Okej, w takim razie zaraz przyjdę. - powiedział i wyszedł z pomieszczenia.
Kilka minut później w kuchni pojawił się mój mąż. Ku mojemu zdziwieniu był już ubrany i gotowy do dzisiejszego dnia. Zupełnie jak nigdy.
- Dzień dobry kochanie. - przywitał się stając obok mnie. - Co tam dzisiaj gotujesz?
- Jajecznicę. - odrzekłam.
- Wspaniale. Jestem okropnie głodny. - stwierdził.
- Pablito, wszystko w porządku? - zapytałam z uśmiechem.
- Tak, dlaczego miałoby nie być?
- No wiesz... Zazwyczaj rano nie chce ci się z nikim gadać i masz problem z przebraniem się, gdyż uwielbiasz chodzić w dresach. Nie dziwię ci się, bo ja też tak mam, ale...
- Najdroższa, mam po prostu dzisiaj bardzo dobry humor. - rzucił kładąc ręce na moich biodrach. - Są takie momenty, kiedy mam chęć cieszyć się życiem.
- I właśnie teraz jest taki moment. - zakończyłam za niego.
- Dokładnie. - przytaknął zaczynając delikatnie całować mnie po karku. - Uwielbiam zapach twoich perfum... - wyszeptał mi do ucha.
- Pablo... - czułam, że się czerwienie. - Zaraz może tutaj wejść Tom.
- I co z tego? Kocham cię i niech on o tym wie... Niech wie o tym cały świat... - odparł nie przestając oddawać mi pocałunków.
Z każdą chwilą skupienie się nad przygotowywaniem śniadania było coraz trudniejsze. Po kilku sekundach zamknęłam oczy, a wtedy on obrócił mnie w swoją stronę oraz wyciągnął rękę w celu wyłączenia gazu, aby jajecznica się nam nie przypaliła. Jego usta zetknęły się z moimi.
- Angie, tak pomyślałem, że może... - usłyszałam nagle głos nastolatka, który urwał w połowie zdania. - Och, ekm... Przepraszam. - rzucił speszony stojąc w drzwiach od kuchni, a my odsunęliśmy się od siebie. - Ja zapomniałem telefonu z pokoju. Zaraz wrócę. - powiedział i zniknął.
- Mówiłam ci, że zaraz przyjdzie. - odrzekłam kończąc przygotowywać posiłek.
- No i co? Kochanie, przecież nic takiego się nie stało. - stwierdził śmiejąc się. - Myślisz, że on nigdy nie widział całujących się ludzi? I że sam się nigdy nie całował? Muszę cię zmartwić, ale założę się, że razem z Martiną na pewno robili razem już coś więcej niż tylko niewinne buziaki.
- Chyba nie masz na myśli...?
- Aż tak to nie. - przerwał mi uśmiechając się. - Miałem na myśli namiętnie pocałunki, czy obściskiwanie się. Chociaż kto wie. Może i do tego już doszło, ale moim zdaniem jeszcze nie.
- Teraz się z tego śmiejesz, ale założę się, że gdyby nasza córka przyszła i oznajmiła, iż jest w ciąży, nie byłoby ci do śmiechu. - rzuciłam wytykając mu język. - Osobiście nie jestem zwolenniczką par okazujących sobie uczucia w miejscach publicznych. Jakieś delikatne całusy są jeszcze w porządku, ale niektóre pary naprawdę przesadzają. Skoro ja tego nie lubię, to nie będę kazała innym patrzeć, jak ja sama to robię.
- Przecież nie robiliśmy nic złego. - odrzekł mój mąż. - Tylko cię pocałowałem. Po za tym, jesteśmy w domu, a nie w miejscu, gdzie jest dużo ludzi. Nie mogę cię całować w domu, nie mogę cię całować w miejscach publicznych. W takim razie gdzie mogę?
- Nie powiedziałam, że nie możesz tego robić w domu. - odparłam stanowczo. - Możesz. Tylko nie wtedy, kiedy wiemy, że zaraz ktoś się pojawi.
- Ale wiesz, że on może wejść do jakiegokolwiek pokoju kiedy tylko mu się zechce? Nie mamy pojęcia kiedy wejdzie do kuchni, salonu, jadalni, czy ogrodu.
- Za to wiesz, że nie wejdzie nam wieczorem do sypialni. Na pewno nie bez pukania. Czy do łazienki kiedy zobaczy, że jest zajęte.
- To co, teraz mogę pokazywać, jak bardzo cię kocham, tylko w łazience i w naszej sypialni, tak? - rzucił złośliwie. - Ta kłótnia jest bez sensu. Przecież doskonale, zarówno ty, jak i ja wiemy, że będziemy się całować kiedy tylko najdzie nas ochota, nie myśląc o tym, kto jest w pobliżu. - powiedział. - A tak na marginesie, to wiem, że to lubisz. - dodał uśmiechając się do mnie uwodzicielsko.
Nie odpowiedziałam nic. Uniosłam tylko delikatnie kąciki co chyba zauważył. Skończyłam robić jajecznicę i rozłożyłam ją na trzy talerze. Wszystkie postawiłam na stole i zawołałam nastolatka. Chwilę później każdy z nas siedział na swoim miejscu i jadł swoją porcję.
- Tak pomyślałem... - zaczął nieśmiało Tom. - To znaczy, o ile byście mieli chęć, żeby mi pomóc...
- Nie wstydź się. - odparłam. - Mów śmiało o co chodzi.
- No dobrze. - westchnął chłopak. - Czy mielibyście coś przeciwko, gdybym urządził Martinie taką małą niespodziankę, kiedy wróci ze szpitala? Oczywiście wiem, że jeszcze trochę czasu minie nim się tutaj pojawi, ale chciałbym to z wami już przedyskutować.
- Zależy co masz na myśli mówiąc "mała niespodzianka". - stwierdził Pablo.
- Chciałbym upiec jej tort, rozwiesić dekoracje w domu. Moglibyśmy również zagrać jej wspólnie jakąś piosenkę oraz kupiłbym jej jakiś prezent.
- No jasne. Nie ma problemu. - stwierdziłam.
- Tylko jest takie malutkie "ale"... - dodał niepewnie. - No bo jeśli nie uda nam się pogodzić nim ona wróci ze szpitala to będę musiał się stąd wyprowadzić, żeby jej nie denerwować. Wtedy najprawdopodobniej wyjadę do rodziców, a nawet jeśli nie, jeśli jakimś cudem zostanę w Buenos Aires, to ona nie będzie chciała mnie widzieć. Wówczas chciałbym was poprosić o to, żebyście wy zrobili to wszystko. Przygotuję wam rzeczy, które się przydadzą. Chciałbym, żeby była szczęśliwa, kiedy w końcu wróci do domu. Czy mógłbym na was liczyć?
Razem z Pablem spojrzeliśmy na siebie. Po jego minie wiedziałam, że myśli o tym samym co ja.
- Tom, no wiesz... - zaczęłam.
- Proszę, powiedźcie mi w jednym słowie. Mogę na was liczyć?
Ponownie zerknęłam na mojego męża który kiwnął głową w ten sam sposób, co wcześniej. Doskonale wiedziałam, co mam odpowiedzieć.
- Tak. - odrzekłam.
- Dziękuję. - odparł uradowany. - Naprawdę. To dla mnie wiele znaczy.
- Domyślamy się. - rzucił Galindo. - A teraz radziłbym ci się pospieszyć, bo inaczej spóźnisz się do Studia, a chyba nie muszę ci przypominać co o tym, w jaki sposób Gregorio traktuje spóźnionych uczniów.
- Oczywiście, że nie. - uśmiechnął się chłopak. - Rzeczywiście, powinienem już wyjść. - stwierdził spoglądając na zegarek.
Nastolatek wziął kanapkę, która została mu ze śniadania, do ręki i wyszedł na korytarz, gdzie założył buty. Wychodząc
krzyknął do nas "cześć". Zostaliśmy sami i kończyliśmy posiłek w ciszy. Następnie ja udałam się do kuchni w celu pozmywania naczyń, które Pablo pomógł mi do niej zanieść. Nie wiem, co mój mąż w
tym czasie robił, ale kiedy ja skończyłam swoją pracę, znalazłam go na piętrze w łazience. Wydawało mi się, że porządkował rzeczy na półkach, albo czegoś na nich szukał.
- Pomóc ci w czymś? - spytałam stając w drzwiach.
- Nie, dziękuję. Poradzę sobie. - powiedział. - Ale za to możesz tutaj zostać i mi potowarzyszyć.
- A wiesz, że zrobię to z ogromną przyjemnością? - rzuciłam siadając na zamkniętym sedesie. - Co robisz?
- Sprawdzam te wszystkie pudełka, czy jeszcze coś w nich w ogóle jest. Jeśli są puste lub przeterminowane to wkładam je do worka, a jeśli są dobre, to je odstawiam na miejsce.
- Świetny pomysł. Zgaduję, że znalazłeś już masę nienadających się do użycia kremów i żeli.
- Tak, ale nie aż tak dużo jak myślałem, że znajdę. - zapewnił.
- Wiesz co... - zaczęłam. - Mimo, że tak naprawdę mam wiele rzeczy do zrobienia w domu i raczej nie narzekam na nadmiar wolnego czasu, to tęsknię za pracą. Przecież kiedyś spędzałam w Studio większość dnia i nie potrafiłam się z nim rozstać na dłużej niż jeden dzień. A teraz? Teraz co chwila biorę wolne.
- Myślisz nad powrotem? - zapytał zerkając na mnie, lecz po chwili powrócił do wykonywanej przez siebie czynności.
- Nie. Nie wrócę dopóki z Martiną nie będzie dobrze. Po prostu okropnie mi tego brakuje. Tej codziennej rutyny. Dobrze jest czasami od niej odpocząć, ale kiedy dłuższy czas jej nie ma to jakąś tam pustkę się odczuwa.
- Racja. - przytaknął. - Ale wiesz, co się nigdy nie zmieni? - spytał. - To, że to miejsce na zawsze zostanie w naszej pamięci. Oboje przeżyliśmy tam wiele cudownych chwil. Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie bez niego. Pewnie nigdy nie pokochałbym muzyki, tańca... no i ciebie.
- Kochany jesteś, że tak mówisz. - powiedziałam przejeżdżając dłonią po jego policzku. - A tak wracając do naszej wcześniejszej rozmowy, to chciałam ci powiedzieć, że masz rację. - odparłam. - Za każdym razem, kiedy pocałujesz mnie przy kimś namiętnie będę ci to wypominać i mówić, że nie powinniśmy tak robić, a tak na prawdę będę myślała tylko o tym, że się całowaliśmy.
- Mówiłem? - zaśmiał się. - Najdroższa, czy wyrażasz zgodę, abym w tym, a nie innym momencie, cię pocałował?
- Ale, że teraz? - uśmiechnęłam się.
- Teraz, zaraz, już. - rzucił i nie czekając na odpowiedź zbliżył się do mnie. - Doskonale wiem, że tego chcesz.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć nasze wargi ponownie zaczęły się powoli ze sobą stykać. Owe pocałunki były delikatne i czułe. Uwielbiałam smak jego ust. Cieszyłam się, że mam je tylko dla siebie i nikt więcej nie ma prawa ich tknąć.
- Kocham cię. - odrzekłam, kiedy odsunęliśmy się od siebie. - Bardzo cię kocham.
- Ja ciebie również kochanie. - odpowiedział łapiąc mnie za ręce.
Patrzyliśmy sobie w oczy przez jakiś czas w kompletnej ciszy. Nie przeszkadzało mi to. Nawet bym powiedziała, że bardzo mi się to podobało. Uśmiechaliśmy się do siebie nawzajem. Kilka chwil później Pablo zaśmiał się i zerknął na chwilę na bok.
- Z czego się śmiejesz? - zapytałam.
- Cieszę się. - odparł.
- W takim razie z czego się cieszysz? - poprawiłam się.
- Z tego, że tak wspaniała kobieta jest moją żoną. - odrzekł. - Pamiętasz, co mówiłem jakiś czas temu Tomowi, gdy byliśmy u Martiny w szpitalu? Wtedy, kiedy prawie umarła?
- Chodzi ci o to, że o mnie walczyłeś?
- Prawie. - rzucił. - Mam na myśli tą dalszą część, gdzie powiedziałem, że kilka lat później trzymając w objęciach swój cały świat stwierdzi, że było warto.
- Sądzisz, że naprawdę opłacało się przeżyć tyle złych momentów, aby teraz móc się sobą cieszyć?
- No, a nie? Znaczy, według mnie. Wiem, że to jest standardowa gadka każdego zakochanego, ale ja naprawdę nie wyobrażam sobie mojego życia bez ciebie. Byłem głupi, że chciałem cię oddać Germanowi, ale myślałem, a nawet głęboko wierzyłem w to, że to on da ci prawdziwe szczęście. Nigdy nie sądziłem, że w rzeczywistości to ja mogę być twoim powodem do uśmiechu.
- A jednak. - odparłam. - Powinnam cię przeprosić za to, jak potraktowałam cię kilkadziesiąt lat temu. Wtedy, gdy wyjechałam na poszukiwania Violetty. Do tej pory nie przeszło mi przez myśl, żeby się ciebie zapytać o to, co się wtedy u ciebie działo i jak się czułeś. Wiem, że zachowałam się fatalnie. Na chwilę obecną sama sobie nie potrafię tego wybaczyć. Wtedy liczyła się dla mnie tylko Viola dlatego wyjechałam bez słowa, ale nawet to mnie nie usprawiedliwia.
- Angie, mówisz tak, jakby to było przestępstwo, a przecież nic takiego się nie stało.
- Stało. Sam to z resztą zauważyłeś. Nasz związek przestał istnieć, a później zaczynało być tylko gorzej. Po powrocie do miasta nawet przez myśl mi nie przeszło, że nadal możesz coś do mnie czuć. Wiedziałam, że będziesz moim przyjacielem, ale nie myślałam o tym, że będziesz chciał naprawić nasz związek. - powiedziałam. - Co wtedy czułeś? - zapytałam. - Chciałabym wiedzieć. Co czułeś, gdy zobaczyłeś mnie wtedy po raz pierwszy, po sześciu latach rozłąki?
- Miłość, Angeles. - odpowiedział. - Wyjechałaś jako nastolatka, a wróciłaś jako dorosła kobieta. Myślałem, że już nigdy nie wrócisz, dlatego starałem się zapomnieć. Po jakimś czasie powiedzmy, że mi się to udało, lecz kilka miesięcy później zobaczyłem cię w Studio. Kiedy Antonio przedstawił cię jako nową nauczycielkę śpiewu moje serce zaczęło bić mocniej tak, jak wtedy gdy mieliśmy po szesnaście lat.
- Nie masz mi tego za złe, prawda?
- Nie mógłbym mieć ci tego za złe. - stwierdził. - Jesteś moim światem najdroższa. Wszystkim na czym tak naprawdę mi zależy. Oczywiście nie zapominając jeszcze o młodszej wersji ciebie, Martinie.
- Zawsze marzyłam o księciu na białym koniu, a dostałam nauczyciela z karierą nastoletniego tancerza. - zaśmiałam się. - Chyba lepiej, że tak się stało.
Nie odpowiedział nic. Patrzył się w moje oczy z zachwytem.
­- A wiesz co ja ci powiem? - odezwałam się po dłuższej chwili. - Że nawet lubiłam tę wersję niegrzecznego Pablita. Co prawda, nie miałam okazji za dobrze się z nim zapoznać, bo jakoś, kiedy go poznałam zaczął być nagle dobry i sympatyczny, ale to nie zmienia faktu, że był uroczy.
- Wolałabyś, żeby stary Pablo wrócił? - zapytał.
- Nie. Jest dobrze tak, jak jest. - odparłam przytulając się do niego.
- Też cię kocham. - powiedział ściskając mnie mocnej. - Wybacz, ale teraz chciałbym wrócić do pracy, żeby mieć wolne popołudnie.
- Zaplanowałeś coś? - zdziwiłam się.
- Dzisiaj jest jakiś mecz koszykówki na boisku przy pobliskim liceum. Tom mówi, że jego przyjaciel będzie grał i chciałby tam być. Po za tym stwierdziliśmy, że później moglibyśmy wybrać się do pizzerii razem z chłopakami z drużyny tego jego kolegi.
- Dałeś się wyciągnąć byłemu chłopakowi twojej córki na mecz i pizzę? Niemożliwe. - stwierdziłam.
- Nie byłemu, bo ich związek jest chwilowo... jakby w zawieszeniu i tak, dałem się wyciągnąć. Czy jestem aż tak złym człowiekiem?
- Nie. Chyba nie. - odparłam. - Powinieneś się cieszyć, bo albo zaczyna cię traktować jak swojego kumpla, albo tatę.
- Powiedziałbym bardziej jak teścia, ale no.
- Nie ważne. Korzystaj, bo nigdy nie miałeś syna, z którym mógłbyś wyjść i pogadać o sporcie oraz najeść się za dużo pizzy.
- Co racja, to racja. - rzucił i pocałował mnie w policzek.

Cześć! Jak Wam się podobał rozdział? Jak myślicie, czy Tom rzeczywiście zacznie traktować Pabla jak swojego tatę czy to było tylko jednorazowe zaproszenie? Tego dowiecie się niebawem ;)
Czy ktoś tutaj tak samo jak ja potrzebuje wakacji? Jejku, naprawdę mam już dość szkoły. Chciałabym móc się wreszcie wyspać, pojechać ze znajomymi nad rzekę, czy posiedzieć do późna na dworze. Chcę już czerwiec, a najlepiej lipiec U.u

Do następnego! :*
bloggerka

wtorek, 29 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 93 - Boję się o nią. Tak strasznie się boję...

Cześć!
Zapraszam na 93 rozdział! <3
Miłego czytania ;)
- Leo, co się dzieje? - zapytałam, gdy lekarz wyszedł z sali.
Zupełnie straciłam poczucie czasu. Nie miałam pojęcia ile siedzieliśmy na korytarzu i czekaliśmy aż ktoś coś nam powie. Może to były godziny, a może minuty. Nie wiem. Z resztą to nie było ważne. Chciałam się tylko dowiedzieć co się dzieje. Tak naprawdę tylko na tym w tamtym momencie mi zależało.
- Mieliśmy mały problem z Martiną, ale już wszystko jest dobrze. - odpowiedział.
- Problem? Co się stało? - dopytywał mój mąż.
- Wasza córka... - westchnął. - Zatrzymała nam się.
Do oczu zaczęły napływać mi łzy. Sam fakt, że prawie spotkała się ze śmiercią był okropny.
- Ale już wszystko dobrze? - spytałam cicho. - Udało wam się ją uratować...?
- Tak. Pojawiliśmy się w idealnym momencie. Gdybyśmy przybiegli dosłownie sekundę później mogłoby być już za późno. Ale to jest teraz nieistotne. Pomyśl o tym, że jednak żyje. Reanimowaliśmy ją i zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy.
Cieszyłam się, że Martina została jednak przy nas, ale nie potrafiłam kontrolować swoich emocji. Usiadłam z powrotem na krzesełku i schowałam twarz w dłonie.
- Dzięki. - rzucił Pablo do doktora, a następnie zajął miejsce obok mnie.
Leo popatrzył na nas ze smutkiem po czym wciągnął głośno powietrze i odszedł.
- Najdroższa... - zaczął mój mąż obejmując mnie ramieniem. - Dlaczego płaczesz? Przecież on mówił, że ją uratował. To chyba dobrze, nieprawdaż?
- Tak, bardzo dobrze. - odparłam zdenerwowana. - Ja mam po prostu złe przeczucia. Boję się, że ją stracę, a tego nie chcę.
- Nikt z nas nie chce jej śmierci. - zapewnił Galindo. - Ale czasami...
- Nie. Proszę nie kończ. - przerwałam mu. - Chciałabym pobyć trochę sama, mogę?
Nie odpowiedział nic. Wstał i wszedł do sali, w której leżała nasza córka spełniając tym samym moją prośbę.
*widziane oczami Pabla*
Nie chciałem jej drażnić. Wstałem i wszedłem do sali, gdzie leżała moja mała córeczka. Nie wiedziałem czy mogę tam być, ale nie obchodziło mnie to. Usiadłem na krzesełku, które stało obok jej łóżka i złapałem ją za dłoń. Drugą ręką odgarnąłem włosy z jej czoła.
- Kochanie... - zacząłem. - Pewnie doskonale wiesz, że bardzo nam na tobie zależy. Nam wszystkim. Mnie, mamie, Pauli... Tomowi... Wiem też, iż jest ci teraz bardzo ciężko. Sam doskonale wiem, że w takiej sytuacji nie ma się już siły walczyć. Jest się całkowicie wyczerpanym. Dlatego... - przerwałem, gdyż musiałem wytrzeć łzę z policzka. - Dlatego jeśli będzie ci łatwiej, to odejdź... Nie chcę, żebyś cierpiała... - powiedziałem prawie niesłyszalnie. - Bardzo cię kocham. Bardzo. - dodałem mocno zaciskając usta, aby się całkowicie nie rozpłakać.
Potem wstałem i opuściłem pomieszczenie wracając z powrotem do swojej żony.
*widziane oczami Angie*
Kiedy usłyszałam, jak drzwi od sali mojej córki otwierają się nieco podskoczyłam. Wiedziałam, że Pablito jest w środku, ale mimo to byłam tak pochłonięta swoimi myślami, że odrobinę się przestraszyłam.
- Gdzie jest Tom? - spytał.
Rozejrzałam się po korytarzu. Rzeczywiście nigdzie go nie było. Na dodatek, w mojej głowie ponownie pojawiła się masa złych myśli i obaw.
- Przecież przed chwilą tutaj był... - mruknęłam pod nosem.
Wiedzieliśmy, że trzeba go jak najszybciej odszukać. Chłopak mógł w tamtym momencie popełnić jakąś głupotę, a tego żadne z nas by nie chciało. Podniosłam się energicznie z krzesła i zaczęliśmy szybszym krokiem podążać w stronę schodów. Wydaje mi się, że, ani ja, ani Pablo, nie wiedzieliśmy dokąd tak właściwie idziemy. Przemierzaliśmy szpitalne korytarze w nadziei, że gdzieś go zobaczymy. Jednak, gdy zeszliśmy na pierwsze piętro mój mąż skręcił w stronę pokoju lekarskiego. Widocznie zamierzał porozmawiać z naszym zaprzyjaźnionym doktorem na ten temat. Kiedy stanęliśmy przed
drzwiami Galindo zapukał i nie czekając na jakiekolwiek słowo, wszedł do środka.
- Leo, chłopak Martiny zniknął. - powiedział nim zdążyliśmy zobaczyć kto siedzi w środku.
Na całe szczęście okazało się, że w pomieszczeniu był tylko nasz znajomy. Kiedy nas zobaczył wyprostował się i zerknął na nas zza papierów.
- Jak to się stało? - zapytał zdziwiony.
- Kiedy skończyliśmy z tobą rozmawiać, ja wszedłem do sali Martiny, a Angie została na korytarzu. Kiedy do niej wróciłem jego już tam nie było. - rzucił Pablo.
W tamtym momencie nasz lekarz zerknął na mnie.
- Nie wiem kiedy odszedł. - odparłam. - Cały czas płakałam. Nie widziałam go. - broniłam się.
- Dobrze, w takim razie zawiadomię ochronę. Jeśli nastolatek jest jeszcze na terenie szpitala na pewno go znajdziemy. Gorzej jeśli zdążył już go opuścić. Wtedy będziecie musieli zawiadomić policję.
- No tak... - mruknęłam pod nosem.
- W takim razie... Co mamy robić? - spytał Pablo. - Możemy pomóc go szukać?
- Jak chcecie. - odpowiedział nasz znajomy. - Możecie, ale nie musicie. Jeśli jednak się na to zdecydujecie to pamiętajcie, żeby nie utrudniać pracy naszym ochroniarzom.
- No jasne. - rzuciłam.
- Przepraszam was, ale ja muszę lecieć. - powiedział Leo zerkając na komórkę. - Właśnie dostałem sygnał, że jestem potrzebny na bloku operacyjnym. Jeszcze muszę poinformować ochronę o zniknięciu chłopaka. - powiedział wybiegając z pokoju lekarskiego, lecz po chwili zawrócił. - Jak on się nazywa?
- Tom Jaquez. - odpowiedziałam. - Siedemnaście, prawie osiemnaście lat. Coś około metra osiemdziesiąt wzrostu, blond włosy, niebieskie oczy.
- Okej. - odparł i zniknął.
Zaraz po tym razem z moim mężem opuściliśmy pomieszczenie, gdyż będąc w nim sami nie czuliśmy się zbytnio komfortowo. Gdy znaleźliśmy się na korytarzu nie wiedzieliśmy co mamy dalej ze sobą zrobić. Staliśmy i patrzyliśmy się w ścianę. Najprawdopodobniej każde nas czekało aż to drugie coś powie.
- W takim razie, co robimy? - rzuciłam cicho. - Idziemy pod salę Martiny, do domu, czy go szukamy?
- Dom na pewno odpada. - stwierdził. - Wydaje mi się, że możemy go poszukać. Nie widzę sensu bezczynnego siedzenia pod drzwiami naszej córki i czekania na niego.
- Skoro tak uważasz... - mruknęłam. - Rozdzielamy się, czy idziemy razem? - zapytałam.
- Wydaje mi się, że jak pójdziemy osobno są większe szanse, że go odnajdziemy. - odpowiedział. - Ty przeszukaj parter, świetlicę i bufet, a ja obejrzę pierwsze, i drugie piętro.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi i ruszyłam w stronę schodów. Kiedy znalazłam się już na samym dole stwierdziłam, że to co robimy chyba ma mniej sensu, niż siedzenie pod salą Martiny. Szpital był duży. Nawet powiedziałabym, że ogromny. Szansę, że sami go odnajdziemy były naprawdę niewielkie. Zaczęłam iść po korytarzu rozglądając się na prawo i lewo. "A co jeśli jest w sali jakiegoś pacjenta? Przecież nie będę wchodzić do nich wszystkich... Albo jak jest w łazience? Nie wejdę do męskiego." - myślałam. Z każdym krokiem to, co robiłam wydawało mi się coraz mniej rozsądne. W pewnym momencie zatrzymałam się i stwierdziłam, że nie będę tego robić. Po chwili jednak, pojawiły się obawy, że jeśli wrócę do sali, gdzie leżała moja córka Pablo może się poczuć zawiedziony. Stwierdziłam, że na jakiś czas wyjdę na dwór. Tam trochę posiedzę i poczekam aż minie kilkadziesiąt minut, a później wrócę do środka, znajdę mojego męża
i powiem mu, że Toma nigdzie nie było. Tak naprawdę nie chciałam kłamać, ale w tamtym czasie wydawało mi się to lepsze niż wyznanie prawdy. Kilka minut później siedziałam na ławce przed szpitalem i patrzyłam się na parking, na którym stała niezliczona ilość samochodów. Wpatrywałam się w nie bez celu. Po prostu chciałam jakoś zabić czas. Poczułam, że zaczyna robić mi się zimno. Zastanawiałam się nad powrotem do środka budynku jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Pomyślałam, że jeśli trochę pospaceruję to zrobi mi się cieplej. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Wstałam i zaczęłam iść przed siebie pośród tych wszystkich aut. Nagle przez myśl mi przeszło, że Galindo będzie mógł mnie zauważyć przez okno, lecz po sekundzie wywnioskowałam, że to mało prawdopodobne. Po co miałby przez nie wyglądać? Nagle moje przemyślenia przerwał szloch. Pierw wydawało mi się, że tylko tylko wymysł mojej wyobraźni. Jednak nie. Był on cichy, ale był. Zaczęłam iść w kierunku, z którego on pochodził. Ominęłam kilka pojazdów i ujrzałam byłego chłopaka mojej córki. Siedział na krawężniku z głową opartą na kolanach i płakał. Nie mówiłam nic. Po prostu podeszłam i usiadłam obok niego.
- Boję się. - powiedział. - Boję się o nią. Tak strasznie się boję...
- Jak my wszyscy. - rzuciłam.
- Często mam wrażenie, że ten wypadek był z mojej winy. - odparł podnosząc wzrok na mnie. - Odkąd się pokłóciliśmy cały czas chowała się przede mną w Studio. Zawsze, gdy mnie zobaczyła szybko zmieniała kierunek, albo zawracała. Wydaje mi się, że wtedy, gdy przechodziła przez ulicę, zobaczyła, iż chcę do niej podejść i dlatego poszła w stronę parku.
- Ale to nie twoja wina,  że wtedy przejeżdżał tamtędy kierowca, który nie był wystarczająco ostrożny. Jeśli do kogoś chcesz mieć żal, to na pewno nie miej go do siebie, bo ty naprawdę nie zrobiłeś nic złego. - zapewniałam go. - A teraz chodź. Pablo cię cały czas szuka. Razem z ochroną. Musimy im pokazać, że jesteś cały i zdrowy.
- Dobrze. - odpowiedział i oboje ruszyliśmy w stronę szpitala.
Pod drodze chłopak wycierał łzy z twarzy. Miałam wrażenie, że chce ukryć to, iż płakał. Kiedy znaleźliśmy się w budynku nie wiedziałam zbytnio dokąd mamy się udać.
- Gdzie idziemy? - zapytał Tom.
- Wydaje mi się, że pod salę Martiny. - odpowiedziałam. - Pablo pewnie za jakiś czas tam przyjdzie.
- Nie możesz do niego zadzwonić?
- Nie wziął komórki z domu. - odparłam.
- W takim razie, chodźmy na górę tak, jak mówiłaś.
Weszliśmy po schodach na odpowiednie piętro. Nie musieliśmy, ani czekać, ani szukać mojego męża, gdyż czekał on już na mnie, a może na nas, w miejscu, do którego zmierzaliśmy.
- Tom! - podszedł do nas. - Chłopaku, gdzieś ty się podziewał? Martwiliśmy się o ciebie.
- Wiem, przepraszam... - powiedział. - Nie chciałem być problemem, na dodatek pierwszego dnia mieszkania z wami, ale... wystraszyłem się...
- No już dobrze. - przerwał mu Galindo. - Wszyscy się przeraziliśmy, a po za tym nie chcę się z tobą kłócić, bo to nie ma sensu.
- Pablo... - zaczął niepewnie nastolatek. - Mogę zadać ci pytanie?
- Tak. - rzucił w odpowiedzi mój mąż. - Wydaje mi się, że tak.
- Doskonale wiem, jak wyglądał wasz związek. Twój i Angie. - stwierdził chłopak. - Martina nieraz mi o was opowiadała. Za każdym razem mówiła o tym z wielkim podziwem. Mam na myśli to, że tyle razy się rozstawaliście i schodziliście. Myślisz...
A z resztą nie ważne.
- Mów. - nalegał ojciec jego ukochanej. - Nie wstydź się.
- Nadal ją kocham. Nadal ją tak strasznie kocham. Chciałbym, żebyśmy do siebie wrócili, ale przecież za jakiś czas muszę wyjechać...
- A jesteś pewien, że chcesz się dla niej tak poświęcać? - spytał Galindo. - Nie patrz teraz na to pod kątem tego, że jestem jej tatą. Odpowiedz szczerze.
- Tak, bo jest tego warta. Kocham ją, naprawdę. - odpowiedział pewny siebie. - I mimo odległości jaka będzie nas dzielić mam wrażenie, że udałoby nam się przetrwać, ale nie chcę jej zostawiać samej.
- Słuchaj... - odrzekł Pablito. - Coś o tym wiem. Byłem w podobnej sytuacji, ale to ona miała wyjechać i mnie zostawić. Byłem w niej szczerze zakochany. Co prawda, znaliśmy się dłużej niż ty i Martina, ale moje uczucia wobec niej były na takim samym poziomie jak twoje względem mojej córki. Powiedzieć ci co się stało? Rozstaliśmy się. Jeśli mam być szczery, to nawet nie wiem kiedy. Po prostu stopniowo przestawaliśmy utrzymywać ze sobą kontakt i ja przyjąłem to jako koniec związku.
- A ona?
- Ona też. Kiedy wróciła po jakimś czasie traktowała mnie jak przyjaciela. Wtedy zrozumiałem, że przez jej wyjazd straciłem ją.
Wiem, że nie powinnam, ale z każdą chwilą słuchałam tej rozmowy coraz uważniej. Od początku wydawała mi się interesująca.
- Walczyłeś później o nią?
- Z początku nie. Stwierdziłem, że ona chciała tego zerwania, gdyż to ona nie odbierała telefonów. Wyjechała nie podając mi swojego nowego adresu i nasz kontakt musiał się zerwać. Nie winiłem jej za to, bo chciałem tylko jej szczęścia, a jeśli miała być szczęśliwa z kimś innym, to musiałem na to pozwolić. Jednak w pewnym momencie nie wytrzymałem. Coś we mnie pękło. To coś sprawiło, że z powrotem chciałem ją mieć przy sobie.
- A co się później stało?
- Później? Rozstawaliśmy się i schodziliśmy kilkanaście, a może nawet kilkaset razy. A resztę historii powinieneś znać. Jest moją żoną. Mamy razem wspaniałą córkę.
Tom spojrzał na mnie, a ja nieco się speszyłam i wbiłam wzrok w podłogę. Czułam, że czerwienię się na policzkach. Tak naprawdę, nigdy nie miałam okazji usłyszeć, jak wyglądało życie mojego męża, gdy ja w wieku osiemnastu lat wyjechałam na poszukiwania swojej siostrzenicy. Zrobiło mi się głupio przez to, że to w sumie przeze mnie nasz związek się wtedy zakończył. Na dodatek w tak niewłaściwy sposób.
- Jeśli chcesz, możesz wszystko. Możesz sprawić, że ona będzie tylko twoja, ale musisz się o to postarać. Nie możesz się poddawać, nawet jeśli będzie ciężko. Pamiętaj, że za jakiś czas, docenisz wszystkie swoje starania. Któregoś wieczoru leżąc w łóżku trzymając swój cały świat w ramionach pomyślisz, że dobrze zrobiłeś, iż mimo wielu przeszkód o nią walczyłeś. - podsumował Pablo. - W tej kwestii możesz mi zaufać.
- Dziękuję. - odparł chłopak, którego wyraz twarzy w tamtej chwili był nieco zmieszany. - Dziękuję, że pomimo tego, co zrobiłem, pomagacie mi.
- Każdy się czasem zagubi i potrzebna mu jest pomoc. - stwierdził mój mąż. - Chodźcie teraz do bufetu. Jestem głodny. Zjadłbym konia z kopytami.
Ja również odczuwałam głód i zapewne Jaquez również, gdyż oczy zabłyszczały mu na propozycję Galindo. Ruszyliśmy korytarzem w stronę schodów, a następnie na piętro niżej, gdzie usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy zajadać się szpitalnym obiadem, który nie był taki zły, jak myślałam, że będzie.

Cześć i czołem! Co sądzicie o rozdziale? Dowiedzieliśmy się co się stało z Martiną oraz co nieco o nastoletnim związku Angie i Pabla. Oprócz tego Tom zniknął, ale wszystko dobrze się skończyło. Mam nadzieję, że się podobał :)

A teraz mam takie pytanie z innej beczki - widzieliście nowy videoclip Tini Stoessel? Ja widziałam i muszę przyznać, że bardzo mi się podoba teledysk, jak i piosenka. Co prawda, preferuję jej angielską wersję, ale hiszpańska też jest wspaniała. Jeśli jeszcze ktoś nie miał okazji go zobaczyć, niech kliknie tutaj ♥

Do następnego! :*
bloggerka

Ps. Ktoś wie jaki wczoraj był dzień? Wczoraj minęło równe dwa i pół lata bloga! Za to dzisiaj mija równy rok od Violetta Live w Łodzi (na którym miałam przyjemność być ^_^). Niebywałe, jak ten czas szybko leci :')