niedziela, 27 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 75 - Niezły z ciebie poliglota

Dzień dobry! <3
Zapraszam na rozdział 75.
- Kochanie widziałaś mój żel do włosów? - spytał Pablo wchodząc do sypialni.
- A nie stoi na twojej półce? Ostatnio go tam widziałam. - odpowiedziałam.
- No właśnie nie stoi. Pierwsze co tam sprawdzałem.
- A gdzie jeszcze patrzyłeś?
- W szafce, pod prysznicem, na lusterku...
- A na dole w łazience?
- Nie znoszę nigdy go na dół, bo zawsze układam włosy na górze.
- Przecież ostatnio czesałeś się na dole.
- Ale na drugi dzień zabrałem go na górę.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Lepiej przejdź się i zobacz.
- Dobrze, ale chodź ze mną, bo inaczej mi nie uwierzysz.
- Okej. - odparłam i wstałam z łóżka.
Wyszliśmy z pokoju i zaczęliśmy schodzić po schodach. Chwilę później znaleźliśmy się w ubikacji na dole. Podeszłam do zlewu, na którym leżał pojemnik z żelem do modelowania włosów. Wzięłam go do ręki i pomachałam nim przed oczami mojego męża.
- Na pewno nie ma go na dole?
- Oj tam, oj tam.. - wyciągnął rękę i chciał to ode mnie wziąć, lecz szybko zabrałam rękę.
- Nie na tak łatwo. Musisz ładnie poprosić.
- Proszę. - uśmiechnął się do mnie uwodzicielsko.
- Jeszcze ładniej...
- Bardzo ładnie proszę... - powiedział podchodząc do mnie bliżej.
- Ładniej...
- Bardzo, bardzo ładnie proszę... - odrzekł przyciągając mnie ku sobie.
- Chyba czegoś mi tutaj brakuje... - szepnęłam mu na ucho.
- A czego?
- Sam powinieneś się domyślić...
- Hmm... - mruknął.
Przysunął mnie do siebie bliżej i rękoma oplótł mnie w pasie. Uśmiechnęłam się do niego słodko.
- To wystarczy? - zapytał.
- W sensie co?
- Sama już dobrze wiesz... - jego usta zaczęły zbliżać się do moich.
Już mieliśmy się pocałować, gdy nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Chciałam to zignorować i miałam nadzieję, że mój mąż również tak zrobi. Do pewnego momentu nam to wychodziło, ale z każdą chwilą, gdy wołanie się nasilało, nie dało się tego nie słyszeć.
- Idź. - powiedział Pablo. - Pewnie to jest ważne. - niechętnie na niego spojrzałam. - No idź. Dokończymy później. - posmutniałam. - Obiecuję. Wieczorem. I nikt, ani nic nam wtedy nie przeszkodzi.
Zerknęłam na niego z wyrzutem. Oddałam mu pudełko z żelem i wyszłam z łazienki. Akurat wtedy ze schodów schodził Lucas.
- Angie, cały czas cię szukam.
- Wiem, słyszałam. Byłam w łazience.
- Och, przepraszam. - zawstydził się.
- Nic się nie stało. - zapewniałam. - O co chodzi?
- Mam do ciebie pewną sprawę. - zaczął. - Matylda dzisiaj razem z twoją córką i jej koleżankami wychodzą na miasto. No wiesz, będą łazić po sklepach, pewnie pójdą na jakąś pizzę, więc tak pomyślałem, że może i znalazłabyś dla mnie jakąś godzinkę, dwie wieczorem i pokazałabyś mi trochę Buenos Aires? Wiem, że to jest bardzo duże miasto i całego nie zwiedzę, ale bardzo bym chciał poznać jego chociażby najmniejszą część.
- Wieczorem? A którą godzinę konkretnie masz na myśli?
- Zależy od ciebie. Pracę kończę o trzeciej, więc nie wcześniej niż koło czwartej.
- W takim razie umówmy się na piątą, dobrze? I najlepiej, żebyśmy przed ósmą wrócili do domu.
- Jesteś z kimś umówiona? - spytał podejrzliwie.
- Nie, nie... - odparłam. - Po prostu chciałabym się wyspać, a będę musiała jeszcze posprawdzać na jutro kilka klasówek i kartkówek, a przy tym też jest trochę pracy. Jako nauczyciel pewnie sam doskonale to rozumiesz.
- W takim razie może sobie darujmy? Innym razem pójdziemy. - zaproponował.
- Nie. Z wielką przyjemnością się z tobą przejdę i przy okazji więcej się o sobie dowiemy. - uśmiechnęłam się. - Pokażę ci moje ulubione miejsca w tym mieście, a ty poopowiadasz mi trochę o Niemczech i Polsce. Co ty na to?
- Bardzo chętnie. - odpowiedział. - O której zaczynasz dzisiaj zajęcia?
- Za pół godziny.
- W takim razie przejdziemy się razem? Chyba, że nie masz ochoty.
- Jasne, że mam. Wezmę tylko torbę i możemy iść.
Zaczęłam się zastanawiać, gdzie mogłam ją odłożyć, lecz nie mogłam sobie przypomnieć. Pomyślałam, że może mój mąż ją widział i podpowie mi, gdzie ją zostawiłam. Ponownie posłałam uśmiech Lucasowi, a następnie wróciłam do łazienki.
- Kochanie, widziałeś moją torbę? - zapytałam.
- Tutaj. - podał mi ją do ręki. - Nie pytaj, bo ja też nie wiem, jak ona się tu znalazła.
- Dzięki. Lecę już do pracy.
- A co z naszym gościem?
- Idzie ze mną, bo tak się złożyło, że zaczynamy razem. - odpowiedziałam. - Cześć. - pożegnałam się dając mu buziaka w policzek. - Kocham cię.
- Ja ciebie również. Miłej pracy. - powiedział, gdy opuszczałam pomieszczenie.
Wyszłam na korytarz, na którym czekał już na mnie Lucas. Przekazałam mu, że jestem już gotowa do wyjścia.i ruszyliśmy w drogę. Mimo, iż do Studia z naszego domu było raptem piętnaście minut drogi pieszo, to nie chciałam, aby ta droga upłynęła nam w ciszy. Wydawało mi się, że znalezienie wspólnego tematu będzie czymś nieosiągalnie trudnym, ale pomyliłam się. Tak naprawdę było wiele rzeczy, o których mogliśmy porozmawiać, a na dodatek, nie potrzebnie się tym stresowałam, gdyż on sam zaczął rozmowę.
- Wiesz, kiedy mieszkałem w Polsce, marzyło mi się wyjechać do Ameryki Łacińskiej, ale z wiekiem to marzenie przestawało być dla mnie istotne. Teraz, kiedy tutaj jestem nie mogę w to do końca uwierzyć. Zupełnie jak moja córka. Może nie pokazuję tego tak bardzo jak ona, ale ja również jestem naprawdę wdzięczny Pablo, że mogłem się tu zjawić.
- Polska i Niemcy pewnie ogromnie różnią się od Argentyny, prawda?
- Czy ja wiem? Za mało jeszcze widziałem, żeby to określić, ale mogę na pewno potwierdzić, że tutaj jest o wiele cieplej niż w Europie. U was cały czas jest lato, a u nas bywa różnie.
- Jeśli mam być z tobą szczera to nie mogę się nadziwić, że potrafisz mówić w tylu językach. Angielski i hiszpański są w miarę proste, niemiecki jest taki sobie, ale polski! No z tym to zaskoczyłeś chyba nas wszystkich!
- Jest on dla mnie prosty, ale to tylko dlatego, że urodziłem się, dorastałem i mieszkałem w kraju, gdzie jest to język narodowy. Mimo to przyznam, że nie należy on do najłatwiejszych.
- A nauczyłbyś mnie czegoś po polsku?
- Oczywiście, ale czego na przykład?
- No na przykład, jak będzie po polsku "Español"?
- "Hiszpański".
- Jak? "Hispaniski"?
- "Hiszpański".
- "Hiszpański"?
- Tak. Ładnie ci to wyszło.
- A "Hola, yo soy Angie"?
- "Cześć, jestem Angie".
- Słucham? "Cejści, jestem Angie", dobrze?
- No prawie. Zamiast "cześć" możesz powiedzieć "hej". To prawie to samo.
- "Hej, jestem Angie". - powtórzyłam. - A jak powiedzieć "Me gusta"?
- "Lubię"
- "Lubię Lucas". - powiedziałam. - Poprawnie? - zapytałam.
- Prawie. W języku polskim odmienia się imiona i w tym przypadku powiesz "Lubię Lucasa", ale to taki mały błąd, więc się nim nie przejmuj.
- To mam już ostatnie pytanie, mogę? - spytałam, a on uśmiechnął się w odpowiedzi. - Jak będzie.po polsku "Te amo" i "Yo también"?
Pomyślałam, że to warto zapamiętać. Kiedyś może zaskoczę tym mojego męża.
- "Kocham cię" i "Ja ciebie też". - odparł. - A co? Zamierzasz wyznawać miłość? Jakiemuś Polakowi? - zaśmiał się.
- No kto wie... - śmiałam się razem z nim. - Na razie mi się na to nie zbiera, ale może za jakiś czas jakiś Polak tak zaskoczy mnie swoją osobą, że nawet opanuję dla niego ten język?
- Musiałby ci na serio namieszać w głowie.
- Jestem typem człowieka, który jest skłonny do wielu poświęceń dla miłości. - powiedziałam nieśmiało.
- Naprawdę? - odparł zdziwiony. - Nie wiedziałem...
- Z tego co mi wiadomo, to jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.
- W takim razie, chyba będzie trzeba to nadrobić. - kąciki ust mu się uniosły.
Przez całą drogę do szkoły rozmawialiśmy o języku polskim, który, odkąd on razem ze swoją córką pojawili się w Studio, zaczął być bardzo popularny. Mogę się przyznać, że nie nauczyłam się zbyt wielu słówek, ale niektóre zapamiętałam. Nie przeczuwałam, że kiedykolwiek spotkam człowieka, który potrafi mówić w tak trudnym języku i na dodatek, że sprawi, iż zacznę się interesować jego krajem.
- Dziękuję za tę lekcję polskiego. - powiedziałam, gdy doszliśmy pod budynek Studia. - Pewnie nie zapamiętam z tego zbyt wiele, ale i tak dzięki.
- Nie ma sprawy. Przyjemność po mojej stronie.
- Co prawda, nie znam zbyt wielu języków, bo tylko hiszpański i angielski, ale jakbyś potrzebował kiedyś pomocy z jednym z nich to polecam się na przyszłość. - uśmiechnęłam się. - Albo jeśli w jakikolwiek inny sposób będę mogła ci pomóc, to mów.
- Dzięki, zapamiętam. - odparł.
- W ogóle nie zdążyłam jeszcze pochwalić twojego hiszpańskiego. Naprawdę dobrze mówisz. Matylda z resztą też.
- Staramy się jak możemy. Z resztą jest to bardzo ładny język i nie było większych problemów z jego nauką.
- A który język najgorzej ci wchodził?
- Pomijając polski, bo to właśnie w tym języku uczyłem się innych, to chyba niemiecki. Jest on nieprzyjemny dla ucha, a niektóre słówka naprawdę odstraszają.
- Tutaj się z tobą zgodzę. Nigdy nie zapomnę jak długo musiałam je wkuwać.
- Tak, niektóre słówka, szczególnie te długie, są okropne. Na przykład "Leidenschaft" nie równa się hiszpańskiemu tłumaczeniu, "pasión".
- A po polsku?
- "Pasja"
- No, przyzna ci rację. W tych językach brzmi to lepiej niż w niemieckim.
- Chyba w każdym brzmi to lepiej. Po angielsku "passion" rosyjsku "strast"...
- Znasz rosyjski? - zapytałam zdziwiona.
- Trochę się go uczyłem. - odparł zawstydzony.
- Znasz jeszcze jakiś język oprócz polskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, angielskiego i rosyjskiego?
- Włoski, ale tylko tak odrobinę.
- Wow. - zdziwiłam się. - Niezły z ciebie poliglota.
- Przestań, bo jeszcze się zarumienię. - uśmiechnął się.
Kontynuując naszą rozmowę weszliśmy do pokoju nauczycielskiego. Byliśmy tak pochłonięci rozmową na temat umiejętności językowych Lucasa, że nawet nie zauważyliśmy siedzącego tam Beto. Dopiero dzwonek przerwał naszą pogawędkę. Wzięliśmy dzienniki grupy, z którą mięliśmy teraz lekcję, pożegnaliśmy się i poszliśmy w stronę odpowiedniej sali. Muszę przyznać, że nasz niemiecko-polski gość był naprawdę interesującym człowiekiem. Był on zapisaną po brzegi książką, której każda następna strona wciągała coraz bardziej i bardziej, i coraz ciężej było przestawać ją czytać. Chciałam odkryć jego historię, bo wiedziałam, że jest naprawdę pasjonująca. Szkoda tylko, że miałam na to już niecały tydzień.

Cześć i czołem, kluski z rosołem! Witam wszystkich bardzo serdecznie! :)
Jak tam się macie po świętach? Ile przytyliście? Ja się przyznam, że nie wchodziłam na wagę i wolę tego nie robić :D
Jak dla mnie święta trwają zdecydowanie za krótko. Ledwo się zaczęły, a już się skończyły :/
Wiem, że rozdział jest tak naprawdę o niczym, ale mimo to chyba bardzo zły nie jest. Tak mi się wydaje ;)
Wydaje mi się, że zobaczymy się jeszcze przed Nowym Rokiem, ale nic nie obiecuję ^_^

Besos, kusse, kisses, buziaki, czy kto co tam woli! :*
bloggerka

czwartek, 24 grudnia 2015

Jednorazówka - Jest taki dzień...

"Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy,
dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory...
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
dzień, który już, każdy z nas zna od kołyski..."
- Nie rozumiem, o co ci chodzi? Przecież co roku spędzamy święta u Germana i jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało, a teraz raptem przeszkadza!?
- No, patrz! Jednak wszystko rozumiesz! - odpowiedział. - Nie możemy zostać w domu?
- Teraz jest już za późno! Wszyscy na nas czekają! Nie możemy sobie tak po prostu nie przyjść!
- To zadzwoń i oznajm im, że się nie pojawimy.
- Nie rozumiesz, że tak nie wypada? Po za tym, chcesz spędzić Wigilię tutaj? Bez dwunastu potraw, bez rodziny, prezentów?
- Przecież damy radę coś na szybko zorganizować.
- Chyba się nieco przeliczyłeś, bo nie jestem w stanie stworzyć czegoś z niczego. Sklepy są pozamykane, a u nas w lodówce pusto. - trzymałam się mocno mojego zdania. - A z resztą po co w ogóle ta kłótnia? Idziemy do Casttio i koniec kropka!
- W takim razie same sobie idźcie! Ja nie mam ochoty tam być i znowu sztucznie się uśmiechać i udawać, że się dobrze bawię! - krzyknął, a następnie wyszedł trzaskając drzwiami.
W naszym związku od jakiegoś czasu się nie układało. Nie było dnia bez kłótni. Nie chciałam tego, ale nie potrafiłam w rozmowie z nim powstrzymać swoich złych emocji. Nie potrafiliśmy porozmawiać normalnie. Każda rozmowa kończyła się krzykami i wytykaniem sobie błędów, a najgorsze jest to, że to wszystko musiała znosić nasza córka, która przez to bardzo cierpiała, ale nie działo się to z jej winy.
- Mamo... - usłyszałam.
Obróciłam się do tyłu. Na schodach stała Martina, która najprawdopodobniej była świadkiem naszej kolejnej sprzeczki.
- Idź się już przebierz. Zaraz wychodzimy. - powiedziałam przecierając łzy z policzków.
- A co z tatą?
- Tata... - zastanawiałam się przez chwilę, co mogę jej odpowiedzieć. - Nie idzie.
- Ale...
- Kochanie, idź się przygotuj. Za dziesięć minut na dole, dobrze? - uśmiechnęłam się do niej.
- Dobrze. - odpowiedziała i pobiegła do łazienki.
Ja rówinież ruszyłam w stronę toalety, lecz tej na dole. Zamknęłam się w niej. Podeszłam do lustra i zaczęłam malować rzęsy. Jednak po dwóch pociągnięciach z oczu zaczęły lecieć mi łzy. Nie potrafiłam ich zatrzymać. Usiadłam na podłodze, skuliłam się, schowałam głowę w kolanach i zaczęłam płakać. Starałam się robić to po cichu. Nie wiem, czy mi się to udało, ale chyba tak, skoro moja córka na to nie reagowała. Albo słyszała, ale wolała zostawić mnie samą. Tak też mogło być. Jednak nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- Mamo, jestem już gotowa. Za ile jedziemy?
- Już, za moment. - odpowiedziałam. - Mogłabyś zanieść prezenty do samochodu?
- Jasne. - odparła. - Tylko się pośpiesz, żebyśmy się nie spóźniły.
- Dobrze, dobrze... Zaraz wyjdę.
Wstałam energicznie z podłogi i przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam okropnie, a musiałam coś z tym szybko zrobić. Przemyłam twarz wodą i wszystko bez problemów zniknęło. Posmarowałam szybko usta czerwoną szminką, a rzęsy ponownie pomalowałam. Zrzuciłam z siebie bluzkę wraz ze spodniami i założyłam sukienkę, która była idealna na wigilijny obiad. Była ona obcisła, do połowy uda, w kolorze czerwonym. Spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że mocniejszy makijaż nie zaszkodzi. Bardziej podkreśliłam oczy i usta. Czułam się piękna, ale czegoś mi brakowało i doskonale wiedziałam czego. Brakowało mi słów mojego męża, które zawsze powtarzał mi przed wyjściem - "Najdroższa, wyglądasz przepięknie", następnie jego delikatnego pocałunku w usta. Westchnęłam ciężko. Poprawiłam jeszcze ręką włosy i wyszłam z łazienki. Sięgnęłam z szafy szpilki i zaczęłam je zakładać.
- Łał, mamo... Wyglądasz... - usłyszałam.
- Chyba spotykam się nie z tą Galindo co powinienem.*
-
Tom! - szepnęła mu na ucho moja córka.
Znalezione obrazy dla zapytania angie de violetta- Dziękuję. - podniosłam wzrok.
W drzwiach stała Martina w objęciach Toma. Razem wyglądali uroczo. Pasowali do siebie.
- Wy też wyglądacie całkiem, całkiem... - zaśmiałam się. - To co? Gotowi?
- Oczywiście. - rzuciła moja córka.
- Jak najbardziej. - odparł jej chłopak. - A co z Pablem?
W tamtym momencie zobaczyłam, jak nastolatka kopie swojego towarzysza w nogę. Widocznie nie poinformowała go jeszcze o tym, co się wydarzyło. Może to i lepiej? Przynajmniej mam pewność, że nie powiedziała mu tego, czego ja bym nie chciała, żeby wiedział.
- Ym... Taty nie będzie. - odpowiedziała za mnie. - Nie pytaj dlaczego.
Widziałam, że nieco się speszył i nie za bardzo wiedział co powiedzieć. Nie chciałam, żeby wpadł w zakłopotanie.
- Chodźcie już do samochodu. - zarządziłam. - Zaniosłaś wszystkie prezenty?
- Tak. Wszystko już jest w aucie. Możemy jechać.
- A jedzenie?
- Też tam jest. Jedźmy już.

Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi. Otworzył nam German, który powitał nas bardzo ciepło. Weszliśmy do środka, gdzie byli już wszyscy. Przywitaliśmy się. Martina wraz z Tomem położyli prezenty pod choinką, a dania, które przygotowałam zaniosłam do kuchni i zaczęłam je wykładać na talerze. Chwilę później pojawił się mój szwagier.
- Pomóc ci? - spytał.
- Mógłbyś przełożyć to do tej miski? - poprosiłam. - Tylko delikatnie.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Gdyby nie odgłosy sztućców obijających się o szklane naczynia i rozmowy z salonu byłoby zupełnie cicho. Jednak wiedziałam, że zaraz się to zmieni i nie pomyliłam się.
- Nie przyjdzie? - zapytał mąż mojej zmarłej siostry.
- Nie. - odparłam z uśmiechem tak, jakby mnie to w ogóle nie obchodziło.
- Pokłóciliście się znowu?
- Tak. - starałam się nie zmieniać wyrazu twarzy.
- Chcesz o tym pogadać?
- German... - zaczęłam. - Chciałabym, ale nie teraz. Nie chcę sobie i wam psuć wieczoru naszymi problemami. Obiecuję, że później się do ciebie zgłoszę, dobrze? - uśmiechnęłam się do niego, lecz tym razem szczerze.
- Trzymam cię za słowo. - odparł i zaczął nosić potrawy.
Kiedy wszystko co przyniosłam znalazło się na wigilijnym stole wszyscy zebraliśmy się w okół niego. Zaproponowałam, że może już zaczniemy, ale Casttio powiedział, że musi jeszcze coś załatwić. Poszedł na piętro, najprawdopodobniej do pokoju z rzeczami Marii. Pierwsze co pomyślałam, to że ukrywał tam prezenty i jednego z nich zapomniał zabrać. Stałam sztucznie uśmiechnięta pomiędzy innymi. Nie było pytań o mojego męża. Pewnie moja córka już im wszystko streściła, ale to i lepiej. Przynajmniej nie musiałam tego powtarzać po raz kolejny. Kiedy mój szwagier wrócił do salonu stwierdził, że koniecznie musi ze mną porozmawiać i poprosił, żebym poszła z nim do jego gabinetu. Niechętnie zgodziłam się, bo wiedziałam o czym chce gadać. Weszłam do środka i z wyrzutem na niego spojrzałam.
- O co ci chodzi? Przecież o coś cię prosiłam. - zaczęłam. - Mówiłam, że później.
- Dobrze, ale to nie o to chodzi.
- A o co?
- Bo jest taka sprawa, że... że...
- O co chodzi? Czy to coś poważnego? - spytałam, gdy zobaczyłam przerażenie w jego oczach.
- Nie. Znaczy, chyba nie.
- W takim razie co?
- No, bo... To taka trochę wstydliwa sprawa.
- Nie wstydź się. Wiesz doskonale, że mnie możesz powiedzieć wszystko. - złapałam go za ręce. - Chyba mi ufasz, prawda?
- Jasne oczywiście, że ci ufam. - przytaknął. - Chodzi o to, że... - nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pójdę otworzyć. - zaproponował German. - Zaczekaj tu na mnie.
W jego oczach widoczna była ulga. Czyżby to, co było za drzwiami miało w jakikolwiek możliwy sposób pomóc mu uporać się z tą "wstydliwą sprawą"? Zgodnie z prośbą mojego szwagra zostałam w jego gabinecie. Zaczęłam się rozglądać dookoła. Mimo, że byłam w tym pokoju już kilkaset razy, to za każdym razem coś się w nim zmieniało, na przykład, tego dnia na biurku stała mała choinka, a półki były obwieszone łańcuchami. Podeszłam do jednej z nich. Stała na niej masa fotografii. Na jednej z nich byłam ja razem z moim mężem, siostrzenicą i szwagrem. Zostało ono zrobione w Sewilli po występie dzieciaków. Pamiętam doskonale, że to był ostatni występ Violetty ze Studia, bo właśnie nim zakończyła naukę w naszej szkole. Przyglądałam się zdjęciu, gdy nagle usłyszałam, że do pomieszczenia ponownie wchodzi German. Ku mojemu zaskoczeniu, nie był sam. Zaraz za nim szedł Pablo.
- Co ty tutaj robisz? - spytałam.
- German mnie zaprosił, ale mówił, że ciebie nie będzie.
- Mnie by tu miało nie być? Prędzej ciebie by tu brakowało niż mnie.
Oboje obrzuciliśmy mojego szwagra spojrzeniami. Na jego twarzy widniał wielki uśmiech, który mógł nam zdradzić, że to wszystko było specjalnie zaplanowane i to na dodatek przez niego.
- Nikt w taki dzień nie powinien być samotny. Jeśli się nie mylę, Pablo od jakiegoś czasu jest członkiem naszej rodziny, więc ma prawo tutaj być. A teraz powinniście sobie coś wyjaśnić, więc zostawię was samych. - powiedział wychodząc z pomieszczenia.
- Ja nie mam ci nic do powiedzenia. - powiedział.
- Ja również. - odparł.
Podeszłam do drzwi. Już chciałam wyjść, gdy nacisnęłam na klamkę i okazało się, że są zamknięte. Dla pewności jeszcze kilka razy szarpnęłam za nią, lecz bez skutku.
- Drzwi są zamknięte. - powiedziałam.
- Jasne... zamknięte. - powtórzył. - Po prostu nie umiesz ich otworzyć. Po tylu latach mieszkania w tym domu jeszcze się tego nie nauczyłaś? - zapytał.
Podszedł do mnie i spróbował je otworzyć, aczkolwiek jemu również się to nie udało.
- I co? Też ci to nie wychodzi. - uśmiechnęłam się chamsko.
- Nie komentuj, dobrze? - zdenerwował się. - Po co ja tu przychodziłem? Powinienem wiedzieć, że ty zawsze będziesz trzymać się Germana i teraz też się tu pojawisz!
- Ja przynajmniej mam jakąś rodzinę, z którą mogę spędzać czas!
- Jeśli się nie mylę, to my nadal jesteśmy rodziną. - powiedział nieco spokojniej.
- Ale co mi po takim mężu, z którym cały czas się kłócę? Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy okazję normalnie porozmawiać, bez krzyków i wytykania sobie błędów.
- A myślisz, że ja pamiętam? Kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Byliśmy bliżej, nie kłóciliśmy się i darzyliśmy się miłością.
- Myślisz, że już cię nią nie darzę?
- Od kilku miesięcy mam takie wrażenie. Z resztą przyznam, że ja ostatnio też przestałem to pokazywać.
- Może czas to naprawić? - zaproponowałam.
- Może. - odpowiedział podchodząc do mnie bliżej, złapał mnie za rękę i położył ją na swojej klatce piersiowej. - Pamiętasz?
Zapadła cisza, abym mogła się wsłuchać w bicie jego serca. Biło ono głośno i dość wyraźnie. Spojrzałam mu w oczy. Po raz pierwszy, od bardzo dawna nie widziałam w nich złości i gniewu. Nasze usta zaczęły się do siebie zbliżać. Były coraz bliżej i bliżej, gdy nagle złączyły się w wspólnym pocałunku. Dopiero wtedy do mnie dotarło, jak bardzo mi tego brakowało. Jak bardzo potrzebowałam jego czułości i dotyku. Po prostu potrzebowałam go koło siebie. Gdy nasz nieco odsunęliśmy się od siebie uśmiechnęłam się.
- Zerknij w górę. - mruknął cicho.
Nad nami wisiała jemioła. Przypadek? A może wisiała tam celowo? Nie wiem, ale wiem, że naprawdę się przydała.
- Kocham cię. - powiedziałam.
- Ja ciebie też. - odpowiedział przytulając mnie do siebie mocno. - Wesołych świąt najdroższa. - pocałował mnie w głowę.
- Wesołych świąt. - odparłam.
Nagle drzwi od gabinetu Germana otworzyły się, a pojawił się w nich mój szwagier.
- Już wszyscy szczęśliwi? - uśmiechnął się. - W takim razie dołączcie do nas.
Zerknęłam na mojego męża i wyszliśmy z pomieszczenia trzymając się za ręce. W salonie zebrała się już cała rodzina, Violetta wraz z Diego i Facundo oraz Martina z Tomem.
- Dzień dobry wszystkim. - przywitał się Pablo. - Wesołych świąt.
- Skoro już się wszyscy zebrali, najwyższy czas zaczynać. - zarządził mój szwagier podnosząc ze stołu talerzyk.
German podszedł z nim do każdego. Wzięliśmy sobie z niego po kawałek świątecznego wafla i zaczęliśmy do siebie podchodzić. Pierwszą osobą, z którą zamieniłam kilka słów była moja siostrzenica.
- Czego ja ci mogę życzyć Vilu? Masz wszystko, czego tak naprawdę potrzebujesz. Kochającego męża, mądrego i dobrego syna oraz talent wraz z karierą. Pozostaje mi tylko życzyć ci zdrowia i szczęścia. Niech nigdy nie zabraknie uśmiechu na twojej twarzy, ani miłości w twoim sercu.
- Dziękuję Angie. - odpowiedziała. - A ja chciałabym, abyś już nigdy nie kłóciła się z Pablo, żebyś spędziła z nim resztę życia w szczęściu i zdrowiu. Bądź dalej taką, jaką jesteś, bo jesteś naprawdę cudowną osobą.
- Dziękuję. - odparłam.
Przełamałyśmy się opłatkiem i uściskałyśmy. Następną osobą był jej mąż, później Facundo, Tom, Martina, German, a na samym końcu Pablo. Chyba nie wypadło tak celowo. A może? Chciałam do niego podejść wcześniej, ale zawsze rozmawiał z kimś innym...
- Nareszcie. - uśmiechnął się. - Czego mógłbym ci życzyć? Mogę życzyć ci szczęścia, zdrowia, miłości, ale tego wszystkiego życzyli ci już inni. Chciałbym, żeby moje życzenia były wyjątkowe.
Z każdą chwilą, gdy go coraz to dłużej słuchałam do oczu napływało mi coraz więcej łez. Nie tylko dlatego, że to co mówił było przepiękne, ale również dlatego, że w końcu poczułam prawdziwą radość. Byliśmy w końcu razem, a miłość, która nas złączyła, nareszcie powróciła.
- Już płaczesz? Jeszcze nie zdążyłem powiedzieć tego, do czego tak właściwie zmierzam. - zaśmiał się.
- Nie musisz mi składać życzeń. Wystarczy mi to, że przy mnie jesteś.
Wtedy on przytulił mnie do siebie mocno tak, jak tego potrzebowałam. Rozpłakałam mu się w ramionach jak malutkie dziecko. Ukryłam twarz w jego koszuli i szlochałam w nią bez opamiętania.
- Już wszyscy złożyli sobie życzenia? W takim razie czas na kolędę! - byłam tak zapłakana, że nawet nie wiem, kto to powiedział.
Nagle rozległa się melodia "Noche de paz"**, którą mój szwagier grał na pianinie. Odsunęłam się nieco od mojego męża, przetarłam oczy i złapałam go za rękę. W taki sposób podeszliśmy do reszty i dołączyliśmy się do śpiewania. "Noche de paz, noche de amor, todo duerme en derredor... Sólo velan en la oscuridad, los pastores que en el campo están... Y la estrella de Belén, y la estrella de Belén..."***. Po skończonej piosence zaczęliśmy sobie być brawo. Usiedliśmy wszyscy do stołu i zaczęliśmy objadać się przepysznymi potrawami przygotowanymi przeze mnie, jak i przez Violettę. Resztę Wigilii spędziliśmy rozmawiając o wszystkim co nam przyszło na myśl i na cieszeniu się z prezentów. Mogę tamten dzień uznać za jeden z lepszych, gdyż wtedy odzyskałam moją miłość, której naprawdę potrzebowałam.

* - tekst pożyczony z filmu "Listy do M. 2"
** - hiszpański odpowiednik naszej "Cichej nocy".
*** - "Cicha noc, święta noc, wszystko wokół śpi... Tylko obserwuj w ciemności, pasterze w polu są... I gwiazda betlejemska, i gwiazda betlejemska..."

Na początku chciałabym zaznaczyć, że w Argentynie zwyczaje są nieco inne niż w Polsce, lecz ja nie za bardzo się w nich orientuję dlatego też, opisałam ich Wigilię tak, jak naszą polską.

Mam nadzieję, że taka świąteczna jednorazówka Wam się podobała :)
Nie jest ona perfekcyjna, ale myślę, że jakaś bardzo zła też nie jest.
Za wszelkie błędy przepraszam - wstawiam ją dosłownie 15 minut przed Wigilią, więc ;D

FELIZ NAVIDAD!
Chciałabym Wam wszystkich ciepłych, rodzinnych i przede wszystkim wesołych świąt, wielu prezentów pod choinką, szczęścia, zdrowa, dobrych ocen, prawdziwych przyjaciół i spełnienia wszystkich, wszystkich marzeń <3
Nie jestem zbyt dobra w składaniu życzeń, ale podobno liczy się gest :)

Wesołych świąt i do zobaczenia niebawem! :*
bloggerka

niedziela, 20 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 74 - Pablo jest ojcem Martiny, prawda?

Cześć!
Zapraszam na rozdział 74! <3
Odkąd Lucas wraz ze swoją córką pojawili się w Buenos Aires nie za wiele się zmieniło poza tym, że w naszym domu zamieszkało na jakiś czas dwoje cudownych, jak i utalentowanych ludzi, których wraz z moim mężem przygarnęłam tutaj z ogromną ochotą. Zamieszkiwali pokój gościnny w naszym domu, który znajdował się na parterze. Matylda razem ze swoim ojcem byli naprawdę dobrymi współlokatorami. Nie przeszkadzali, nie hałasowali i zostawiali po sobie porządek.
- Dzień dobry. - przywitałam się schodząc na śniadanie.
Znalezione obrazy dla zapytania matilda de violetta- Cześć. - odpowiedzieli razem goście.
- Jak się wam spało? Nie było wam za zimno? Dzisiejsza noc była chłodniejsza niż wczorajsza.
- Nie. Było naprawdę dobrze. - stwierdziła Matylda.
- Bo jak coś to mówcie. Damy wam koc, albo dwa. Mamy jeszcze w garażu piecyk elektryczny to przyniesiemy.
- Jak będziemy potrzebować to się odezwiemy. - zapewnił Lucas.
- To świetnie. - uśmiechnęłam się. - Wiecie może gdzie jest Pablo? - zapytałam.
- Z tego co kojarzę, poszedł do łazienki. - odrzekła córka nauczyciela tańca.
- Okej, dzięki. - rzuciłam i poszłam w stronę owego pomieszczenia.
Stanęłam przed drzwiami toalety i zapukałam do drzwi. Od razu usłyszałam wyraźne "zajęte".
- To ja, Angie. - powiedziałam, a wtedy on przekręcił zamek w drzwiach.
Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi. Mój mąż stał w samych bokserkach przed lustrem układając włosy na żel. Był tak tym zajęty, że nawet się nie obrócił, aby na mnie spojrzeć.
- Ty przygotowałeś śniadanie dla Szulców, czy sami się tym zajęli? - spytałam.
- Ja. Dlatego specjalnie wstałem wcześniej, żebyś ty dzisiaj mogła trochę dłużej pospać.
- Dziękuję. - odparłam. - Jesteś kochany. - podeszłam do niego i dałam mu buziaka w policzek.
- Przecież wiem. - uśmiechnął się uwodzicielsko.
Oparłam swoje dłonie na jego ramieniu, na którym oparłam również głowę. Patrzyłam na nas w lustrze. Przyglądałam się każdemu najmniejszemu detalowi. Pasowaliśmy do siebie. Dopełnialiśmy się nie tylko dzięki cechom charakteru, podobnym zachowaniom czy tymi samym pasjom, ale również wyglądem. Można by powiedzieć, że on był dla mnie partnerem idealnym. Pablo zakręcił pudełko z żelem i odłożył je na bok. Oparł się rękami na umywalce i również zerknął w lusterko.
- Wiesz kogo tutaj widzę? - zaczął. - Kobietę, która pomimo wielu problemów odnalazła szczęście pokazując przy tym jak bardzo jest silna.
- Słyszałam też, że nie potrafiłaby żyć bez swojego męża. - dodałam. - Za to ja widzę mężczyznę, który potrafi kochać, jak żaden inny na świecie i gdy postawi sobie jakiś cel nie spocznie, dopóki go nie zdobędzie.
- Serio? Podobno jest szaleńczo zakochany w swojej małżonce. - zaśmiałam się. - Myślisz, że to nieprawda?
- Nie. - odpowiedziałam. - Wręcz przeciwnie. Po prostu cieszę się ich szczęściem. - powiedziałam przekręcając głowę w stronę jego twarzy, a następnie zerkając mu w oczy. - Kocham cię. Bardzo cię kocham.
Mój mąż obrócił się w moją stronę i objął mnie w talii przyciągając do siebie. Jedną ręką ujął moją dłoń i przyłożył ją do swojej klatki piersiowej.
- Czujesz? - zapytał.
- Bicie twojego serca?
- Tak. Ono bije tylko dla ciebie. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciała sobie przypomnieć co do ciebie czuję wystarczy, że położysz swoją rękę dokładnie w tym miejscu i wsłuchasz się uważnie. Pamiętaj o tym. - poprosił. - Nadejdzie kiedyś taka chwila, że nie usłysz nic. Nie oznacza to, że przestaniesz dla mnie cokolwiek znaczyć. Po prostu będzie to znak, że nadal jestem przy tobie mimo, że mnie nie widzisz. Nadal czuwam i kocham.
- Myślałeś kiedyś o tym, że dla kogoś możesz być całym światem? - spytałam. - I że twój najmniejszy dotyk może być ogromnym ukojeniem?
- A ty? Zdawałaś sobie sprawę, że ktoś może utonąć w twoich oczach i zapomnieć o wszystkim topiąc się w twoich ustach?
Przymknęłam oczy. Byłam świadoma tego, że nasze wargi zbliżają się do siebie. Już miały się ze sobą połączyć, czułam jak jego klatka piersiowa z chwili na chwilę coraz szybciej się unosi i opada... Moje serce również z każdą sekundą coraz przyśpieszało, gdy nagle...
- Angie! Pablo! Spóźnimy się do Studia!
- Już idziemy! - odkrzyknął mój mąż.  - Dokończymy innym razem.  - mruknął i pocałował mnie energicznie, lecz krótko.
Odsunął się ode mnie i zaczął wciągać na nogi spodnie. Ja spojrzałam na drzwi jednocześnie z żalem i ze złością. Dlaczego? Dlaczego akurat w takim momencie? Zerknęłam w lustro, poprawiłam włosy i wyszłam z pomieszczenia. W przedpokoju stali już gotowi do wyjścia nasi goście razem z Martiną. Gdy zaczęłam zakładać buty, Pablo wyszedł z łazienki, wszedł do salonu po kromkę pieczywa z dżemem truskawkowym i dołączył do nas. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że przecież nic nie zjadłam, ale już było trochę późno, w związku z czym postanowiłam, że na najbliższej przerwie kupię sobie coś w Resto. Parę minut później byliśmy już w szkole. Dziewczyny dołączyły do swojej grupy, a ja wraz z moim mężem i Lucasem weszliśmy do pokoju nauczycielskiego.
- Z kim masz pierwsze zajęcia? - spytał Pablo nauczyciela tańca.
- Z grupą, w której jest Matylda, a co? - odpowiedział.
- Nic, tak po prostu się pytam.
- Tak w ogóle muszę stwierdzić, że masz cudowną córkę Angie. - powiedział Lucas. - Jest taka ładna, bystra i inteligentna. Cieszę się, że dogadała się z moją.
- Dziękuję. Oczywiście w dużej części to także zasługa Pabla. - zerknęłam na mojego ukochanego.
- Pomagał ci ją wychowywać? To dobrze. Przynajmniej miała jakiegoś mężczyznę przy swoim boku, kiedy rosła.
- Ym, tak. - przytaknęłam. - Jest naprawdę świetnym tatą.
- Chwila... - Lucas zastanowił się przez chwilę. - Martina to twoja córka? - zwrócił się z tym pytaniem do mojego męża.
- Tak. Dlaczego to cię tak dziwi?
- Jeszcze nigdy nie widziałem takiego trybu życia, jakie wy prowadzicie.
- To znaczy? Co w naszym życiu jest takiego zaskakującego? - zapytał Pablo.
Niestety nie doczekaliśmy się odpowiedzi. Przerwał nam dzwonek, a na dodatek do pokoju wparował rozkojarzony Beto standardowo szukając swojej kanapki. Nim się obejrzeliśmy Lucasa nie było już w pomieszczeniu. Stwierdziłam, że ja też powinnam już lecieć i wyszłam na lekcję.
Po zajęciach, zgodnie z moimi wcześniejszymi planami wybrałam się do Resto Bandu na jakieś śniadanie, gdyż byłam niezmiernie głodna. Zamówiłam sobie dwie kanapki oraz sok pomarańczowy i zajęłam miejsce przy jednym z wolnych stolików. Nagle do knajpki wszedł Lucas, który przyszedł tutaj z zamiarem wypicia kawy. Złożył zamówienie i dosiadł się do mnie.
- Jak minęły ci zajęcia? - spytałam biorąc pierwszego kęsa bułki. - Dałeś radę?
- Tak. Wasi uczniowie są naprawdę świetni. Cudownie się z nimi pracuje. - odpowiedział. - Mogę ci zadać osobiste pytanie?
- Jasne. - rzuciłam. - Co chcesz wiedzieć?
- Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale to czego się dzisiaj dowiedziałem sprawiło, że chciałbym to wiedzieć. - zaczął. - Pablo jest ojcem Martiny, prawda?
- Tak. - nadal nie rozumiem, co w tym było takiego dziwnego.
- Spałaś z nim?
- To chyba logiczne, że tak... - powiedziałam.
Spojrzał się na mnie dość dziwnym wzrokiem. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Zachowywał się tak, jakby nie wiedział, skąd biorą się dzieci. Nie rozumiałam również, dlaczego informacja o tym, że Martina jest jego córką go aż tak bardzo zaskoczyła.
- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Zaraz mam lekcje.
- Jasne, leć. - odparł.
- Luca! Luca! - wołałam brata Francesci, abym mogła zapłacić.
- Idź już, bo się spóźnisz. Ja zapłacę.
- Nie wygłupiaj się. Jesteś gościem, więc tak właściwie to ja powinnam płacić za ciebie. - uśmiechnęłam się. - Luca! - krzyknęłam jeszcze raz. - Może jednak zapłać, ale z moich, dobrze? - poprosiłam wręczając mu do ręki dwa banknoty. - Już był dzwonek.
- Tak, biegnij.
- Dzięki. - rzuciłam wybiegając przez drzwi.
Od tamtej chwili zmieniłam nieco zdanie o Lucasie. Rozmowa z nim w pewnym momencie zrobiła się dziwna. Wydawało mi się, że on nie wiedział o czymś, o czym powinien wiedzieć, ale jeszcze nie doszłam do tego, co to mogło być. W każdym razie chciałam się dowiedzieć, co jest na rzeczy nie koniecznie wciągając w to mojego męża. Niby nie miał nic do niego, ale wiedziałam, że zaraz może wydarzyć się coś, co mogłoby to zmienić.

Dzień dobry! Witam wszystkich serdecznie! :)
Mam nadzieję, że rozdział 74 Wam się podobał ;D
Może nie powinnam Wam zdradzać, ale w czwartek pojawi się coś na blogu, ale nie powiem Wam co to będzie :P.
Możecie być pewni, że to nie będzie next ^_^

Do zobaczenia za 4 dni! ;*
bloggerka

niedziela, 13 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 73 - Nowi członkowie Studia

Dzień dobry wszystkim!
Zapraszam na rozdział 73 :)
Cała szkoła zebrała się w sali koncertowej, w której zawsze odbywały się wszelkie zebrania, ale również, tak jak wskazywała na to nazwa, przeróżne występy. Uczniowie po kolei do niej wchodzili. Kiedy w końcu wszyscy znaleźli się w środku, Pablo zaczął wprowadzać dzieciaki w temat.
- Chciałbym wam przedstawić nową uczennicę z naszego Studia. Ma na imię Matylda i przyjechała do nas z Niemiec wraz ze swoim ojcem Lucasem. Pojawili się oni tutaj w ramach naszej zagranicznej wymiany. Jak dobrze wiecie, w tym roku do tamtejszego kraju wyjechał Gregorio, więc łatwo się domyślić, że Lucas będzie was uczył tańca. Powitajcie ich gorąco.
Po sali rozległ się odgłos oklasków.
- Dzień dobry. Nazywam się Lucas Szulc, a Matylda jest moją córką. Z góry chciałbym uprzedzić, że nas hiszpański nie jest najlepszy, więc jeśli mówimy coś źle, to śmiało proszę nas poprawiać. Cóż mógłbym jeszcze powiedzieć? Mam nadzieję, że nasza współpraca przez ten tydzień będzie owocna i, że będzie nam razem się świetnie pracować. - odrzekł zastępca naszego dotychczasowego nauczyciela tańca. - Matyldo, chcesz coś dodać?
- Chciałabym jeszcze podziękować Pablo, że dzięki niemu mogłam się znaleźć tutaj. Do tej pory moje marzenie o wyjeździe do Ameryki Łacińskiej było czymś niemożliwym. A dzięki współpracy Studia ze szkołą mojego taty stało się to realne. Jeszcze raz dziękuję. - powiedziała zerkając na mojego męża.
- Nie ma za co. Przyjemność po mojej stronie. - odpowiedział. - Skoro już wszyscy się wypowiedzieli i poznaliśmy nowych członów naszego Studia, którzy spędzą tutaj najbliższy tydzień, możemy wrócić na zajęcia. - podsumował. - Moja grupa, wróćcie już do klasy, a ja zaraz do was dołączę, tylko muszę jeszcze zaprowadzić Lucasa do sali tanecznej i pokazać mu, jak obsługuje się tam sprzęt. Angie! - zawołał mnie nim jeszcze zdążyłam opuścić pomieszczenie. - Ty masz lekcję teraz z grupą, do której teraz będzie należeć Matylda, prawda? - spytał, a ja przytaknęłam mu w odpowiedzi. - Pozwolisz jej się przedstawić, dobrze?
- Nie bój się, poradzę sobie. - zaśmiałam się. - A teraz leć już, bo Lucas na ciebie czeka.
- Do zobaczenia. - pożegnał się dając mi buziaka.
- Cześć.
Odnalazłam wzrokiem nową uczennicę naszej szkoły i podeszłam do niej. Stała tyłem do mnie i chyba rozglądała się po sali.
- Dzień dobry. - puknęłam ją delikatnie w plecy. - Nazywam się Angeles Saramego, ale mów mi Angie. Uczę tutaj śpiewu i mam przyjemność mieć z tobą pierwsze zajęcia. - przedstawiłam się krótko. - Chodź ze mną. Pokażę ci, gdzie odbywają się moje lekcje.
Dziewczyna wzięła swoją torebkę z krzesła i zaczęła za mną iść. Sala śpiewu znajdowała się dwie klasy od tej, w której się przed chwilą znajdowałyśmy. Kiedy otworzyłam drzwi zobaczyłam, że w środku czeka już na mnie cała grupa. Razem z Matyldą podeszłam do keyboardu, czyli do miejsca, z którego zawsze prowadziłam lekcje i nie za bardzo wiedziałam, jak mogę rozpocząć te zajęcia, ale mimo to, jakoś dałam sobie radę.
- Jak już słyszeliście, Matylda jest naszą nową uczennicą. Niestety, spędzi tutaj tylko tydzień, ale mimo to mam nadzieję, że ciepłą ją przyjmiecie do swojej grupy na ten czas. Matyldo - zwróciłam się do niej. - Przedstawisz się nam?
- Oczywiście. - odparła. - Jak już dobrze wiecie, nazywam się Matylda Szulc. Mieszkam w Niemczech, ale urodziłam się w Polsce.
- W Polsce? - zdziwił się Tom. - A potrafisz powiedzieć coś po polsku?
- Tak. Na co dzień, w domu z rodzicami porozumiewam się w tym języku.
- A powiesz coś? Na przykład: "Hola, me llamo Matylda, yo soy de Polonia y me encanta Argentina".
- Cześć, nazywam się Matylda, jestem z Polski i kocham Argentynę. - odpowiedziała z uśmiechem. - Co by tutaj jeszcze od siebie dodać? Nie mam rodzeństwa. Bardzo lubię i cenię sobie muzykę, ale taniec jest w moim życiu ważniejszy. Chciałabym zostać zawodową tancerką i mam nadzieję, że to marzenie się spełni tak, jak to o przyjeździe tutaj. Odkąd tylko pamiętam chciałam odwiedzić Amerykę Południową, ale według moich rodziców jak do tej pory było to niemożliwe. Dlatego jestem naprawdę wdzięczna waszemu dyrektorowi, że dzięki niemu mogłam się tutaj pojawić.
- Dziękujemy bardzo za to, że mieliśmy okazję lepiej cię poznać. Proszę, dołącz do grupy. Zaczynamy zajęcia.
Lekcja minęła bardzo szybko. Tom, jako miłośnik Polski, cały czas wypytywał Matyldę, jak coś powiedzieć po polsku, lub czy w kraju, w którym się urodziła jest podobnie jak w Argentynie. Można stwierdzić, że chłopak był nią zachwycony. Tamta godzina minęła naprawdę szybko i nim się obejrzałam nowa dziewczyna wychodziła z klasy otoczona przez kilka osób z naszej grupy, którzy mieli ochotę ją bliżej poznać. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do pokoju nauczycielskiego. Miałam teraz okienko, więc mogłam usiąść tam na spokojnie i sprawdzić kilka klasówek. Weszłam do środka. Okazało się, że był tam tylko nasz nowy nauczyciel tańca. Przywitałam się z nim i zaczęłam sobie parzyć kawę.
- Ty jesteś Angie, tak? - zapytał Lucas.
- Ja, ich unterrichte einen Gesang hier.
- Sprichst du Deutsch? - zapytał zdziwiony.
- Nie, ale uczyłam się go trochę w liceum. - uśmiechnęłam się. - Coś tam powiem, ale nie dużo. - odparłam. - Słyszałam, że potrafisz mówić jeszcze po polsku.
- Tak, to prawda. Skąd wiesz?
- Twoja córka się chwaliła. Pochodzisz z Polski?
- Tak. Mieszkałem tam dopóki Matylda nie skończyła dziesięciu lat. Później wyjechaliśmy do Niemiec i tam znalazłem pracę jako nauczyciel tańca w jednej ze szkół w Berlinie.
- A co z mamą Matyldy? Też jest Polką?
- Tak, mama Matyldy też była z Polski. Znaliśmy się od małego. Chodziliśmy razem do szkoły, ale zaiskrzyło pomiędzy nami dopiero po studiach.
- Powiedziałeś "była"...
- Umarła przy porodzie. - odpowiedział nim zdążyłam zadać pytanie.
- Przepraszam, nie wiedziałam.
- Spokojnie, przecież wiem. To było dawno temu. Przyzwyczaiłem się do tego, że jej już nie ma przy mnie. Właściwie, przy nas. Najbardziej żałuję tego, że Matylda nie zdążyła jej poznać.
W tamtym momencie zrobiło mi się żal Lucasa. Nie wyobrażam sobie jakby wyglądało życie mojej córki, gdyby nie poznała któregoś ze swoich rodziców, a Matyldzie się to przytrafiło. Nie wiem nawet, jak wyglądałoby moje życie bez Pabla. Nie twierdzę, że uczucia Szulca były nie trwałe wobec jego ukochanej. Zazdroszczę mu tej odwagi, bo nawet jeśli ja bym straciła męża to nawet po długim okresie czasu nie umiałabym o tym mówić. Zbyt dużo śmierci już przeżyłam.
Wiem, co czuł. Podeszłam do niego bliżej i go przytuliłam. Był nieco zdziwiony, ale po chwili odwzajemnił uścisk. Nagle drzwi od pomieszczenia otworzyły się. Stałam do nich tyłem więc, żeby zobaczyć kto wszedł musiałam puścić Lucasa i obrócić się. Też tak zrobiłam. Oczywiście, jak zawsze nie w porę, zjawić się Pablo. Wiedziałam, że długo będę się z tego tłumaczyć.
- Widzę, że już się poznaliście. - powiedział mój mąż.
- Tak. Wiedziałeś, że Lucas i Matylda są Polakami i tylko mieszkają w Niemczech?
- Naprawdę? Mówisz po polsku?
- Tak.
- Zazdroszczę. To jest bardzo trudny język.
- Niestety taka prawda. - odpowiedział. - Jakbyś potrzebował pomocy w tłumaczeniu na polski to już wiesz, do kogo warto się zgłosić. - uśmiechnął się.
- Zapamiętam. - rzucił Pablo. - Angie, mógłbym prosić cię do mojego gabinetu?
- Jasne. - powiedziałam. - Lucas, jakbyś chciał pogadać, to dzwoń. - sięgnęłam po kawałek kartki i długopis. - Tu jest mój numer. Możesz dzwonić o każdej porze. - podałam mu ją. - Coś o tym wiem, więc śmiało. Nie krępuj się.
- Dziękuję. - odparł.
Wyszłam z pokoju i szłam zaraz za swoim mężem. Wiedziałam, że za moment się zacznie. Będziemy się kłócić. Nie chciałam tego tym bardziej, że nie zrobiłam nic złego. Pablo nacisnął klamkę od drzwi i weszliśmy do środka. On zajął swoje miejsce za biurkiem, a ja nadal stałam przy drzwiach.
- Wiem. Wiem, jak to wyglądało, ale uwierz, że to nie było tak.
- Nie przytulałaś go?
- Przytulałam, ale miałam do tego konkretny powód. Powiedział, że zmarła mu żona. Nie czuł się z tym najlepiej. Chciałam go pocieszyć. Widziałam, że tego potrzebuje.
- Zmarła mu żona? Słyszałem, że ma żonę. Opowiadał mi o niej.
- Może ma. Źle powiedziałam. Matka Matyldy zmarła przy porodzie. Możliwe, że do tego czasu sobie kogoś znalazł.
- W każdym razie nie poprosiłem cię tutaj, abyśmy o nim rozmawiali. Znaczy, nie do końca.
- W takim razie, po co? - spytałam.
- Wyszło tak niefortunnie, że Beto miał ich u siebie przetrzymać przez ten tydzień, ale zachorowała mu mama i nie jest w stanie się tego podjąć. Pomyślałem więc, że może zrobimy to za niego.
- Jasne. Mamy miejsce, warunki, czas też się znajdzie. Martina na pewno się ucieszy.
- Dobrze, że się zgadzasz. - uśmiechnął się i wstał z krzesła. - Mam najukochańszą żonę na świecie. - powiedział podchodząc do mnie.
- A ja najlepszego męża. - rzuciłam, gdy mnie objął.
- Te amo... - mruknął i pocałował mnie.
Zmienił się. Kilka lat temu urządziłby mi taką scenę zazdrości, że wyszłabym stamtąd, albo cała zapłakana, albo rozwścieczona, jednak nie teraz. Widocznie zdążył się już przekonać, że tylko on jest dla mnie ważny i że zawsze tylko on będzie się dla mnie liczył.

I jak Wam się podobał? Myślicie, że Matylda z Lucasem namieszają, czy raczej po prostu sobie będą, a życie Studia będzie toczyło się tak, jak zawsze? :D
Czy tylko ja tak okropnie nie mogę się doczekać świąt? Tak bardzo chcę już choinkę, prezenty, dwanaście potraw, trochę wolnego od szkoły i całą rodzinę w domu <3

Do zobaczenia w przyszłym tygodniu! ;*
bloggerka

niedziela, 6 grudnia 2015

Sezon 3 - Rozdział 72 - Przecież w życiu nie dałbym cię skrzywdzić!

Dobry wieczór!
Zapraszam na rozdział 72.
- Angie, Pablo! - usłyszałam. - Jak miło was widzieć! Co tutaj robicie? - obróciłam się, a ku moim oczom ukazał się German.
Tamtego wieczoru wybieraliśmy się na romantyczną kolację, którą zaproponował mój mąż. Byliśmy właśnie w jednej z wielu restauracji znajdujących się w tym mieście, a Casttio musiał się znaleźć dokładnie w tej samej, co my. Przypadek?
- Przyszliśmy coś zjeść. - odpowiedziałam.
- W takim razie, może się do was dosiądę? - zaproponował. - Nie chce mi się gotować, a przecież muszę coś jeść. - zaśmiał się. - Gdzie siadamy?
- Wiesz Angie... - zaczął Pablo. - Nie mam portfela. Chyba zostawiłem go w domu. Będziemy musieli po niego wrócić. - powiedział łapiąc mnie za rękę.
- Przecież ja mogę zapłacić. - odrzekł mój szwagier. - Chodźcie. Tam jest wolny stolik.
Mąż mojej zmarłej siostry poszedł przodem, a my kawałek za nim. Ten wieczór miał się potoczyć zupełnie inaczej. Mieliśmy spędzić go sami, tylko we dwoje. Nie chciałam, żeby było inaczej.
- Co robimy? - mruknęłam Galindo na ucho.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział po cichu tak, żeby German tego nie usłyszał. - Może...
Nie zdążył dokończyć, gdyż mój szwagier zatrzymał się przy jednym ze stolików. Zdecydował, że to właśnie przy nim usiądziemy. Zajęliśmy miejsca. Ja razem z mężem siedziałam na przeciwko niego. Nie minęła długa chwila, a kelner przyniósł nam menu. Otworzyłam je i udawałam, że czytam. Tak naprawdę w myślach szukałam sposobu, jakiego moglibyśmy użyć, aby stąd szybko zniknąć i nie urazić przy tym nikogo.
- Co zamawiacie?
- Ja jakoś nie jestem głodny... - stwierdził Galindo.
- Mnie też apetyt przeszedł. - rzuciłam.
- No nie krępujcie się! Wiecie dobrze, że dla mnie to nie problem.
- German, to naprawdę krępująca dla nas sytuacja. Nie chcemy jeść na twój rachunek. Lepiej będzie, jak już pójdziemy.
- Pablo, przestań. Kiedy ja będę potrzebował pieniędzy od was, to wierzę, że wy mi wtedy pomożecie tak, jak ja pomagam wam.
- Ale my naprawdę nie potrzebujemy pomocy finansowej. Mamy pieniądze. Po prostu zapomnieliśmy ich wziąć z domu.
- Nigdzie nie idziecie. - zaprotestował. - Kelner! Poproszę trzy zestawy dnia. - krzyknął. - Co chcecie do picia? - zwrócił się do nas, ale nie uzyskał odpowiedzi. - I do tego trzy soki pomarańczowe.
Nie udawało nami się wyjść. Podejmowaliśmy tego próbę chyba z siedem razy, ale nie. Za żadnym nie zostaliśmy wypuszczeni. Nie chodziło o to, że nie chcieliśmy spędzać czasu z Germanem. No dobra, może trochę. Mieliśmy w planach spędzić ten wieczór tylko we dwoje, a tu nagle on stanął nam na drodze. Siedzieliśmy tam jak na szpilkach czekając na najbliższą okazję, aby dać nogę. Nastąpiła ona dopiero około dwie godziny później, kiedy Casttio dostał telefon, że za pół godziny ma spotkanie z Japończykami w drugim końcu miasta. Zapłacił za danie i wyszedł. Razem z moim mężem mieliśmy zamiar zamówić sobie jeszcze po deserze, ale stwierdziliśmy, że to chyba nie najlepszy pomysł, abyśmy tutaj zostali, bo może się zdarzyć, że mój szwagier tutaj powróci i nas tu zobaczy, a tego żeśmy nie chcieli. Ubraliśmy się i wyszliśmy z lokalu idąc przed siebie. Nagle w ogół nas można było poczuć zapach kawy. Rozejrzeliśmy się dookoła i ujrzeliśmy budkę z gorącymi napojami.
- Masz ochotę na coś ciepłego do picia? - zapytał.
- Hmm... - podeszłam do menu. - Gorąca czekolada. Z bitą śmietaną. I czekoladowymi rurkami.
Pablo zaśmiał się pod nosem i wyciągnął portfel z kieszeni. Podszedł do okienka złożył dwa zamówienia, odczekał chwilę i podszedł do mnie z dwoma kubkami. Podał mi mój. Przez rękawiczki poczułam jaki jest ciepły. Wzięłam łyka. To było przepyszne. Czekolada smakowała tak, jak za czasów, gdy byłam małą dziewczynką. Bita śmietana była taka delikatna i z łatwością rozpływała się w ustach. Od razu poczułam, jak zaczyna mi się robić cieplej. Na policzkach wymalowały mi się dwa czerwone rumieńce. Mój mąż ponownie się zaśmiał.
- Z czego się śmiejesz? - zapytałam się.
- Ubrudziłaś się. - odpowiedział.
- Gdzie? - spytałam.
- Tutaj. - wskazał palcem miejsce w okolicach moich ust.
- No gdzie? - powtórzyłam pytanie.
- Tutaj. - odparł i energicznie złączył swoje wargi z moimi.
Zaczął mnie całować. Z jego ust bił smak świeżo zmielonej kawy, a z jego twarzy przyjemne ciepło. Nagle zapomniałam o zimnie, które nas otaczało. Wręcz przeciwnie, zrobiło mi się ciepło, a nawet gorąco. Uśmiechnęłam się.
- Kocham cię. - mruknęłam.
- Ja ciebie też. - pocałował mnie jeszcze raz.
Złapaliśmy się za ręce i zaczęliśmy iść w stronę przystanku autobusowego. Na dworze panował już nastrój świąteczny. Na ulicach świeciły się lampki choinkowe, w oknach domów były gwiazdy, a z niektórych balkonów schodził pluszowy święty Mikołaj. Nagle ulicą przejechał autobus. Mój mąż mocniej chwycił moją dłoń i zaczął biec. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że ucieka nam bus. Próbowaliśmy dać z siebie tyle, ile to tylko możliwe, aby do niego wsiąść. Niestety, nie zdążyliśmy. Odjechał. A już tak niewiele brakowało.
- Sprawdź o której jest następny. - powiedziałam.
Pablo podszedł do rozkładu jazdy i przejechał po nim palcem.
- No i? - spytałam.
- Za dwie i pół godziny. - odparł.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do niego i zerknęłam na rozpiskę. Nie kłamał. Nie będę ukrywać, nieco mnie to zdziwiło, ponieważ w naszym mieście transport miejski odjeżdżał średnio co piętnaście, dwadzieścia minut. Maksymalnie pół godziny, nigdy więcej. Co prawda, było już późno, ale prawie trzy godziny do następnego autobusu? To trochę długo.
- Mówiłeś, że pilnujesz czasu. - zaczęłam.
- Bo pilnowałem. Odjechał trzy minuty za wcześnie.
- Trzy minuty? To ty nie wiesz, że na przystanku trzeba czekać co najmniej pięć minut wcześniej, bo nigdy nie wiesz, kiedy coś nadjedzie.
- Dobrze, pomyliłem się! Każdemu się zdarza! Przepraszam, że nie jestem idealny!
- Dwie i pół godziny! - krzyknęłam. - Dwie i pół! Chyba szybciej będzie jak pójdę na pieszo! - zaczęłam iść przed siebie.
- To idź! Powodzenia! Jest ciemno, zimno i niebezpiecznie!
- I tak będę tam przed tobą! Nie licz na to, że ci otworzę!
- Daj znać, ile po drodze zaczepiło cię obcych facetów! O ile, w ogóle wrócisz do domu!
Nie odpowiedziałam. Szłam dalej przed siebie starając się ignorować jego wszelkie uwagi. Minęła dłuższa chwila i usłyszałam jak Pablo mnie woła. Zaczął za mną biec, a ja zaczęłam przed nim uciekać. Chciałam mu pokazać, że dam radę i, że jest w ogromnym błędzie. Jednak on mnie dogonił.
- Angie! Angie, przepraszam, no! Tak mi się powiedziało!
Nie odpowiadałam nic. Zaczęłam dalej iść. Nie miałam zamiaru go słuchać. Chciałam być już w domu, zamknąć przed nim drzwi i położyć się spać w mojej ciepłej sypialni, pod miękką pościelą
- Przecież w życiu nie dałbym cię skrzywdzić! -  krzyknął.
Zatrzymałam się. On do mnie podszedł i spojrzał mi się prosto w oczy. Nie mogłam mu się oprzeć. Jego wzrok mówił więcej niż słowa. Po raz kolejny uległam mu. Nie potrafiłam się na niego długo gniewać. Przytuliłam się do niego mocno. Bardzo mocno. Pocałował mnie w czoło.
- Kiedy patrzę w twe oczy wiem, że kochałem cię przez tysiąc poprzednich żyć...* - mruknął mi na ucho, a następnie mnie objął. - Przepraszam. Wiem, że to co powiedziałem było chamskie, nawet bardzo. Nie myślałem o tym, co mówiłem. Najzwyczajniej w świecie chciałem ci zrobić na złość.
- Ja też chciałabym cię przeprosić. Miałeś rację. Każdemu zdarzy się popełnić błąd. Ja w przeciwieństwie do ciebie popełniłam ich już od groma, a ty mi wszystkie wybaczałeś. Tak po prostu. Dlatego ja nie mam prawa się na ciebie za to gniewać.
- Tak po prostu? Angie, wybaczałem ci, bo cię kocham i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy byli skłóceni. - Jesteś moim światem, z którym życie w wiecznej kłótni nie ma sensu.
Spojrzałam się na niego jeszcze raz. Tym razem widziałam w jego oczach miłość i szczęście. To zawsze sprawiało, że ja również odczuwałam radość. Wtuleni w siebie zaczęliśmy wracać w stronę przystanku. Tak, jego pomysł był lepszy i przede wszystkim bezpieczniejszy. A z resztą, to nie ważne. Nie ważne, gdzie byłam ważne, że byłam tam z nim, bo on sprawiał, że czułam bezgraniczne bezpieczeństwo.

* - fragment "Mil vidas atras".

Hej wszystkim!
Wiem, że to trochę późna pora, ale może komuś z Was umilę początek tygodnia nowym rozdziałem, w którym również Pangie zaczyna odczuwać święta? :D Pomarzyć można! ;)
Chciałam wstawić go wcześniej, ale możecie mi wierzyć, że nauka mną zawładnęła, serio. Skończył się już okres czterech testów dziennie, ale zaczął się czas referatów, które rzekomo mają wpłynąć na oceny semestralne. -.-
No, ale nie ważne! Najważniejsze, że zaraz święta, a co się z tym wiąże? Wolne! A podczas wolnego mam więcej czasu na pisanie i wstawianie rozdziałów! Kto się cieszy?! ^_^

Do zobaczenia niebawem! :*
bloggerka