środa, 5 marca 2014

Sezon 2 - Rozdział 5 - Nie... Nie powiem nic Pablo...

Angie boi się,
że przez swoją nieuwagę
powie Pablowi o tym,
o czym powiedziała Germanowi...
♫ Piosenka na dzisiaj ♫
Szłam ulicą... Byłam w dużym szoku... Niby tylko dwa słowa, ale one mogą popsuć resztę mojego życia... Oczywiście się ktoś o nich dowie... Nie powiem nic Pablowi... German obiecał, że mu nie powie, a ja nie chcę już rujnować nowego życia, które niedawno zaczęłam. Przecież ja to powiedziałam prawie nieświadomie... Gdybym nie zaczęła wspominać sobie tych starych czasów i mojej miłości do niego, to pewnie zamiast rozmyślać teraz o tym, myślałabym o czymś zupełnie normalnym... Na przykład, co ugotować na obiad... Muszę być silna i trzymać język za zębami. Po jakimś czasie mi przejdzie... Tylko po jakim? Po tygodniu, po miesiącu, czy raczej po roku?
- Angie... - męski ton nagle wybudził mnie z rozmyśleń.
- Tak?!? - spytałam. - Pablo, przestraszyłeś mnie...
- Dlaczego masz taką smutną minę? Coś się stało?
- Ty nic nie wiesz, prawda? - mruknęłam pod nosem.
- A o czym ja mam niby wiedzieć?
- Nie ważne... To długa historia. Może kiedy indziej ci ją opowiem. Teraz jestem bardzo zmęczona... Muszę się położyć spać... Przepraszam, Pablo. - ruszyłam w stronę sypialni.
W tej chwili przypomniało mi się, dlaczego ja tak właściwie ruszyłam się z domu i poszłam do swojego szwagra. Przecież oprócz tej niezręcznej sytuacji powiedziałam mu, o próbie samobójczej mojej siostrzenicy, ale tak szybko palnęłam głupotę, że oboje zapomnieliśmy, po co się tam pojawiłam. Nie za bardzo wiedziałam co robić. Z jednej strony powinnam się dowiedzieć co z tą całą sprawą German chce zrobić, a z drugiej nie powinnam się wcale do niego odzywać... Nie powinnam? Raczej boję się... Boję się, że ponownie palnę głupotę... Byłam już na piętrze, w pokoju. Ściągnęłam z siebie sweter, odłożyłam go na krzesło, a następnie położyłam się na łóżku. Dość szybko zasnęłam, lecz mało przytomna usłyszałam kroki po schodach, a następnie poczułam, jak ktoś okrywa mnie ciepłym i przytulnym kocem. Łatwo się domyślić, że to był mój mąż. Usłyszałam, jak wychodził.
- Zostań... - wyszeptałam i miałam nadzieję, że to usłyszał.
- Wszytko, dla mojej księżniczki... - położył się obok.
Wtuliłam się w jego umięśnione ciało. Byłam pewna, że nic mnie może mi go odebrać, ale do pewnego czasu... W jego ramionach mogłabym leżeć bardzo długo... Bije z niego przyjemne ciepło, oraz bardzo ładny zapach... Po dłuższej chwili zasnęłam...
- Angie...
- Maria? To znowu ty?
- Tak...
- Przecież moje życie miało być z powrotem normalne!
- Nie rozumiesz, że ono nigdy takie nie będzie?
- Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam?
- Nie wiesz, że będąc z Pablem przysparzasz sobie o wiele więcej kłopotów niż będąc z Germanem?
- To co ja mam zrobić? Przecież kocham Pabla najmocniej na świecie!
- Wybieraj... Albo On i masa kłopotów, albo German i zwyczajne życie...
- Nie możesz kazać mi wybierać między tymi rzeczami!
- Masz rację... Niedługo los zdecyduje sam za ciebie...
- Co? Ale o co ci chodzi?! Dlaczego każesz mi być z własnym mężem!? Zupełnie cię nie rozumiem! Czy możesz mi to wytłumaczyć?
Przebudziłam się wystraszona... "Niedługo los zdecyduje sam za ciebie..." Te słowa mnie przerażały. Całe szczęście był przy mnie mój ukochany.
- Angie? Wszystko dobrze? Śnił ci się koszmar?
- Skąd to wiesz?
- Strasznie mocno mnie trzymałaś... Tak jakbyś miała coś ważnego stracić...
Zerknęłam na zegarek. Musiałam porozmawiać ze swoim szwagrem. Nie mogłam przed tym uciekać... Nie mogłam także iść do niego sama, bo zbyt dużo myślałam o tym wszystkim po drodze, ale jednocześnie nie mógł iść ze mną mój mąż, gdyż na pewno przez przypadek bym mu się wygadała... 9:10... Miałam zajęcia dopiero na 10:00, ale i tak musiałam się pośpieszyć, bo German mówił coś, że gdzieś wyjeżdża i, że z rana go raczej nie będzie w domu... Nie mam pojęcia, kiedy tak mówił, ale wiem, że takie coś zaszło...
- Pablo, ja cię strasznie przepraszam, ale muszę iść szybko porozmawiać z Germanem...
- Angie, czy coś się wczoraj stało? Od wczoraj jesteś jakaś... inna...
Co miałam mu odpowiedzieć? "Tak, to prawda. Dlaczego? Bo powiedziałam Germanowi, że go kocham. Nie widzisz w tym problemu? To świetnie, bardzo się cieszę!"
- Obiecuję, że porozmawiamy po zajęciach. Muszę lecieć i to migiem.
Szybko się przebrałam, wzięłam torebkę i wybiegłam z domu. Biegłam, aby tylko zdążyć do swojego szwagra. Cały czas zjadał mnie stres... Dobiegłam pod bramę. Akurat on tam stał.
- Hej, German. Mam do ciebie sprawę...
- To ważne? Bardzo się śpieszę... - odpowiedział mężczyzna zerkając na zegarek.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział, a w szczególności Pablo...
- Spokojnie Angie... Ja nic nie powiem... nikomu.
- Na pewno German? Mogę ci ufać?
- Oczywiście.
- Udawajmy, że nic się nie stało... Przecież to były tylko dwa słowa.
- Mogę Cię o coś zapytać?
- Jak najbardziej.
- Czy one coś dla ciebie znaczyły?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Sądziłam, że ten najgorszy czas w moim życiu już minął, ale widocznie się pomyliłam... Bałam się cokolwiek mu powiedzieć... Bałam się, że zaraz z moich ust wyskoczy kolejna pierdoła...
- German, ty dobrze wiesz, że moim mężem jest Pablo i kocham go ponad życie... Boje się, że to co teraz powiesz, zostanie źle przez ciebie zrozumiane, ale... ciebie też kocham. Też jesteś dla mnie ważny. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo...
Nagle na ulicę wyjechał samochód mojego szwagra. Oczywiście za kierownicą siedział nie kto inny, jak Ramallo.
- Przyjdź do mnie wieczorem. To pogadamy na spokojnie, dobrze?
- Oczywiście. Będę.
Pożegnałam się z nimi i odeszłam. Byłam zdołowana. Nie czułam się najlepiej, a musiałam teraz jeszcze iść do Studia na zajęcia... Zaczęłam po drodze mruczeć coś sobie pod nosem. Weszłam do szkoły, a następnie do pokoju nauczycielskiego i ponownie zaczęłam do siebie gadać...
- Przepraszam... Nie chciałam cię zdradzić...
- Że co?!?
- Pablo, to ty? - zapytałam przerażona.
- Angie, co ty mówiłaś? - odwróciłam się. -  Że nie chciałaś...
- Nie chciałam cię zranić! - palnęłam. - Ja cię bardzo za to przepraszam...
- Ale w jaki sposób ty mnie zraniłaś?
- Bo... - nie wiedziałam, co mu powiedzieć. - Bo zapomniałam ci dać śniadania do Studio.
- Żartujesz sobie? Ja mam się za to gniewać? - zapytał z uśmiechem. - Za bardzo cię kocham, aby za taką pierdołę obrażać się... Uśmiechniesz się moja najdroższa? Przecież wszystko jest dobrze...
- Oczywiście Pablo... - sztywno się uśmiechnęłam. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku... - skłamałam.
----------------------------------------------------------------------------------
No i jest! Rozdział 5. Co o nim sądzicie? :)

Pozdrawiam
bloggerka

Ps. Wczoraj dostałam 4 komentarze. Z tego co pamiętam 3 od Aninimków i jeden od Dominiki. Nie mam pojęcia, dlaczego pojawił się tylko ten od Dominiki, gdyż kliknęłam "opublikuj wszystkie". Dzisiaj dostałam także 2 komentarze, z czego jeden z Anonima. Też się nie opublikował. Nie za bardzo wiem, jak to się stało :/

wtorek, 4 marca 2014

Sezon 2 - Rozdział 4 - Rozmowa z Germanem

Angie opowiada Germanowi
o próbie samobójczej Violetty.
Co z tego wyniknie?
♫ Piosenka na dzisiaj ♫
Od próby samobójczej Violi minęło już trochę czasu, a ona jeszcze nic nie powiedziała Germanowi... Razem z Diego, żyją sobie tak, jak gdyby nigdy nic... Może to i lepiej? Nie... Sama z resztą już nie wiem... Może on powinien wiedzieć? Nie, bo zaraz zacznie z nią chodzić po psychiatrykach... Ale przecież przydałoby jej się to. Angie! Do jasnej ciasnej pomyśl! Ona się chciała zabić! Jeśli ona tego nie zrobi, to ja za nią to zrobię. Poczekam jeszcze. Dam jej tydzień. Jeśli nie zrobi tego w terminie wtedy pójdę do Germana. Chociaż z jednej strony... To w końcu jej życie... "Pobudka! Ona jest moją siostrzenicą i powinnam jej pomagać! Zrobię tak, jak myślałam. Tydzień. I ani dnia więcej." - zdecydowałam. Właśnie wchodziłam do Studio. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie. 9:51. Zajęcia zaczynają się za dziewięć minut. "Teraz ją zaczepić, czy dopiero po zajęciach?" - akurat zauważyłam ją na korytarzu. - "Teraz. Po zajęciach mogę się z nią nie widzieć."
- Violetta! - krzyknęłam, lecz od razu zaatakowała mnie panika. - Mam do ciebie sprawę...
- Angie... - podeszła do mnie. - Możemy to załatwić później? Muszę iść, zaraz są zajęcia.
- Tak, oczywiście... - odparłam, lecz szybko zmieniłam zdanie. - Nie. Musimy to załatwić teraz.
- Dobrze, no więc? O co chodzi?
- Chodzi o to... - bałam się jej tego powiedzieć. - Jeśli nie powiesz tacie w ciągu tygodnia, o swojej próbie samobójczej, ja pójdę do niego i zrobię to za ciebie.
- Że co? Angie, wszystko gra?
- Tak, Violetta. Ja po prostu boję się o ciebie.
- Tak? Dlatego mnie szantażujesz?
- To nie jest szantaż.
- A w takim razie to co to niby jest?
- Ym... - zastanawiałam się. - No dobra. To jest szantaż. - zdecydowałam. - Ale ja to robię dla twojego dobra...
- Dla mojego dobra chcesz, aby tata zamknął mnie w psychiatryku na dwa miesiące, tak?
- Violu, to nie tak...
- A niby jak? Ja szczerze dziękuję za taką ciocię! - przerwał jej dzwonek na lekcję.
- Violetta...
- Nie Angie! Śpieszę się na lekcję... - odeszła.
Dobrze zrobiłam? Jeśli się na mnie obrazi już na zawsze? Przecież za prawie rok będzie pełnoletnia i będzie mogła sobie wyjechać, gdzie tylko będzie chciała... Muszę być pewna siebie... Prędzej czy później te fochy jej przejdą i zrozumie, że ja się tylko o nią boję i robię to dla jej dobra. Przecież ona w każdej chwili mogła znowu spróbować się zabić, albo pociąć... Nawet, mimo tego, iż obiecała mi, że nigdy tego nie zrobi, nie mam na to stu procentowej pewności... "Angie, przecież jeśli ona dzisiaj tego nie powie, to nie zrobi tego już nigdy." - pomyślałam sobie, ale nie mogę iść do Germana wcześniej, niż za tydzień. Obiecałam jej to.
- Angie. Angie. - ocknęłam się. - Wszystko gra? Dlaczego nie idziesz na lekcję? - zobaczyłam, że koło mnie stoi Antonio.
- Tak. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- To dlaczego tutaj tak stoisz? Przecież masz zajęcia.
- Bo ja... - po co mam mu się tłumaczyć? - Już idę, do klasy...
Odeszłam w szoku, bo uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w życiu, widzę, że moja siostrzenica schodzi na złą drogę. Pierw ta zdrada, próba samobójcza, a teraz ta kłótnia... Kłótnia, jak kłótnia, ale Viola nigdy nie zachowywała się w ten sposób... A co będzie później? Papierosy? Alkohol? Narkotyki? Muszę jak najszybciej coś z tym zrobić, ale nie mogę działać wcześniej niż za tydzień...

Dzień pierwszy
Violetta unika mnie. Gdy tylko mnie widzi, zmienia kierunek, w który miała iść, a gdy tylko próbuję do niej podejść podchodzi do kogoś i mówi, że rozmawia teraz o bardzo ważnych sprawach, ale przecież prędzej, czy później muszę ją złapać i zapytać się, czy powiedziała Germanowi o próbie samobójczej.
- Violetta.
- Angie, ja teraz nie mogę, bo ja... Mam coś... do zrobienia... Tam...
- Ja ci nie zajmę dużo czasu. Powiedz mi tylko czy powiedziałaś tacie?
- A o czym?
- Ty dobrze wiesz, o czym miałaś mu powiedzieć.
I tak się z nią kłóciłam. Za każdym razem, gdy udało mi się z nią porozmawiać. Z nią się dzieje coś złego. Musiałam koniecznie porozmawiać z Germanem, bo co z tego, że powie mu o tym, co próbowała zrobić, jeśli on nie widzi jak ona się na co dzień zaczęła zachowywać w stosunku do mnie i innych?

Dzień drugi
Z wielkim trudem staram się nie iść do Germana. Moja siostrzenica zaczęła się coraz gorzej zachowywać. To już nie ta sama osoba co rok temu... Czyżby to była moja wina? Przecież ja odkryłam jej talent i to dzięki mnie zaczęła chodzić do Studia... Sama już nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Violetta zaczęła na mnie krzyczeć, a co najgorsze, Pablo coś podejrzewa...
- Dlaczego pozwalasz Violetcie na siebie krzyczeć?
- Była bardzo zdenerwowana... - skłamałam.
- Ale to nie powód, żeby mogła na ciebie krzyczeć. Mam z nią pogadać?
- Nie, Pablo... Ja z nią to załatwię... Przeżywa teraz bardzo trudny okres...
Kogo ja próbuję oszukać? Mojego męża, który prędzej czy później sam z siebie odkryje prawdę? Zaczęłam się coraz bardziej zastanawiać, czy nie wyznać mu prawdy, bo w końcu on jest mi najbliższy...

Dzień trzeci
Zachowanie Violetty coraz bardziej mnie dobija... Ona non stop się ze mną kłóci, a ja później chodzę resztę dnia zdołowana... Dzisiaj się z nią nie widziałam w Studiu, więc pomyślałam, że powiedziała tacie, a ten zabronił jej przyjść do szkoły, albo, że sama nie chciała przyjść, bo chciała mu na spokojnie wszystko wyjaśnić, ale się pomyliłam. Gdy wracałam do domu, zobaczyłam Violettę w parku razem z Diego, ale jej chłopak przecież był na zajęciach... Podeszłam do nich.
- Powiedziałaś tacie? - zapytałam stanowczo.
- Angie, nie widzisz, że teraz jestem z Diego?
- Ap ropo... Dlaczego cię nie było w Studio, przecież Diego był?
- To nie Twoja sprawa, Angie!
I jak zwykle... Nasza rozmowa zakończyła się kłótnią...

Dzień czwarty
Z dnia na dzień jest coraz gorzej... Jeszcze tylko trzy dni i mogę iść do Germana, i powiedzieć mu, jak jego córka się ostatnio zachowuje... Dzisiaj udawała, że mnie nie słyszy i nie widzi, gdy tylko ją wołałam, ona to ignorowała, a gdy podeszłam do niej, udawała, że mnie tam nie ma. Jakbym była zwykłym powietrzem.
- Violetta... Violetta. Violetta mówię do ciebie!
- Violu, Angie do ciebie mówi. - powiedziała Francesca.
- Co? Jaka Angie? Przecież tutaj jej nie ma. Chodźmy stąd. - odeszła, a Fran popatrzyła się na mnie, tak, jakby chciała powiedzieć "przepraszam".
Normalnie jej nie poznaję. Coś się musiało stać, przecież sama z siebie by się tak nie zachowywała... Nawet w okresie dojrzewania... Muszę jak najszybciej dowiedzieć się, o co chodzi...

Dzień piąty
Przypomniałam jej, że ma tylko dwa dni, aby wyznać Germanowi, że próbowała się zabić. Musiałam to zrobić. Nie chciałam jej poganiać, ale to dla jej dobra.
- Masz tylko dwa dni Violetta, jeśli nie powiesz tacie, zrobię to za ciebie. - podeszłam do niej.
- Ale ja mu już powiedziałam. - nagle przestała udawać, że mnie nie ma.
- Tak? I jak na to zareagował? - zapytałam.
- No, a niby jak miał? Raczej się nie ucieszył...
- Skoro ty już mu to powiedziałaś, to ja do niego zadzwonię i umówimy cię razem do specjalisty... - powiedziałam wyciągając telefon z kieszeni.
- Przecież miało nie być żadnego psychiatryka...
- A to już zależy od twojego taty, czy zechce cię tam wysłać, czy nie. - udawałam, że wybieram numer.
- Dobra! Nie powiedziałam mu jeszcze! I nigdy mu o tym nie powiem!
- Zrobisz to. Masz dwa dni, a jeśli nie, to ja zrobię to za ciebie.
- Dlaczego?!? Angie, powiedź mi, dlaczego ty mi to robisz!?!
- Bo się o ciebie martwię Violu, nie rozumiesz tego?!?

Dzień szósty
Od wczoraj Violetta przestała na mnie krzyczeć i pyskować. Co prawda, nadal mnie unikała, ale jak już się ze mną zobaczyła, to przywitała się i nie krzyczała.
- Violetta.
- Tak, Angie?
- Powiedziałaś tacie?
- Nie... Wybacz, Angie... Chyba nie dam rady... Za bardzo się boję...
- Wiesz, że jeśli do jutra tego nie zrobisz, ja zrobię to za ciebie?
- Wiem... Postaram się.
- Jeśli ty mu powiesz, będzie mniej zdenerwowany.
- Tak... Wiem, wiem...
- Widzę, że masz dzisiaj lepszy humor.
- No, zauważyłam, że źle się zachowywałam i postanowiłam nad tym panować.
- Gratuluję. Muszę już iść, bo mam zajęcia. Do zobaczenia. - pożegnałam się.
- Pa. - usłyszałam. - Taaa... I ona uwierzyła, że ja znowu jestem jakaś milutka? - mruknęła pod nosem.

Dzień siódmy
To dzisiaj... Dzisiaj Violetta miała wyjawić Germanowi, że próbowała się zabić. Jeśli tego nie zrobi, następnego dnia idę do jej taty i sama mu to mówię... Ciekawe, jak on na to zareaguje. Podeszłam do swojej siostrzenicy...
- Violu...
- Nie, Angie. Nie powiedziałam tacie.
- Wiesz, że...
- Tak, wiem. - znowu mi przerwała. - Mam czas do końca dnia. Angie, wybacz, spieszę się. Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć?
- Nie. To wszystko. Możesz już iść. - uśmiechnęłam się.
I tyle się z nią widziałam tego dnia. Wieczorem, kładąc się spać rozmyślałam, czy powiedziała w końcu Germanowi o tym co chciała zrobić, czy będzie mnie od rana wkręcać, że to zrobiła, ale tak naprawdę stchórzy...

Dzień ósmy
Tego dnia przyszłam do Studia wcześniej niż zwykle. Przebrałam się, wypiłam kawę, zjadłam coś i stanęłam przy drzwiach. Po co tam stałam? Czekałam na Violettę. Zadzwonił dzwonek na pierwszą lekcję. Miałam akurat to szczęście, że zaczynałam lekcje dopiero od drugiej godziny lekcyjnej, ale co miałam robić? Stać tam i czekać, aż przyjdzie? Sięgnęłam telefon i wybrałam jej numer.
- Halo? Violetta, powiedziałaś tacie?
- Angie... Ja mu jeszcze nie powiedziałam...
- Violetta, umawiałyśmy się chyba, prawda?
- No wiem, przepraszam... Daj mi jeszcze jeden dzień.
- Nie, Violu. Nie ma mowy.
- Ale Angie...
- Nie, Violetto.
- A z resztą! Mam to wszystko w nosie, mów sobie co chcesz! - krzyknęła do telefonu, a później się rozłączyła.
Byłam taka wściekła. Pobiegłam do pokoju nauczycielskiego, wzięłam kurtkę i pobiegłam do domu Casttio. Pukałam energicznie do drzwi i nagle otworzył mi German.
- O, witaj, Angie...
- German musimy o czymś poważnie porozmawiać... - przerwałam mu.
- Angie, czy stało się coś złego?
- Tak.
- Może pierw wejdziesz i usiądziesz?
- German, Violetta próbowała się zabić. - walnęłam prosto z mostu.
- Że co? - nie docierała do niego ta informacja. - Ty nie kłamiesz?
- Przykro mi, ale nie kłamię.
Wtedy streściłam mu tą historię. Opowiedziałam mu co się w ostatnim czasie wydarzyło. Spodziewałam się, że moja siostrzenica mnie znienawidzi, bo jej ojciec zakaże jej najprawdopodobniej wychodzić z domu. German wyglądał na osłabionego. Usiadł na kanapie.
- Tylko błagam, nie zakazuj jej od razu chodzenia do Studio, ani spotykania się z Diego. Przecież gdyby nie on, Violetta możliwe, żeby teraz nie żyła.
- Ale gdyby nie chodziła teraz do tej szkoły to nic by jej się nie przytrafiło!
- Ale kogo za to obwiniasz? Mnie?
- Ja już sam nie wiem... Na pewno to twoja wina, ale gdyby nie ty, to nigdy byśmy nie znaleźli wspólnego języka i jej wspaniałego talentu...
- German, wszystko ciągnie za sobą pewne konsekwencje.
- Nie, nie... Wszytko co mi mówisz, to tylko zły sen, albo kłamiesz...
- German. To się dzieje naprawdę.
- Co ja mam z tym teraz zrobić? - zapytał zmartwiony.
W tamtej chwili ku zdziwieniu przypomniałam sobie te wszystkie dobre chwile jakie przeżyłam w tym domu... I te czasy, w których byłam po uszy zakochana w swoim szwagrze...
- Kocham cię... - palnęłam przez przypadek.
- Czy ja dobrze słyszę?
- Powiedziałam to na głos?!?
- Powiedziałaś, że mnie kochasz.
- Nie, nie... Ja się tylko przejęzyczyłam. Wybacz.
- Nie, Angie. Wyraźnie słyszałem, jak mówisz, że mnie kochasz.
- Nie... Przesłyszałeś się...
- Słyszałem.
- Nie!
- Słyszałem!
- No dobrze! Powiedziałam tak! Ale prosiłabym cię, żeby nikt się o tym nie dowiedział, a w szczególności Pablo, dobrze?
- Em... Tak, jasne... - oboje byliśmy w lekkim szoku.
- To ja już pójdę... - powiedziałam biorąc torebkę z sofy. - Pójdę. Do domu. Do Pabla. - mówiłam zakładając płaszcz.
Miałam już wyjść, kiedy mój szwagier złapał mnie za rękę.
- Angie... - zadrżałam. - Ja o tym nie zapomnę.
Wyrwałam się i zaczęłam biec. Nie wiem, dlaczego, ani po co, w końcu nikt mnie nie gonił. Chciałam uciec przed rzeczywistością... Bałam się powrotu do domu, ale ufałam mojemu szwagrowi, że nikomu nie powie, o mojej chwili zapomnienia... "Ja o tym nie zapomnę..."
----------------------------------------------------------------------------------
Dopiero zaczął się drugi sezon, a ja już muszę zacząć mieszać. :D
Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał!

Violetta jest niegrzeczna i to bardzo, ale to wszystko się niedługo wyjaśni :).

Pozdrawiam <3
bloggerka

poniedziałek, 3 marca 2014

Sezon 2 - Rozdział 3 - Próba samobójcza

Niedobra Violetta!
Narozrabiała, a teraz Angie się o nią martwi... :(
Ja i Pablo postanowiliśmy, że nie pójdę na urlop macierzyński, bo tak właściwie, to nie mam po co. Na razie zdecydowałam, iż wezmę kilka dni zwykłego urlopu. Czułam się dziwnie z myślą, że Gregorio ma syna. I, że właśnie tym synem jest Diego - ukochany mojej siostrzenicy. Był ciepły dzień, więc postanowiłam wyjść z Martiną na spacer. Stwierdziłam, że najlepszym do tego miejscem będzie nasz ulubiony park. Najładniej wygląda wiosną, gdy cały rozkwita, ale o każdej porze wygląda prześlicznie. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Jak na tą porę roku było naprawdę ciepło w związku z czym nie ubierałam, ani siebie, ani Martiny zbyt grubo. Włożyłam malutką do wózeczka i ruszyłyśmy w drogę. Szybko doszłyśmy do centrum.
- To jest nasz park. Ulubiony park. - opowiadałam Martinie. - Tu jest taka bardzo ładna fontanna... Lubimy tutaj przesiadywać... O, a tam jest Violetta.
Była ona całkiem blisko mnie, tylko, że stała za aleją drzew i mogła mnie nie zauważyć. Już miałam do niej krzyknąć "cześć", lecz zobaczyłam, że jest z Leonem. Usłyszałam kawałek ich rozmowy. Nie chciałam ich podsłuchiwać, aczkolwiek, po tym, co usłyszałam, po prostu się nie dało.
- Mimo, iż z nim jesteś, to cieszę się, że chcesz się ze mną spotykać. - powiedział były Violetty.
- Tylko, żeby się nikt o tym nie dowiedział, ok? - zapytała moja siostrzenica.
- Okej, okej... A teraz podejdź tu bliżej i mnie pocałuj.
Nie... Chyba się przesłyszałam... Chciałam podejść bliżej i zobaczyć, czy rzeczywiście to zrobi, lecz raczej każdy domyśli się, jak to się skończyło w moim przypadku. Gdy podchodziłam potknęłam się o wózek. Co prawda, nie upadłam, lecz krzyknęłam z przerażenia, że mogę się zaraz przewrócić.
- Angie?!? - krzyknęła Violetta razem z Leonem.
Zauważyłam, że przerwałam im, zanim ich usta się dotknęły. Może to i lepiej? Może uratowałam Violettę od zdrady? Chociaż coś w to wątpię, bo przecież mogła się już całować z nie swoim chłopakiem parę razy. Może ona i Leon spotykają się potajemnie od miesięcy? Jeśli tak, to na pewno nie byłby to pierwszy ich pocałunek od kiedy Viola jest w związku z Diego.
- Ja tylko przechodziłam obok... - starałam się tłumaczyć.
- Leon, zostaw nas same. Później się spotkamy, dobrze? - zapytała Viola.
- Oczywiście. Zadzwoń. - powiedział i cmoknął dziewczynę w policzek.
- Dobra, Angie... Mów, ile słyszałaś?
- Ja? Ja nic nie słyszałam? Skąd taki pomysł?
- Tak? Nic nie słyszałaś?
- Nie... - skłamałam. - No dobra! Violetta, nie rozumiem, jak ty tak możesz?
- Co jak mogę?
- No nie udawaj głupiej! Jak możesz zdradzać Diego? Przecież on jest dla ciebie taki dobry i opiekuńczy...
- No niby tak, ale ja nadal kocham Leona.
- To chociaż zerwij z Diego i nie rań go!
- Ale ja kocham ich oboju! Tak właściwie, to kocham ich wszystkich, we trzech! Diego, Leona i Tomasa! Problemem jest to, że najbardziej zależy mi, a raczej zależało na Diego!
- Zależało? Coś ci zrobił, że jesteś wobec niego nieuczciwa?
- Nie, ale nie mogę się spotykać z synem Gregoria.
- Przecież to nic strasznego! - dopiero parę chwil później dotarło do mnie, co ona tak właściwie powiedziała. - Zaraz, chwila... Skąd ty wiesz, że Diego jest synem Gregoria?
- Sam mi powiedział.
W duchu mi ulżyło. Bałam się, że to ja kiedyś, podczas rozmowy jej wypaplałam, ale na całe szczęście nie. Musiałam się dowiedzieć, jak najwięcej szczegółów, bo przecież tak nie może być...
- I co w tym złego? Może i jest synem... - zastanawiałam się, jak mogę określić tego złośliwego nauczyciela tańca. - Synem nie najsympatyczniejszego człowieka, ale to nie znaczy, że on zaraz musi taki być...
- Nie o to chodzi. On mnie tym do siebie zniechęca... To tak, jakbym się całowała z młodszym...
- Nie! - przerwałam jej. - Nawet tego nie kończ! Nie pamiętasz akcji z ojcem Pabla? Namieszał mu w życiu, wyjechał i po dwudziestu latach wrócił. Chamskie zachowanie, prawda? Nie znosiłam na początku jego ojca, ale co? Pablo mnie jakoś nie zniechęcał.
- No tak, ale później się pogodziliście i bla, bla, bla...
- Ale ty nie możesz tak robić. Nie rozumiesz?
- Ale niby dlaczego?
- Bo ty go ranisz!
- Przecież on się o tym nie dowie...
- Violetta, prędzej, czy później wszystko wyjdzie na jaw.
- No, ale ty mu chyba nie powiesz? Mogę ci ufać?
I tu miałam wielki problem. Jednocześnie musiałam jej to obiecać, bo w końcu jest moją siostrzenicą, ale z drugiej strony bardzo lubiłam Diego i nie chciałam, żeby cierpiał... Ale przecież musiałam w końcu się zdecydować.
- Ych... - warknęłam pod nosem. - No dobrze... Tylko chcę, żebyś wiedziała, że to co robisz, jest bardzo złe.
- Eee... Spoko, Angie. Wszystko będzie okej. - uśmiechnęła się. - A teraz muszę iść i umówić się z Leonem. - odeszła.
Jeszcze chwilę stałam bez ruchu w szoku. Nie mogłam w to uwierzyć... Moja siostrzenica? Moja siostrzenica nie wiedząca nic o życiu zaczęła zdradzać chłopaka, w którym była nieubłaganie zakochana? Nie, to przecież nie możliwe... Nagle z moich rozmyśleń wybudziła mnie Martina, bo zaczęła płakać. Nakarmiłam ją i ruszyłyśmy w stronę domu. Akurat, gdy doszłyśmy Pablo już wrócił z pracy. Pomyślałam, że z kim, jak nie z Nim mogę o tym porozmawiać.
- Pablo, stało się dzisiaj coś bardzo złego...
- Angie, czy to jest aż takie poważne? Bo po twoim tonie mówienia i po minie wnioskuję, że tak.
- No, niestety... Mam problem z Violettą.
- Jeśli będę umiał, to ci pomogę. No już. Opowiadaj.
- No więc... - nagle zadzwonił mi telefon. - Przepraszam cię. - zerknęłam na ekran. - Violetta dzwoni. Odbiorę. - kliknęłam zieloną słuchawkę. - Halo?
- Angie! - po głosie rozpoznałam, że to wcale nie była Violetta, tylko Francesca. - Angie, pomóż!
- Francesca? Co się dzieje?
- Violetta! Z nią jest nie dobrze! A nawet bardzo źle!
- Gdzie jesteście co? Już do was biegnę...
- W Studio, w damskiej łazience! Przychodź szybko!
- Okej. Już biegnę. - rozłączyłam się.
- Co się dzieje? - zapytał Pablo.
- Coś z Violettą. To chyba ma związek z tym, o czym chciałam ci powiedzieć, ale muszę iść i do szybko do Studia. - powiedziałam zakładając buty. - Idziesz ze mną?
- No, chciałbym, ale co z Martiną? - i w tej oto właśnie chwili w drzwiach stanął German.
- Witajcie! - powiedział mój szwagier. - Dokąd się tak śpieszysz, Angie?
- Musimy pilnie wyjść z Pablem. - nie chciałam mu nic mówić. - Zajmiesz się przez tą chwilę naszą córką? Proszę...
- Dobrze, dobrze...
- Dzięki! - pocałowałam go w policzek, następnie razem z Pablem pobiegliśmy migiem do Studia.
Wbiegłam do niego jak szalona. Rzuciłam się w stronę damskiej ubikacji. Wbiegłam za drzwi, lecz Pablo się przed nimi zatrzymał.
- Ja chyba... nie powinienem... - powiedział.
- No chodźże... - wciągnęłam Go do środka.
Zobaczyłyśmy Franczeskę i Camille. Obie stały przy jednej, z kabin i patrzyły się w nią niedowierzanie. Widziałam w ich oczach łzy i smutek. Ewidentnie stało się coś naprawdę poważnego. Podbiegłam do nich i już wiedziałam, o co chodzi. Wewnątrz siedziała Violetta. Jej rzeczy były dookoła porozrzucane, a w ręku trzymała scyzoryk. Przyłożyła go sobie do nadgarstka.
- Poco sprowadziłyście tutaj Angie?!? - mówiła przez łzy, ale jednocześnie krzyczała. - To jest tylko moja sprawa! Ja sobie z nią sama poradzę!
- Violu, uspokój się... - chciałam zrobić krok do przodu, lecz ona zagroziła, że jeśli się zbliżę ona zacznie się ciąć.
- To przez Diego? - zapytała przyjaciółka mojej siostrzenicy.
- Nie! To przeze mnie! Jestem beznadziejna! Skrzywdziłam Diego! - w tej chwili mój mąż wybiegł z toalety. - Miałaś rację, Angie! Jestem idiotką! Myślałam tylko o sobie, ale nie pomyślałam o jego uczuciach! Jestem egoistką! - scyzorykiem dotykała swojego najwrażliwszego miejsca na ręce. Jeden nieostrożny ruch i mogłaby się stać tragedia. - Dopiero teraz to zrozumiałam! Dopiero teraz, zrozumiałam, jak bardzo go kocham i jak bardzo mi na nim zależy! - już miało się stać najgorsze, gdy nagle do łazienki wbiegł Pablo z ukochanym Violi.
- Violetta! - krzyknął syn Gregoria. - Nie rób tego. Nie warto. Naprawdę.
- Ale ja cię skrzywdziłam...
- Ja się naprawdę nie gniewam... Nie jestem na ciebie zły... Jesteś dla mnie bardzo ważna i jeśli to zrobisz, to już nigdy nie będę szczęśliwy... - chłopak zaczął do niej powoli podchodzić. - Odłóż to... - podszedł do niej i złapał scyzoryk.
Gdy dziewczyna puściła go z mocnego uścisku, on jej zabrał go z ręki i odłożył na bok. Pomógł jej wstać i przytulił ją bardzo mocno. Tak bardzo, że ja jej pozazdrościłam i kazałam swojemu mężowi, aby mnie też tak przytulił. Wzruszyłam się. To było, jak scena z filmu, lecz to niestety (a może stety) działo się naprawdę.
- Przepraszam... - powiedziała Viola.
- Kocham cię. I nic tego nie zmieni... - odparł Diego.
Ludziom się wydaje, że romanse nastolatków to nie mogą być jakieś poważne związki, a tu proszę... Co się okazuje? Życie potrafi jednak zaskakiwać...
----------------------------------------------------------------------------------
Dzisiaj rozdział trochę psychopatyczny i trochę romantyczny :).
Diegoletta - kocham całym serduchem, jak Pangie <3.


Pozdrawiam
bloggerka

niedziela, 2 marca 2014

Sezon 2 - Rozdział 2 - Powrót do Studia

Mała przygoda związana z Gregoriem :D.
♫ Piosenka na dzisiaj ♫
Tak... Dzisiaj miał być mój pierwszy dzień pracy w Studio po tym, jak urodziłam córkę. Normalnie spodziewałabym się, że byłyby wspaniały. W końcu mam wspaniałą pracę, którą naprawdę uwielbiam. Dlaczego jednak taki nie był? Jedno słowo: Gregorio. On potrafi nawet zawodowemu komikowi popsuć humor... Była godzina dziesiąta. Właśnie miałam okienko, więc postanowiłam się zająć dodatkową pracą, którą mam od niedawna przeznaczoną. Muszę zajmować się przeliczaniem pensji dla nauczycieli dopóki nie znajdziemy zastępcy naszej byłej pani księgowej. Siedziałam sobie spokojnie i przeglądałam wszystkie potrzebne mi do tego papiery. Nagle do pokoju nauczycielskiego wparował jak zwykle naburmuszony Gregorio. Usiadł na krześle.
- Angie, proszę, zrób mi kawy.
- A co ja jestem? Służąca?
- Nie, no... Proszę zrób. Jestem zmęczony. Z tymi dzieciakami się nie da wytrzymać.
- Nie. Sam sobie zrób.
- Wyglądasz dzisiaj naprawdę ładnie. - myślałam, ze się przesłyszałam.
- Nie mówisz tak, żebym ci tylko zrobiła kawę?
- Nie.
- Powiedziałeś to na serio?
- Haha! No coś ty! Twoje włosy wyglądają gorzej, niż stodoła pełna siana, a twoja sukienka wygląda jak szmatka do podłogi, a o butach już nie wspomnę...
- Tak? - zdenerwowałam się. - Ty jak zwykle jesteś ubrany w ten swój pedalski sweterek...
- W jaki sweterek?
- Pedalski, głucholcu.
- Zajmij się lepiej swoją pracą.
- Próbuję, wiesz?
- Co ty wyprawiasz?!?
- Gregorio, co ja wyprawiam!?! Przecież to jest moja praca!
- Tak?!? Twoją pracą jest grzebanie w MOICH dokumentach!?!
- Nie wiem czy wiesz, ale, aby sprawdzić, czy z pieniędzmi wszystko w normie muszę przejrzeć każdego dokumenty...
- A od kiedy ty jesteś księgową w naszym Studio, co?
- Od kiedy? Od wtedy, kiedy się pokłóciłeś z naszą byłą księgową, Tatianą!
- Ta kłótnia to nie była moja wina!
- Ehe... To przecież tobie nie pasowały wypłata dla niej, więc chciałeś ją zmniejszyć!
- Oj, tam! Ona była rozwydrzona i roztrzepana! Nie potrafiła liczyć! Zgaduję, że na koniec szkoły z matematyki miała dwóję!
- No wiesz, w każdym razie lepiej liczyła niż ty, bo ty potrafisz policzyć tylko do ośmiu na swoich zajęciach!
- Och! Ale to jest moja praca!
- Tak, tak samo, jak moją pracą od niedawna jest liczenie tych rachunków, przeglądanie dokumentów...
- Wiesz co Ąszi?
- No zaskocz mnie.
- Lepiej wracaj do tego swojego bachora! Do domu!
- O, przegiąłeś! Nie masz prawa mojej córki nazywać bachorem!
Akurat (jak na złość) do pokoju nauczycielskiego wszedł Pablo. Nie za bardzo wiedziałam, jak Mu wytłumaczyć to, co przed chwilą się tutaj wydarzyło...
- Co się tutaj dzieje? Co to za wrzaski? Słychać was aż na korytarzu.
- Ężi, grzebie w moich dokumentach!
- A Gregorio nazwał naszą Martinę bachorem!
- SPOKÓJ! - wrzasnął Pablo. - Uspokoicie się wreszcie czy nie? Zachowujecie się, jak dzieci.
- Ależ Pablo... - nauczyciel tańca chciał się wtrącić.
- Gregorio, Angie zajmuje się tymi papierami, bo przez ciebie odeszła nasza księgowa. Angie, nie zaczynaj kłótni z Gregoriem, bo wiesz, że nie warto. A po za tym, on ma trochę racji. Nie powinnaś sama, bez jego zgody, grzebać w jego dokumentach.
Nie mogłam uwierzyć w to, że mi to powiedział. Ja wiem, że człowiek nie jest bez winy, ale nawet gdybym się o to zapytała tego idiotę, to i tak by mi nie pozwolił.
- Pablo, co się z tobą dzieje? - zapytałam. - Przy Martinie jesteś zupełnie inny.
- Tak, ale to jest Studio i pracuję. A po za tym, te dni spędzone razem z nią i z tobą minęły. Jeśli chcesz je odzyskać musisz czekać na weekend.
- Było tak bajkowo...
- No, ale bajka się skończyła. Przykro mi. - odparł Gregorio. - A teraz do roboty, Ążi!
Tak... Teraz Ążi, a kiedyś? "Angie? Mogę tak do ciebie mówić?" A z resztą, pierw nie pozwala mi pracować, a teraz mi karze. Nie wiem, czy to ze mną jest dzisiaj coś nie tak, czy może z nim, a może z Pablem? Na pewno z kimś, z naszej trójki dzisiaj coś nie tak. Wyszłam zdenerwowana z pokoju. Zachciało mi się płakać. Poszłam więc do łazienki i zamknęłam się w jednej, z kabin. Starałam się płakać po cichu, lecz nie zawsze mi się to udawało. Im więcej o tym myślałam, tym głośniej zaczynałam szlochać. Przez to, nie usłyszałam nawet, że ktoś wszedł do ubikacji...
- Halo, przepraszam? Kto tam, jest? - poznałam po głosie, że to była Violetta. - Co się dzieje?
- Nic... - odparłam.
- Angie, otwórz.
Chciałam być teraz sama, lecz wiedziałam, że dopóki jej nie otworzę, to nie wyjdzie w ogóle z łazienki. Przekręciłam zamek w drzwiach i delikatnie popchnęłam.
- Dlaczego płaczesz? - zapytała nastolatka.
- Nie ważne...
- Jak to nie ważne? Coś ważnego musiało cię skłonić do płaczu w Studio.
- Naprawdę, to nic. Masz własne problemy.
- Tak, ale po to jest rodzina, żeby się na wzajem wspierać.
- Gregorio mnie po prostu nienawidzi...
- Jak z resztą wszystkich... - mruknęła pod nosem moja siostrzenica.
- Tak, ale dzisiaj się tak na mnie uwziął, że już po prostu nie wytrzymałam... Jeszcze Pablo stanął po jego stronie...
- Niemożliwe, żeby twój mąż cię nie bronił.
- Otóż, dzisiaj wolał stanąć po stronie mojego wroga.
- A może tym razem miał rację?
Nawet nie chciałam myśleć, że mogłam wtedy postąpić inaczej. Wolałam o tym nie gadać, więc postanowiłam zmienić temat.
- Dlaczego on musi być taki wredny?
- Nie pamiętasz? Przecież to Gregorio...
No niby tak, ale kiedyś nie był dla mnie taki wredny, jak teraz jest... Coś się musiało stać, jak mnie nie było, tylko... co? Nie, nie... Już totalnie mi odbija... Chyba naprawdę potrzebuję specjalisty... Podziękowałam Violi za troskę i wyszłam z łazienki. Spojrzałam na zegarek, który wisiał na korytarzu. Siedziałam w niej całe dwie godziny... No trudno, każdy ma czasami lepsze, a czasami gorsze dni... Akurat zauważyłam, że z pokoju nauczycielskiego wychodzi Pablo...
- O, dobrze, że cię widzę.
- Angie, nie mogę teraz. Mam zajęcia.
- Ale to tylko chwilka...
- No dobrze. - obrócił się w moją stronę. - O co chodzi?
- Chcę iść na urlop macierzyński.
- Angie, mamy XXI wiek.
- No wiem, ale ja nie chcę, aby Martina zostawała z nianią.
- Pablo! Jesteś nam potrzebny! - krzyknął ktoś z sali.
- Pogadamy w domu. - rzucił mój mąż.
- Obiecujesz?
- Tak. - odparł. - Pa, Angie. - zniknął za drzwiami.
Tak... Pewnie będzie tak jak zwykle... "Jestem zmęczony, Angie. Porozmawiamy później...", "Teraz nie mogę, wypełniam papiery ze Studia...", "Dobrze, porozmawiamy, ale dopiero po obiedzie, bo jestem piekielnie głody...". Jeśli chodzi o takie sprawy, to na nie nigdy nie ma czasu, ale jeśli są to jakieś bezsensowne tematy, ważne dla Niego to oczywiście zawsze i wszędzie trzeba mieć czas, żeby z Nim o tym porozmawiać. Ale oczywiście nie zawsze chodzi o rozmowę! "Angie, pomóż mi z tym krawatem, bo go nie ogarniam.", "Zrób mi coś do zjedzenia, Angie, bo jestem głodny.". Wszystko trzeba zrobić od razu, bo inaczej będą fochy! A jeśli ja go proszę o to, żeby wymienił żarówkę w kuchni, bo się spaliła, czy o to, żeby zniósł mi deskę do prasowania z góry, to za chwilę, bo on ma ważniejsze sprawy na głowie! Ja rozumiem, że teraz nie mógł ze mną porozmawiać, bo śpieszył się na lekcję, ale zawsze jest tak samo... Czy on kiedyś zrozumie, że moje rzeczy też są dla Niego ważne? Jeśli nie zniesie mi deski do prasowania, nie wyprasuję mu tych Jego krawacików, jeśli nie wymieni żarówki w kuchni, nie zrobię mu nic do zjedzenia, bo po ciemku nie dam rady... Czy ja naprawdę już tak zrzędzę?
- Angie, starzejesz się już. - powiedziałam. - O, nie... To bardzo zły znak, bardzo zły... Zaczęłam już rozmawiać sama ze sobą... Coś musisz z tym zrobić...
- Z kim rozmawiasz? - zapytał Beto.
- Ja? Ja nie, z nikim... - odpowiedziałam. - Widzisz Angie? Prawie nas przyłapał. - znowu powiedziałam sama do siebie.
- Angie, na czym "was" przyłapałem?
- Nas? Jakich nas? Beto, coś ci się już miesza, idź się lepiej połóż i prześpij.
- Ale niby gdzie? Jesteśmy w Studiu.
- No nie wiem... Gdziekolwiek.
- Dobrze, a więc pójdę... Gdziekolwiek...
- Dobrze, no to idź.
- Dobrze, no to idę.
- Dobrze, no to idź... - zaczęłam się powtarzać.
- Dobrze, no to idę.
- Beto, idź już! - byłam już zdenerwowana.
- Dobrze, no to idę.
- Beto!
- Już, już... - odszedł.
- Nie trzeba było tak na niego krzyczeć. W końcu to twój przyjaciel... - powiedziałam. - Angie! Jest już coraz gorzej... Chyba trzeba się umówić ze specjalistą... - powiedziałam wychodząc ze Studia. - Boże, co ja robię?!? Przecież mam jeszcze zajęcia! - wróciłam się do pokoju nauczycielskiego, a tam... kolejna niespodzianka!
- Czyli ty naprawdę jesteś moim tatą? - zatrzymałam się.
- Na to wychodzi... Zrobimy jeszcze testy i się dowiemy, ale wydaje mi się, że to bardzo możliwe. - to powiedział Gregorio. Wszędzie rozpoznam ten jego głos.
- Z jednej strony jestem na ciebie wściekły, bo zostawiłeś moją mamę, a z drugiej strony jestem szczęśliwy, że w końcu cię odnalazłem.
- Ja jej nie zostawiłem. Ja po prostu nie mogłem z nią być i tyle.
- Dlaczego?
- Bo była wredna. - hehe... dobre, bo ty niby Gregorio nie jesteś? - Zależało jej tylko na moich pieniądzach, a ja chciałem z nią być już na zawsze. - picu, picu... - A tak właściwie, to co z nią teraz? Nie odzywała się długo.
- Tak. Nie odzywała się, bo umarła. Rok temu. Zmarła na zawał.
- Nie tęsknisz za nią?
- Gdybym za nią nie tęsknił, nie szukał bym cię teraz.
- Kocham cię, synu. - przytulili się.
W tej chwili straciłam równowagę i popchnęłam drzwi do przodu, przez co wydało się, że stałam tuż za nimi. W tejże chwili przed moimi oczami ukazał się bardzo dziwny, lecz jednocześnie uroczy obraz. "Synem" Gregoria okazał się... Diego...
- Ąszi! Ile z tej rozmowy słyszałaś?!? - nauczyciel tańca odsunął się od chłopaka mojej siostrzenicy.
- Ja? Rozmowy? Jakiej rozmowy? Ja przed chwilą przyszłam. - teraz chwila prawdy, kupią to, czy nie?
- A to nawet lepiej. Mogę cię o coś prosić?
- Jasne... - już wiedziałam, co ma na myśli.
- Nie mów o tym nikomu. Proszę cię o to nie tylko ja, ale także Diego. - czyli jednak nie kupił mojego picu.
- Dobrze, nie powiem nikomu. Ale robię to dla Diego, bo mam do niego zaufanie, a nie dla ciebie, jasne?
- Oczywiście. - odpowiedział.
- Angie, dziękuję ci bardzo. - odpowiedział ukochany Violi.
- No już dobrze... Idź do Violetty, bo mówiła, że cię cały dzień nie widziała. - uśmiechnęłam się.
- Jasne, już. - odpowiedział uśmiechem.
W tej chwili zadzwonił dzwonek, a zaraz po nim, do pokoju nauczycielskiego przyszedł Pablo. Widocznie humor już miał lepszy, dopóki nie wszedł do pokoju i nie zobaczył nas razem.
- Dziwne... Taka cisza... A wy, tu, we dwoje... - nic więcej nie dał rady z siebie wykrztusić.
- To ja idę. - odparł Gregorio. Następnie wyszedł.
- To było... przerażające... - odpowiedział mój mąż. - No nieważne. Chciałaś o czymś pogadać.
- Tak, ale to już nie istotne. - oboje myśleliśmy o mojej prośbie o urlop.
- Ale ja myślałem nad tym i oczywiście, jeśli chcesz możesz iść na ten trzyletni urlop. Ja ci nie mogę zabronić jako szef, a tym bardziej jako twój ukochany.
- Skąd wiesz, że niby taki ukochany, co? - uśmiechnęłam się. - Ja też o tym myślałam i zdecydowałam, że po co mi to. Martina ma dobrą opiekunkę.
- Oj, Angie, Angie... - przybliżył się do mnie. - To skoro ma taką dobrą nianię, to może zostałaby dzisiaj z naszą malutką godzinę dłużej, co?
- A niby po co?
- No nie wiem... Może ona bardzo chce mieć rodzeństwo? - zaczął całować mnie po szyi.
- Coś mi się nie wydaje. - powiedziałam. - Dzisiaj na kolację przychodzi Antonio. - no i popsułam romantyczny nastrój.
Czyli jednak się nie myliłam... Gregorio zachowywał się inaczej... Może wyżywał się na mnie, bo przypominałam mu mamę Diego? Jeśli prawdą jest to, co mu powiedział, to po raz pierwszy, z całego serca mu współczuję...
----------------------------------------------------------------------------------
Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału. :D
Oczywiście to nie koniec wątku "Gregorio tatą". Cześć dalsza nastąpi, w niedalekiej przyszłości. :)

Pozdrawiam
bloggerka


Ps. Nie wiem, czy zauważaliście, ale spodobało mi się słowo "pic". :D

sobota, 1 marca 2014

Sezon 2 - Rozdział 1 - Naprawdę minął już rok?

Witam Was kochani
w pierwszym rozdziale drugiego sezonu.
Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie!
Przebudziłam się... Miałam wrażenie, że obudził mnie płacz Martiny. Spojrzałam na jej łóżeczko. Była cicho i smacznie spała. Chwilę później zauważyłam, że nie ma obok mnie Pabla. Pomyślałam, że musi być na dole, bo gdzie indziej by mógł być? Zerknęłam na kalendarz. "Taaa... Dzisiaj sobota... Mogę sobie dłużej poleniuchować." - jak stwierdziłam, tak też zrobiłam. Przekręciłam się na drugi bok i zakryłam kołdrą, gdy nagle usłyszałam pukanie. Wystraszyłam się, bo to nie brzmiało jak pukanie do drzwi, tylko tak, jakby ktoś pukał mi do okna. "Przyśniło ci się..." - do pewnej chwili tak sądziłam. Nagle znowu usłyszałam pukanie. Powoli przewróciłam się na plecy i delikatnie otworzyłam oczy, aby sprawdzić, czy ktoś nie puka w okno dachowe. Nie... Nikogo tam nie było. Ponownie usłyszałam pukanie. Spojrzałam na okno balkonowe. Zaczęłam panikować. Co prawda było ono zasłonięte ciemnoczerwoną zasłoną i nic przez nią nie było widać, lecz spodziewałam się, a raczej byłam pewna, że ktoś za nim jest. Stoi, puka i czeka, aż ja wstanę i go wpuszczę... Ale kto normalny wchodzi przez balkon? Ten ktoś chyba zapomniał do czego służą drzwi wejściowe, albo chciał mnie nastraszyć. Jeśli to drugie, to przyznam, że mu się to udało. Powoli i po cichu usiadłam na łóżku. Założyłam swoje różowe kapcie. Chciałam wstać tak, żeby nikt nie słyszał, ale wstając podłoga dosyć głośno zaskrzypiała. Wzięłam do ręki poduszkę i podeszłam z nią do okna balkonowego. Normalny człowiek nie broni się przed mordercą poduchą, ale przecież ja nie jestem normalna, więc co mam do stracenia? "Dobra... Na trzy-cztery, Angie..." - powiedziałam do siebie. Odliczyłam do czterech, odsłoniłam zasłonkę i rzuciłam moją różową podusią w okno. Gdy upadła, o mało nie wrzasnęłam ze strachu.
- Pablo! Co ty tam robisz?
- Chciałem rozwiesić pranie na balkonie, aby wyschło, lecz, gdy wszedłem przez garderobę okno się zatrzasnęło i kiedy chciałem wejść z powrotem nie mogłem.
Nie zrozumiałam wszystkiego co do mnie mówił, gdyż stał za szybą, lecz domyśliłam się, o co mu chodzi. Jeszcze ruszał bardzo wyraźnie ustami... Pewnie wiedział, że go nie usłyszę.
- Już ci otwieram. - przekręciłam klamkę i weszłam na balkon. - Co cię skłoniło do tego, żeby zrobić pranie? - zerknęłam na świeżo wyprane ubrania i podeszłam sprawdzić, czy rzeczywiście były prane.
- Angie. - powiedział lekko załamanym głosem, ale jednocześnie widziałam po jego oczach, że chciało mu się śmiać.
- Tak?
- Zatrzasnęłaś za sobą okno...
- Że co? - obróciłam się w jego stronę. - O, kurczę... Rzeczywiście... Co teraz zrobimy?
- Ech... Musimy poczekać aż listonosz przywiezie pocztę.
- A jeśli dla nas nie ma żadnych listów?
- To poczekamy na chłopaka, który przywozi codziennie gazety.
- Co? Mamy czekać aż do południa? Przecież jeszcze nie ma siódmej...
- No wybacz, ale nic więcej nie możemy zrobić. Chyba, że masz przy sobie telefon.
- Nie... Został w sypialni na mojej półce nocnej.
- W takim razie, mam nadzieję, że jest Ci ciepło, bo trochę tutaj sobie poczekamy. - mówił to tak spokojnie, jakby w ogóle się tym nie przejmował i jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Dlaczego miałoby mi być zimno?
- Bo jesteś w piżamie z krótkim rękawem. Ja przynajmniej mam kurtkę.
- Oj, tam. Ja jestem twarda. - usiadłam na krześle.
Szybko pożałowałam swoich słów. Po pięciu minutach zrobiło mi się piekielnie zimno. Zaczęłam się trząść, a na dodatek dostałam gęsiej skórki.
- I co? Nie zimno ci?
- Nie... Ani trochę...
- Eche...
- No naprawdę.
- Dobrze, w takim razie nie oddam ci kurtki... Chciałem się nad tobą zlitować, ale skoro nie chcesz...
- Nie. Wcale nie musisz się nade mną litować. - powiedziałam. - Ale kurtkę możesz oddać... - uśmiechnęłam się.
Pablo spojrzał się na mnie z dużym uśmiechem, ale także z miną "a nie mówiłem?". Przysunął sobie drugie krzesło, zdjął kurtkę, ubrał mnie w nią, usiadł obok, a następnie przytulił.
- Dziękuję. Od razu zrobiło mi się cieplej.
- To w takim razie oddaj mi ją.
- Nie. Teraz ty pomarznij.
- Oj, tam, oj, tam... Tylko żartowałem.
Było mi naprawdę ciepło. Uwielbiam kiedy on mnie przytula. Jest taki ciepły i męski. W jego ramionach już się nie boję. Świat mógłby się zawalać, lecz gdyby on było obok mnie, nie bałabym się tego. Wybuchy, asteroidy, trzęsienie Ziemi w jego ramionach nie byłoby straszne.
- Kocham cię... - powiedział.
- Wiesz co? Powiedziałeś mi to samo, szczerze i prawdziwie dokładnie rok temu...
- Zmyślasz... Pamiętałabyś tą datę?
- No jasne.
- Ale przecież wtedy byłem dla ciebie nikim... Wolałaś Germana.
- Nieprawda Pablo. Byłam niezdecydowana. Nie wiedziałam kogo wybrać...
- A teraz jesteś pewna?
- Tak. Wiem, że dobrze wybrałam i jestem pewna, że tego nie pożałuję. - odparłam dumnie. - Przykładem jest to, że na dworze jest raptem siedem stopni, a ty oddałeś mi swoją kurtkę. - uśmiechnęłam się. - Tobie nie jest zimno?
- Jest, ale Ty jesteś ważniejsza, moja księżniczko. Nie jest Ci zimno w stopy? Przecież jesteś na boso...
- Trochę, ale nie martw się tym... To tylko moje stopy.
- Każda cześć Twojego ciała jest dla mnie ważna. - wstał i sięgnął z suszarki moje skarpetki. - Nie powinny być bardzo mokre. Mogą być lekko wilgotne, ale zawsze coś. - założył mi je na nogi.
- Cieszę się, że jesteś...
- Czuję dokładnie to samo... - odpowiedział. - Gdyby nie ty, nie spędził bym teraz tych wspaniałych chwil.
- Mogłabym tutaj spokojnie z Tobą siedzieć, gdyby nie fakt, że za ścianą śpi nasza kilkutygodniowa córka, która w każdej chwili może się obudzić i zacząć płakać.
- Wiem... Też się tego obawiam, ale postaraj się o tym nie myśleć, bo jeśli będziesz za dużo o tym myślała, to tak się może zdarzyć.
- Co racja, to racja...
- A nawet jeśli zacznie płakać, to to jest sytuacja wyjątkowa i wtedy będę gotowy nawet zeskoczyć z tego balkonu, tylko po to, żeby ją uspokoić czy nakarmić.
- Ojeju... Jesteś taki kochany...
- No wiem... Kocham cię, najdroższa...
- Ja ciebie też...
- Moje 'kocham' będzie trwało do końca świata i jeden dzień dłużej...
- Jesteś najwspanialszy... - uśmiechnęłam się do niego słodk
W tej chwili ujrzeliśmy jak listonosz jedzie na rowerze w stronę naszego domu. Gwałtownie wstaliśmy i zaczęliśmy krzyczeć o pomoc. Całe szczęście nas usłyszał. Podjechał pod nasz dom, zsiadł z roweru i podbiegł pod balkon.
- Co się stało? - zapytał.
- Okna balkonowe się nam zatrzasnęły. Oby dwa. Nie mamy jak wyjść z balkonu. Pomoże nam pan? - zapytał Pablo.
- Oczywiście, tylko... jak?
- Niech pan wejdzie do nas do domu, przez drzwi wejściowe. Jak już pan wejdzie, to po schodach, na górę i drugie drzwi po lewo.
- Już się robi. - odszedł, lecz chwilę później wrócił. - Przykro mi, ale są zamknięte.
- Że co? - zapytałam.
- No tak... Nie zdążyłem ich jeszcze otworzyć... - pomyślał chwilę Pablo. - Niech pan spróbuje wejść przez okno w kuchni. Co prawda, tylko je uchyliłem, lecz jeśli włoży pan rękę to łatwo je pan otworzy.
Jak tylko mój mąż skończył mówić, listonosz zrobił tak, jak on mu powiedział. Udało mu się je otworzyć. Wbiegł na górę i popchnął nam drzwi w idealnym momencie, gdyż Martina zaczęła właśnie płakać z głodu. Szybko wbiegłam i wzięłam ją na ręce. Poczułam falę ciepłego powietrza.
- Dziękujemy panu. - odparłam.
- Jeśli możemy się jakoś odwdzięczyć, to niech powie tylko jak... - odparł mój ukochany.
- Nie no... Skądże...
- Ale na pewno? Niech się pan nie krępuje.
- Tak? Bo tak właściwe to jest taka jedna sprawa...
- Niech pan mówi. - uśmiechnęłam się.
- Mógłbym prosić o pomoc w roznoszeniu listów? Dzisiaj na dziesiątą mam występ córki w szkole i nie chciałbym się spóźnić... Zostało mi tylko półtorej godziny i mnóstwo listów do rozniesienia...
- Ależ oczywiście! Mój mąż panu pomoże! - powiedziałam.
- Ale dlaczego ja? - zapytał.
- Bo ja muszę zostać i nakarmić Martinkę.
- No dobrze... Niech pan mi da te listy... - powiedział zrezygnowany Pablo.
Ja zajęłam się naszym dzieckiem, a On, resztę popołudnia spędził na roznoszeniu listów po całej naszej okolicy. No nie zaprzeczę - trochę ich było... ale przynajmniej odwdzięczyliśmy się temu dobremu człowiekowi, który uratował nas od zamarznięcia na balkonie... Heh... Ale by było... "Angie i Pablo Galindo - zmarli od tragicznego zamarznięcia na balkonie. Zawsze w naszych sercach." Nie ma to jak bujna wyobraźnia.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i jest! Rozdział 1! Jestem z niego bardzo dumna!
Mam nadzieję, że Wam też się podobał. Komentujcie! :)


Pozdrawiam
bloggerka


Ps. "Piosenka na dzisiaj" towarzyszyła mi przy pisaniu tego rozdziału :).
(w każdym razie, przy jego początku :D).

Ps. 2. Podoba się Wam nowy wygląd bloga? :)