niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 99 - Pożar w domu

Czy Pabla i Angie dotknie nieszczęście?
Co z dzieckiem Angie?
Dowiecie się wszystkiego, czytając rozdział :).
Dzień, jak co dzień... Mieliśmy właśnie wolną niedzielę... Która miała być, jak każda inna, lecz jedna mała drobnostka i cały dzień, i cały najbliższy miesiąc się nam popsuł...
- Pablo, czujesz? Coś jakby się... przypala?
- E tam... Wydaje Ci się, Angie.
- Nie... Nie czujesz?
- Wydaje Ci się. Ja tam nic nie czuję.
Może miał rację? Może tylko mi się coś wydawało? Lecz z minuty, na minutę coraz bardziej pachniało spalenizną, a Pablo nadal tego nie czuł. Dopiero po jakiś piętnastu minutach poczuł.
- Rzeczywiście... Teraz czuję... Pójdę sprawdzić co to.
Pablo poszedł na górę, a ja do kuchni. Zaczęłam robić sobie herbatę. Nagle przerażony Pablo zbiegł z góry.
- Angie, wychodź stąd! - krzyknął zbiegając ze schodów.
Ja za bardzo nie wiedziałam o co chodzi, więc spokojnie zaczęłam wychodzić. Gdy już miałam przejść przez drzwi... Sufit się zaczął zawalać... Dopiero teraz odczułam, że jestem zagrożona... Wyjść już stamtąd nie miałam jak... Wszystkie możliwe przejścia zostały zasypane...
- Dzwoń po strażaków! - krzyknęłam.
- Nic Ci nie jest? Boję się o Ciebie.
A ja się niby o siebie nie bałam? Bałam i to okropnie... Przecież w każdej chwili mogło mi się coś stać.
- Zadzwoń do straży pożarnej!
- Ale nie mam telefonu!
- Idź do sąsiadów! Szybko!
Wyłącz na chwilę "Piosenkę na dzisiaj" i włącz to - "Te creo".
- Nie zostawię Cię tutaj samej!
- Ale jeśli nie zostawisz, to mogę spłonąć!
Wiem, że się o mnie bał... Lecz, co mógł innego zrobić? Nawet się nie widzieliśmy... Dookoła było pełno dymu... Nie widziałam nic oprócz niego... Słyszałam trzaski, oraz żar ognia, a także krzyki Pabla... Bałam się... Okropnie się bałam... Tak naprawdę, to nie chciałam, żeby mnie zostawiał, lecz co mógł innego zrobić?
- Idę, ale zaraz wracam po Ciebie, Najdroższa! - usłyszałam.
Czyli jednak poszedł... Wtedy ogarnął mnie jeszcze większy strach niż wcześniej... Wiedziałam, że postąpił słusznie... Zamknęłam oczy... "Que en tus brazos, ya no tengo miedo..."* Myślałam o Pablo... Zaczęłam po cichu śpiewać... "Te quiero... Te quiero... Que me extrañas con tus ojos..."** On na pewno tutaj wróci i mnie uratuje... On by mnie tak tutaj nie zostawił... "Te creo... Te creo..."*** Już straciłam ostatnią nadzieję, że ktokolwiek mnie uratuje... Że kogokolwiek jeszcze zobaczę... Ale chyba, dla Pabla warto?Ogień był już coraz bliżej... Ostatnia iskierka nadziei wyparowała razem z moimi łzami... Już powoli mnie tutaj nie ma... Odchodzę... "Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak chciałabym umrzeć (...). Ale choćbym próbowała, z pewnością nie wpadłabym na coś takiego... (...) Oto miałam oddać życie za kogoś innego, za kogoś, kogo kochałam. To dobra śmierć, bez wątpienia. Szlachetny postępek. Coś znaczącego."****
Już możesz włączyć "Piosenkę na dzisiaj". :D
Jak jest w niebie? Cudownie... Nie ma trosk... Problemów... Otaczają cię, twoi bliscy... Tak bardzo tęskniłam, za Marią, aż w końcu się z nią zobaczyłam. Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam...
- Witaj, siostro. - przywitałam się.
- Jak Ty mogłaś im to zrobić?
- Jakim: im?
- Im wszystkim! Jak Ty mogłaś odejść i nie walczyć! Wiesz, że wszyscy Cię tam potrzebują, a w szczególności Twój mąż, Pablo. Zabrałaś Mu Wasze dziecko...
- Ono także nie przeżyło?
- Nie, Angie. Gdybyś chociaż trochę powalczyła o siebie, może byście oboje przeżyli, a tak to nie zostawiłaś nic swojemu mężowi... Nic, a nic... Został sam... Pogrążony w ciężkiej żałobie... Teraz będzie cierpiał przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu zdecyduje się i popełni samobójstwo...
- Jak to? Dlaczego On to zrobi?

- Nie wiesz? Z tęsknoty za Tobą... Z tęsknoty za Wami...
Boże, co ja zrobiłam? Czy przeze mnie Pablo się zabije? Przecież może sobie żyć na ziemi i czekać, aż przyjdzie Jego czas... Nawet jeśli będę za Nim tęskniła, to On życie ma tylko jedno jedno...

- Angie... Proszę, nie rób mi tego... - usłyszałam.
Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani co tutaj robię. Wszystko dookoła było jeszcze rozmazane, lecz stwierdziłam, że to co słyszę to głos mojego męża.
- Nie poradzę sobie bez Ciebie...
- Pablo... - wyszeptałam.
- Angie... Jesteś? Przeżyłaś... naprawdę cud... Kochanie, wiedziałem, że mnie nie zostawisz... Nie zrobiłabyś mi tego...
- Kocham Cię... - powiedziałam resztkami sił.
- Ja Ciebie też, Najdroższa... A teraz odpoczywaj...
- Byłeś tutaj cały czas?
- Tak... Byłem, jestem i będę... Nie opuszczę Cię na krok...

/Dwa tygodnie później/
Zaczęliśmy się znowu kłócić. Ja twierdziłam, że ten cały pożar to wina Pabla, a Pablo, twierdził, że to moja wina. W każdym razie, ktoś z nas był bardzo nieostrożny. Ale to przecież nie było ważne... Ważniejszą, gorszą rzeczą było to, że zostaliśmy bez dachu nad głową... Cały dom doszczętnie się spalił. Staliśmy na dworze i kłóciliśmy się. Nagle zobaczyliśmy policjanta, który miał przeprowadzić śledztwo, co było przyczyną pożaru. Jednak tego, co się dowiedziałam to się nie spodziewałam.
- Od czego wybuch ten pożar?
- Nie uwierzycie... - powiedział zaprzyjaźniony z nami policjant. - Ktoś podpalił Wam dom...
Byłam w wielkim szoku. Kto mógłby chcieć nas zabić? Kto chciałby nas pozbawić dachu nad głową? Kto, aż tak bardzo nas nienawidzi?
- Czy uda się wam dowiedzieć, kto to zrobił? - zapytałam ze łzami w oczach.
- Jest małe prawdopodobieństwo tego, że nam się to uda. 80% pożarów zostaje niewykrytych... Ale postaramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy.
----------------------------------------------------------------------------------
* - "Że w Twoich ramionach, już się nie boję..." - fragment "Te creo".
** - "Kocham Cię... Kocham Cię... Że już tęsknię, za Twoimi oczami..." - ponowie "Te creo".
*** - "Wierzę Ci... Wierzę Ci..." - i jeszcze raz "Te creo" (żebyście mnie źle tutaj nie zrozumieli: chodziło mi tutaj, że Angie wierzy Pablo, że po nią wróci).
**** - fragment "Zmierzchu", Stephanie Meyer. Prawdopodobnie rozdział 22 - "Zabawa w chowanego".

Podoba się rozdział? - Komentujcie!
Tak... wiem, wiem... Mam bujną wyobraźnie. Czasami, aż za bardzo :D.
Już jutro wielka setka! Mam nadzieję, że będziecie i przeczytacie!


Pozdrawiam :)
bloggerka

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 98 - Piknik rodzinny w Studio

Ten rozdział miał zostać nieopublikowany,
gdyż stwierdziłam, że jest kiepski,
a co Wy o nim sądzicie?
Był ciepły i słoneczny dzień. Niby taki, jak każdy, lecz był inny. Dzisiaj w Studiu miał odbyć się piknik rodzinny, a pieniądze, które zebraliśmy na nim, zostały przeznaczone na zakup nowych instrumentów do szkoły. Piknik został zaplanowany na dziesiątą, lecz z Pablem wybraliśmy się tam dopiero na dwunastą. Gdy tylko przeszliśmy przez drzwi, zszokowała mnie ilość ludzi, którzy pojawili się na nim. Spodziewałam się samych uczniów, z jakimiś ich przyjaciółmi, lecz były tam też starsze osoby i rodzice. Było więcej atrakcji niż się spodziewałam. Tak właściwie, to nie wtrącałam się za bardzo w to, co będzie na tym pikniku, gdyż chciałam obie zrobić niespodziankę, a na dodatek Pablo nie chciał mi zdradzać za dużo szczegółów.
- To był bardzo dobry pomysł, aby urządzić taki piknik. Patrz, ile dzieciaki mają z tego uciechy.
- On nie został zrobiony tylko dla nich.
- Tak? A dla kogo jeszcze? - zdziwiłam się.
- Niedługo się dowiesz...
I znowu! Pablo był tajemniczy! Znowu coś przede mną ukrywał! Ale może to lepiej? Może to by mi się nie spodobało? Wszystko się już niedługo okaże... Starałam się wytropić któregoś z naszych dzieciaków, ze Studia, lecz nie mogłam nigdzie żadnego zobaczyć. Może nie przyszli? Nie... Musieli przyjść, bo przecież ich rodzice tutaj byli. Podeszłam do rodziców Franczeski, bo zobaczyłam ich zaraz przy wejściu.
- Dzień dobry, Francesca przyszła?
- Tak. Tyle, że gdzieś poszła. Mówiła, że musi iść, bo zaraz ma występ ze swoimi znajomymi.
- Aha... Dziękuję. - odeszłam.
"Dziwne... Występ z jej znajomymi... Nic o tym nie wiem... " - pomyślałam. Pablo poszedł ze mną kupić sobie watę cukrową, gdyż jest ona moją słabą stroną. Uwielbiam ją i gdybym mogła, jadła bym ją codziennie.
- Dziwne, że aż tylko osób przyszło z rodzicami. Spodziewałam się, że większość przyjdzie bez.
- Szczerze, to ja też...
- Przecież nastolatki wstydzą się zazwyczaj swoich rodziców...
- No widzisz, nasi uczniowie szanują swoich rodziców i bliskich. Nawet nie wiedziałam, że Francesca ma taką słodziutką kuzynkę.
- Tak. Jest przeurocza.
Świetnie się bawiliśmy. Chodziliśmy sobie tu i tam, kupowaliśmy różne smaczne rzeczy, pograliśmy sobie w jakieś gry... Nasze Studio, na jeden dzień zamieniło się w wspaniałe mini-wesołe miasteczko. Oczywiście, jednej osobie ten fakt nie pasował. Łatwo się domyśleć komu...
Gregorio... On zawsze znajdzie jakieś bezsensowne wytłumaczenie. "Że kto by pomyślał, że Studio, może być wesołym miasteczkiem, bo przecież do miejsce do nauki, a nie do zabawy..." Ten to zawsze ma jakiś problem, ale starałam się nim nie przejmować, bo w końcu, to tylko Gregorio... Nagle, przy stoisku z popcornem zobaczyłam swojego szwagra.
- O hej, German. Też przyszedłeś?
- Tak. Violetta mi powiedziała o tym pikniku. Postanowiłem, że wpadnę.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. - uśmiechnęłam się.
Rozejrzałam się dookoła. Tak, jak do tej pory, miał stać za mną Pablo, tak teraz Go nie było. Schował się gdzieś, bądź ziemia go wciągnęła. Lepiej byłoby gdyby stało się to pierwsze, bo gdyby zapadł się pod ziemią, to już bym się z Nim nie zobaczyła. Mój szwagier wyczytał z mojej twarzy lekkie zakłopotanie.
- Czy coś się stało, Angie?
- Nie... Znaczy tak... Znaczy, Pablo mi zaginął...
- Pewnie ktoś Go zawołał gdzieś, czy coś... Jak chcesz, to możemy Go poszukać.
- Nie... Dziękuję... Zaraz się pewnie znajdzie...
W tej chwili zobaczyłam Violettę. Nie tylko ja się ucieszyłam, że ją zobaczyłam, ale także German. Gdyż twierdził, że jak tylko przyszli Viola musiała gdzieś iść.
- Hej, Angie! Chodź na chwilę gdzieś ze mną. - złapała mnie za rękę.
- Ale dokąd się tak śpieszysz?
- Zaraz zobaczysz...
Spodziewałam się, że chce ze mną podejść do jednego ze stoisk, bądź zaprosić do jakiejś gry. Jednak bardzo się zdziwiłam, gdy zaprowadziła mnie do miejsca, na którym była małą, pusta scena. Kazała mi się stąd nie ruszać i odeszła. Chwilę później usłyszałam muzykę... Leciała melodia do "Algo se enciende". Nagle na scenie stanęła Viola i zaczęła śpiewać pierwsze wersy. Następnie reszta dzieciaków i na samym końcu Pablo, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, gdyż nie lubił występować publicznie.
- Będziemy za Tobą tęsknić! - powiedzieli uczniowie.
- Ale przecież ja nigdzie nie znikam... - byłam pozytywnie zszokowana.
- Przecież niedługo będziesz rodzić! Odwiedzimy Cię. Spodziewaj się nas. - odpowiedzieli. - A to w prezencie od nas i wszystkich nauczycieli Studio. - dali mi do ręki pakiecik zabawek dla małego dziecka.
- Och, dziękuję... Jesteście tacy kochani...
- Uwielbiamy Cię, Angie! Wracaj jak najszybciej do nas!
- Też was uwielbiam... - to było jedyne słowo, które dałam radę powiedzieć.
----------------------------------------------------------------------------------
I, co? Czy jest aż taki zły? Komentujcie!
Za dwa rozdziały będzie coś więcej o dziecku Pangie!
Bądźcie cierpliwi! :D


Pozdrawiam
bloggerka

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 97 - Dyskusja o imię

A Waszym zdaniem,
jak powinno się nazywać dziecko Pabla i Angie?
Dzień, jak co dzień... Siedziałam w domu i czekałam na Pabla. Miał już niedługo wrócić z pracy, a zauważyłam, że muszę z Nim jeszcze porozmawiać o czymś ważnym... Gdy wrócił, dałam Mu zdjąć kurtkę, buty, zrobiłam mu herbatę, kanapkę i usiadłam na przeciwko Niego przy stole.
- Pablo, zauważyłam, że nie mamy przedyskutowanej jednej, ważnej rzeczy...
- Tak, jakiej?
- Imię, dla naszego dziecka.
- A po co się z tym tak spieszyć?
- Spieszyć się? Pablo, zostało raptem półtora miesiąca.
- No, tak... Ty jesteś kobietą...
- I co w tym jest takiego złego?
- Bo kobiety uwielbiają mieć poukładane życie. Minuta, do minuty, centymetr, do centymetra...
- Nie chcę, po prostu, aby nasze dziecko miało imię wybierane na szybko. To musi być przemyślana decyzja, bo przecież będzie go używać całe życie.
- Dobrze, w takim razie co proponujesz? - zapytał. - Możesz mi zrobić jeszcze jedną? - zapytał podsuwając mi pod nos talerz od kanapki.
- A sam sobie nie możesz zrobić?
- Jestem taki zmęczony... A po za tym, to moja kanapka nie będzie tak samo smaczna, jak ta Twoja.
- No, już dobrze... Z tym samym?
- Tak, poproszę. - uśmiechnął się.
Stanęłam przy lodówce i zaczęłam z niej wyciągać rzeczy, potrzebne do zrobienia kanapki dla Pabla. Przecież żarłok sam sobie nie zrobi...
- A więc... Wracając do tematu... Zastanawiałam się nad...
- Tylko daj troszeczkę więcej ketchupu. - przerwał mi. - No, mów dalej...
- Zastanawiałam się nad Alicją, a dla chłopczyka Eryk.
- No, Alicja... Bardzo ładne imię, ale Eryk? Nie podoba mi się to imię.
Położyłam Mu talerz z kanapką na stole i usiadłam na przeciwko.
- Dlaczego nie ładne?
- Eryk? No proszę, Angie... Spodziewałem się czegoś bardziej oryginalnego...
- To nie wiem... Może Lucjan?
- To ja już wolę Eryka.
- To nazwijmy go Eryk i po sprawie!
- Nie. Dziewczynkę nazwiemy Franciszka, a chłopca Borys.
- Chłopca to Ty sobie nazywaj, jak chcesz, ale imię dla dziewczynki zostaw dla mnie!
- To też, skoro mogę decydować o imieniu dla chłopca, to na pewno nie nazwę go Eryk, czy Lucjan!
- Gdyby moja mama żyła, to powiedziałby Ci, że Eryk brzmi naprawdę ładnie!
- Ale nie żyje, a gdyby nie ten fakt, Ty była byś na nią nadal zła i obrażona! Nie zdążyłaś się z nią pogodzić!
- Musiałeś mi o tym przypominać!?!
I tak się w kółko kłóciliśmy. Tak, jak prawie nigdy się nie kłócimy, to dzisiaj się pokłóciliśmy i to bardzo, o jakąś pierdołę. Jak się zazwyczaj kłócimy to o naprawdę ważne i istotne rzeczy. Nie mogliśmy przez długi czas dojść do porozumienia. Nawet nie usłyszeliśmy, jak ktoś wszedł do naszego domu...
- Ej, ej... Spokojnie... Bo zaraz tutaj talerze zaczną latać... - powiedział German przechodząc przez drzwi.
- Mamy problem... - zaczęłam.
- No jaki?
- Imię dla naszego, przyszłego dziecka. - dokończył Pablo.
- I o to się tak kłócicie, tak?
- Tak. - powiedziałam. - Bo ja chcę nazwać dziewczynkę Alicja, a chłopca Eryk, a temu tutaj coś nie pasuje! - oczywiście chodziło mi o mojego męża.
- Chłopiec będzie się nazywał Borys! B-o-r-y-s!
- Eryk!
- Borys!
- Eryk!
- Borys!
- Uspokójcie się! - wrzasnął mój szwagier. - Zachowujecie się, jak dzieci w przedszkolu, które kłócą się, jak nazwać lalkę, czy pieska, a przecież Wy już jesteście dorośli!
- Masz rację, German... Głupio wyszło...
- No, a teraz macie mi się tu przeprosić.
- Przepraszam, Pablo...
- Za co Go przepraszasz, Angie? - zapytał mój szwagier.
- Przepraszam, Pablo, że kłóciłam się z Tobą o imię dla Eryka...
- E, em... - mruknął German.
- Że kłóciłam się z Tobą o imię dla naszego przyszłego dziecka, które może być płci męskiej.
- Pablo, teraz Ty. - rozkazał mój szwagier.
- Przepraszam, Angie, że kłóciłem się z Tobą o jakieś imię...
- No, a teraz się przytulcie na zgodę. - powiedział German.
Przytulanie się i całowanie wychodzi nam chyba najlepiej. Jesteśmy wtedy tacy ze sobą zgodni....
- To teraz idźcie do salonu, przemyślcie to imię, a ja tu poczekam i będę Was pilnował, żebyście się nie kłócili.
- Ale my już mamy imię.
- Naprawdę? Tak szybko? - zdziwił się mój szwagier.
- Tak. Będzie się nazywał Borys. - odpowiedziałam.
- Nie. Będzie się nazywał Eryk. - odparł Pablo.
- Borys.
- Eryk.
- Borys.
- Eryk.
- Nie, no proszę! Znowu! - zdenerwował się German. - To ja już Wam nie pomagam!
----------------------------------------------------------------------------------
Trochę o dziecku Angie :). Imię wymyśliłam dopiero niedawno.
Myślałam nad jakimś specjalnym, lecz wpadłam na prosty i łatwy pomysł.
Płeć i imię już jest wybrana!

Pozdrawiam
bloggerka

czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 96* - (Nie)udana randka

Kolejna randka Pangie!
Zapraszam do czytania :).
Rozdział dzisiaj, może pozytywnie zaskoczyć :D.

♫ Piosenka na dzisiaj ♫
* - rozdział widziany oczami Pabla.
Wstałem, jak zwykle, szybciej od Angie. Zszedłem na dół i zacząłem robić kawę, bo spodziewałem się, że zaraz przyjdzie. Jednak, jakoś długo nie pokazywała się na dole. Zrobiłem jej dwa tosty z serem, położyłem je na talerzyku, wziąłem ketchup, kawę, położyłem to wszystko na tacce i zaniosłem jej do łóżka. Gdyby to była jakaś wczesna pora, to bym Jej nie budził, ale, że zegarek pokazywał już wpół do dwunastej, zrobiłem to.
- Angie... Pobudka... Najdroższa... Przyniosłem Ci śniadanie.
Moja żona zaczęła się przebudzać. Zerknęła na tacę, ze śniadaniem, później na zegarek, a następnie powiedziała:
- Kolejna wolna sobota... To co dzisiaj robimy?
- To w każdą wolną sobotę musimy coś robić?
- Chociaż chodźmy na jakiś spacerek... Proszę...
- No, dobrze, dobrze... Pójdziemy... Tylko pierw zjedz śniadanie, a ja coś wymyślę.
Zszedłem na dół i usiadłem na kanapie w salonie. "Pójdziemy, na najzwyklejszy spacer." - pomyślałem. Po piętnastu minutach Angie zeszła na dół i zaczęliśmy się ubierać, aby wyjść. Ruszyliśmy w stronę Głównego Parku. Tuż przy wejściu stał pan, który sprzedawał watę cukrową. Od razu nabrałem na nią ochoty, tak samo, jak moja Najdroższa. Sobie kupiłem o smaku wiśni, a jej, o smaku truskawki.
- Nie uważasz, że ten park jest piękny o każdej porze roku? - zapytała.
- Zupełnie tak, jak Ty...
- Jestem piękna, jak park?
- Nie o to chodzi... Jesteś piękna, o każdej porze roku.
- O... Kocham Cię. - odpowiedziała.
- Heh... Ja Cię też.
Chodziliśmy sobie po parku, tak beztrosko i rozmawialiśmy. Zapomnieliśmy o wszystkich złych sprawach. Pierw rozmawialiśmy o codzienności, później zaczęliśmy opowiadać sobie historyjki z dzieciństwa. Niektóre były przykre, inne urocze, a jeszcze inne, były zabawne. Zaczęliśmy się śmiać. Nagle spojrzałem na Nią. Wyglądała cudownie... Ona także nieśmiało spojrzała na mnie i nasz śmiech ucichł. Patrzyliśmy się tak w siebie. Oczy Jej się pięknie iskrzyły w słońcu. Ma taką piękną twarz... Swoją dłonią objąłem jej podbródek, a palcami drugiej zacząłem gładzić Jej lewy policzek. Zacząłem powoli zbliżać usta do Jej. W końcu przyłożyłem i zacząłem Ją delikatnie całować. Ona lekko rozchyliła swoje wargi i zaczęła odwzajemniać pocałunki.
- Kocham Cię... Najbardziej na świecie... - wyszeptałem.
Objąłem Jej twarz w swoje dłonie. Miała ją taką ciepłą... Następnie się do Niej przytuliłem. Wtuliła się w moje ramiona. Staliśmy tak, a czas nieubłaganie szybko płynął. Nagle ona poruszyła się, pocałowała mnie raz, delikatnie w usta, złapała za ręce i zamknęła oczy.
- Czujesz to? - zapytała. - To samo, co nad stawem?
- Tak... Jestem przy Tobie taki szczęśliwy... Boję się, że to co się dzieje, to tylko piękny sen, z którego się niedługo wybudzę... I Ciebie już przy mnie nie będzie...
- Mojego uczucia do Ciebie, Pablo, nie da się wyrazić słowami... Lecz ja czuję do Ciebie to samo, co Ty do mnie.
Nagle zobaczyłem na niebie piorun, a zaraz po tym rozległ się gwałtowny grzmot i zaczęła się potworna ulewa. Cała magia, jaka nas otaczała zniknęła.
- Wziąłeś jakiś parasol?
- A skąd ja mogłem wiedzieć, że zacznie padać? - zdziwiłem się.
- No to mamy problem...
- Przecież nie każda randka musi być idealna.
- A czy ja mówię, że ta randka jest nie idealna? Jest wspaniała.
- Chodź, bo mokniemy. - dałem jej moją kurtkę, aby się nią okryła.
Uciekaliśmy przed deszczem. Angie biegła pierwsza, a ja za Nią. Ona ominęła kałużę, lecz ja jej nie zobaczyłem, wszedłem w nią i się poślizgnąłem. Oczywiście wiadomo, że skończyło się to moją kąpielą w tej dziurze pełnej wody. Całe szczęście, że jakoś w tym roku śnieg szybko stopniał i robiło się już naprawdę bardzo ciepło, a była przecież dopiero druga połowa stycznia. Angie usłyszała, jak się przewracam i podbiegła do mnie.
- Pablo? Żyjesz?
- Tak, raczej tak... - ciężko było mi cokolwiek zobaczyć, przez ten gęsty deszcz.
- Wstawaj...
- Staram się, ale ta kałuża jest ślizga.
Moja żona podała mi rękę. Złapałem się jej, lecz wiadomo było, że jestem trochę cięższy od Niej. Gdy już prawie wstałem, oboje się przewróciliśmy. Udało nam się wstać dopiero po dłuższej chwili. Gdy to zrobiliśmy, pobiegliśmy szybko do Resto Band, aby się tam schować przed deszczem, lecz okazało się, że jest zamknięty. Nie mieliśmy gdzie iść, a bałem się, że Angie się przeziębi, co byłoby najgorsze, bo niedługo ma termin porodu. Weszliśmy pod mały daszek, który był przy wejściu. Zaczęliśmy walić w drzwi, bo Francesca ze swoim bratem i rodzicami mieszkają w tym samym budynku co mają bar, tylko że na piętrze. Trafiło się nam, że akurat ulicą przejeżdżała policja. Dwóch policjantów wyszło z radiowozu.
- Coś się stało, drodzy państwo? - zapytał jeden z nich.
- Widzi pan... - zacząłem. - Moja żona jest w ciąży, strasznie pada i boję się, że się przeziębi.
- Aha... To to jest powód nawiedzania ludzi i przerywania ich spokoju?
- Panie władzo, tutaj jest knajpka...
- Ja o tym wiem, ale o ile wiem, jest teraz nieczynna.
- Tak, właśnie... Tutaj mieszka uczennica Studio 21 i jej brat, a tak się składa, że ja jestem dyrektorem tej szkoły...
- Dobrze, dobrze... Opowie pan resztę tej wspaniałej historii na komendzie.
Policjanci zaprowadzili nas do swojego samochodu i zaczęliśmy jechać. Spojrzałem się na Angie. Nie wydawała się jakoś specjalnie przygnębiona.
- Przepraszam, Najdroższa... - powiedziałem. - Trochę głupio wyszło...
- Daj spokój Pablo. Nie Twoja wina. - odpowiedziała. - Bardziej mnie martwi inna rzecz.
- Tak? Jaka?
- Że ten policjant, który prowadzi ten samochód, to ten, co mnie nie lubi...
- Oj, tam... Wszyscy Cię lubią, tylko każdy na swój sposób.
- Oprócz mnie. - rzucił kierowca. - Nie przepadam za panią.
Z jednej strony chciałem się na niego rzucić, że mówi takie rzeczy mojej żonie, a z drugiej strony chciało mi się z tego powodu śmiać. Dlaczego? Nie wiem... Wiem, że gdybym zrobił, albo jedno, albo drugie, to bym pożałował. Za śmiech pożałowałbym od Angie, a za krzyczenie na policjanta... Już wolałbym nie wiedzieć co by się stało... Dojechaliśmy na miejsce. Czekało nas mnóstwo rozmów i od groma straconego czasu... Jednak wiele nam to nie dało... I tak musieliśmy spędzić 24 godziny w więzieniu.
- Przepraszam, Angie... Trochę schrzaniłem.
- E, tam... Nie przejmuj się. W końcu to nie za bardzo Twoja wina. Przynajmniej mamy teraz trochę czasu dla siebie... - pocałowała mnie. - I tak się świetnie bawię...
- E, em... - warknął policjant, który przechodził akurat obok naszej celi.

Następnego dnia, podczas wracania do domu przytrafiła się nam niespodzianka. Sam nie wiem, czy była ona miła, czy raczej nie... Szliśmy ulicą, a ponieważ byliśmy bardzo głodni, wstąpiliśmy do przydrożnej knajpki z fast-food'ami. Kupiliśmy sobie po hamburgerze. Zaczęliśmy wracać do domu, rozmawiając i jedząc. Gdy nagle Angie weszła w jakiegoś faceta. Podniosłem na niego wzrok. Okazało się, że to był ten aktor z teatru...
- O, nie! To znowu WY! - krzyknął. - Zobaczcie, co zrobiliście. - moja żona ubrudziła go swoją bułką. - Ja się śpieszę na premierę, do teatru, a tu dwie takie bezczelne osoby wchodzą mi w drogę!
Cicho się z niego podśmiewaliśmy, lecz, jak nazwał moją Angie bezczelną, ostro się zdenerwowałem.
- E, koleś! Nie pozwalaj sobie! Co, jak co, ale mojej żony się nie obraża!
- Ależ ja Jej nie obrażam. Ja tylko mówię o Niej całą prawdę.
- Mam ci przywalić?
- Taaa... Jasne... Już widzę, jak to robisz! Jesteś niższy ode mnie o połowę, karzełku!
- O, nie! Miarka się już przebrała!
Rzuciłem się na niego z pięściami. Już wygrywałem. Miałem nadzieję, że to, nauczy coś tego idiotę. Teraz powinien zmienić tamto ostrzeżenie z portalu społecznościowego na: "Pablo Galindo - nie obrażać jego żony!". Gdyby nie fakt, że przyjechała policja, może i bym wygrał, a ten koleś przestałby się w końcu nas czepiać, tamtego wydarzenia, na przedstawieniu.
- No, proszę... Panie Galindo... - odezwał się policjant. - A półgodziny temu wyszedł pan z celi... Aż tak bardzo chce pan do niej wrócić?
- Ja to ostatnio mam szczęście... - mruknąłem pod nosem. - Panie policjancie... A z resztą... Co ja się będę panu tutaj, teraz tłumaczył? Niech mnie już pan z powrotem zawiezie na komendę, przepyta ze wszystkiego, znowu zamknie na dobę, czy dwie... Po co się tutaj mordować i tracić czas?
Komisarz pomyślał chwilę. Zerknął na tego wścibskiego aktora, następnie na mnie.
- Kuba... - powiedział do swojego przyjaciela, policjanta. - Odprowadź tego aktora do teatru, a ja sobie z Galindo pogadam.
Gdy drugi komisarz odszedł z moim wrogiem, przestraszyłem się tego, co usłyszałem od policjanta.
- Ale go pan skopał! Należało się cwaniaczkowi... - zaśmiał się.
- To pan go nie lubi? - zdziwiłem się, tak samo, jak Angie.
- Codziennie na swoim koncie, na portalu społecznościowym obrażał mnie, za to, że gdy przyszedłem na któryś spektakl, do teatru, nie wiedziałem kim on jest. Już dawno bym go zbił, ale nie mogę, bo co to by było, jakby mundurowy zbił aktora!
- No, tak... Racja...
- Tylko niech to zostanie między nami... - dodał szeptem. - Tym razem się Wam upiecze, stoi?
Popatrzyłem się na Angie, która była w równym szoku, jak ja.
- Stoi.
- To dobrze, a teraz zmykajcie do domu, zanim tu Kuba przyjdzie.
- A co mu pan powie? Że uciekliśmy?
- Nie... Coś tam mu powiem... Coś się wymyśli. Nie bójcie się, nie będzie to przeciwko Wam.
- Dziękujemy. - odeszliśmy.
Resztę drogi przeszliśmy w ciszy, zamyśleni. Nie mogłem uwierzyć, w to, co się stało. Weszliśmy do domu. Wstawiłem wodę na kawę.
- Mega dziwne dwa dni. Nie sądzisz?
- O, tak... - odpowiedziała Angie. - I kto by pomyślał, że tak łatwo pozbędziemy się tego aktora i, że już nie będzie nas dręczył?
- Heh... Jesteś dumna ze swojego Pabla? - pocałowałem Ją w policzek.
- Tak... Bardzo... - a Ona mnie w usta.
----------------------------------------------------------------------------------
I, jak? Podoba się dzisiejszy rozdział?
Dzisiaj taki dłuższy, gdyż wczoraj był krótki, a poza tym,
jak nie mogę się ruszyć z kanapy to skorzystam na tym
i staram się powydłużać niektóre rozdziały :).


Jeszcze raz: Szczęśliwego Nowego Roku!
bloggerka

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 95 - Koncert kolęd

Miłego czytania! :)
♫ Piosenka na dzisiaj ♫
Dojeżdżaliśmy właśnie na miejsce, gdzie miał odbyć się koncert kolęd. Dzieciaki były bardzo zestresowane. Sądzę, że odczuwały na sobie ogromną odpowiedzialność, za to, że pojechały, mimo, iż pierw chciałam ich wycofać. Gdy weszliśmy do sali, konkurs już trwał. Akurat grupka kończyła śpiewać.
- Kurcze, oni byli naprawdę dobrzy...
- Lepsi od nas...
Grupa, która przed chwilą wystąpiła, była naprawdę dobra. Ale czy od razu lepsza od naszej? Spodziewałabym się, że między nami, a nimi, mogłaby być niewielka różnica głosów... Rozsiedliśmy się na widowni. Na drzwiach wejściowych do sali, wisiała lista, na której napisana była kolejność występu grup. Nasza grupa występowała jako siódma, a przed chwilą wystąpiła druga. Podczas występu piątej grupy zabrałam dzieciaki, za kulisy, do sali, aby się rozśpiewały. Gdy jednak stały i czekały, aż prowadzący ich zapowie. Zestresowały się ogromnie.
- Teraz wystąpi grupka uczniów ze Studio 21, z Buenos Aires. Zapraszamy!
- Trzymam za was kciuki! - krzyknęłam.
Gdy dzieciaki weszły na scenę, momentalnie coś je sparaliżowało. Może blask reflektorów? Może zbyt duża publiczność? Albo bały się, że nas zawiodą... Zastanawiałam się, jakby ich tu zachęcić do śpiewania... Muzyka zaczęła już lecieć... Jeszcze chwila, a przegrywka by się skończyła i musiałyby już zacząć... Weszłam za kulisy i stanęłam tak, aby mnie zobaczyli.
- Nie bójcie się... Możecie być nawet ostatni i tak jesteście dla nas najlepsi. - powiedziałam.
Moje słowa na nich podziałały. Nagle, akurat w dobrym momencie, zaczęli śpiewać.  Pierwsza kolęda się skończyła... druga... i trzecia! Nadszedł koniec ich występu. Zeszli ze sceny.
- I jak nam poszło, Angie? - zapytali.
- Wspaniale! Teraz pozostaje nam tylko czekać na wyniki...
To jest właśnie najgorsze... Możesz czekać, czekać, czekać i czekać. A jak się już naczekasz, to się dowiadujesz, że nie wygrałeś! I tak mijała chwila za chwilą... Zegar tykał i tykał... Zaczynało mi się powoli nudzić, gdyż nasza grupka wystąpiła, jako jedna z pierwszych, a po nas, było ich jeszcze dużo. Tik, tak... Tik, tak... Tik, tak...  Usiedliśmy sobie na widowi, gdyż nie mieliśmy się za bardzo gdzie podziać. Nagle zachciało mi się do toalety. Poinformowałam dzieciaki, że zaraz wrócę. Wyszłam z sali. Akurat na korytarzu, spotkałam się z kimś, kogo bardzo dobrze znam...
- Pablo! Co Ty tutaj robisz? - ucieszyłam się i rzuciłam Mu się na szyję.
- Przecież, jak ja tu mogłem nie przyjechać? Musiałem się z wami tutaj zobaczyć.
- Niestety, nie zdążyłeś. Już po występie dzieciaków.
- Wiem, ale zdążyłem jeszcze ich zobaczyć w telewizji z Germanem.
- Poszedłeś do Germana?
- Nie. On przyszedł do nas do domu. Oglądaliśmy razem koncert, ale postanowiliśmy, że przyjedziemy się z wami zobaczyć.
- Czyli, że on też tutaj gdzieś jest?
- Tak. Poszedł do toalety.
W tej chwili doszedł do nas mój szwagier. Naprawdę nie mogłam w to uwierzyć, że Pablo i German oglądali razem telewizję... Chyba coraz bardziej się lubią.
- Co tu tak stoicie? - zapytał się. - Nie idziemy do środka?
- Jasne. Idziemy. Wy już wejdźcie, a ja pójdę do łazienki. - powiedziałam.

- Uwaga! Ogłaszam wyniki! Nasz konkurs wygrywa.... Grupa uczniów ze szkoły "MusicIsMyPasion" w Madrycie! Zapraszamy was na scenę!
Ja rozumiem, że nie może by być kilku wygranych, ale, żeby oni sobie dali radę? To nasze dzieciaki zasłużyły na wygraną! Przecież były naprawdę dobre! "Angie! Naucz się w końcu przegrywać!" - podpowiadało mi sumienie. No trudno... Nie każdy jest tak dobry, aby wygrywać...
- Nie martwcie się. Byliście świetni. Może i oni nie potrafią tego docenić, ale nie zapominajcie, że przecież to, iż tu jesteście to jest wasz duży sukces. Przecież bardzo ciężko było się dostać do tej grupki. Tylko sześć osób z siedemdziesięciu, a właśnie tymi osobami jesteście właśnie wy. - starałam się ich pocieszyć.
- Zawiedliśmy was...
- Nieprawda. Nie mówcie tak.
- Ale Angie, to jest prawda! - powiedziała Francesca. - Chcieliście nas wycofać, bo kiepsko nam szło, a my się uparliśmy, że zaśpiewamy i tak się stało! Trzeba było Was posłuchać...
- Nawet tak nie myślcie. To prawda... Dopóki nie wystąpiliście przed Pablem szło wam kiepsko, lecz może was coś później zmotywowało? W każdym razie udało wam się to sto razy lepiej, niż na wcześniejszych próbach...
- Chwilka... - powiedział prowadzący konkursu. - Wystąpił mały błąd w liczeniu głosów. Ktoś przy wynikach tej grupy dopisał jedno zero, dlatego z piętnastu zrobiło się sto pięćdziesiąt.
Wiedziałam, że coś mi tutaj nie pasuje... Przecież tamtej grupie naprawdę źle poszło...
- To w takim razie kto wygrywa?!?
- Według tego wykresu, wygrywa grupa ze... "Studio 21" w Buenos Aires! Gratulujemy! Zdobyliście sto trzydzieści dwa głosy! Jeszcze raz, gratulacje!
Dzieciaki długo nie mogły w to uwierzyć. Pozytywnie zszokowane weszły na scenę i zaśpiewały jeszcze raz wszystkie trzy kolędy. Cały czas skakały z radości. Ja także do końca w to nie dowierzałam...
----------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał :).
Przepraszam, że dzisiaj tak późno, lecz wczoraj miałam "superowego" Sylwestra...
Skręciłam nogę! Nowy Rok zaczęłam naprawdę wspaniale...

Pozdrawiam
bloggerka