wtorek, 22 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 91 - Wiem, że tylko on może dać jej to szczęście

Znowu rozdział w tygodniu :o
Coś nieprawdopodobnego, a jednak ;D
Miłego czytania! :)
- Spokojnie. - powiedziałam do Toma. - Usiądź i opowiedz nam wszystko dokładnie. - poprosiłam wskazując mu kanapę.
Chłopak zajął wskazane przeze mnie miejsce, a ja usiadłam zaraz koło niego. Mój mąż zajął fotel, który stał obok sofy, natomiast German zniknął w kuchni. Pojawił się kilka chwil później ze szklanką wody dla nastolatka. Wręczył mu ją i powiedział, że nie będzie nam przeszkadzał po czym poszedł do swojego gabinetu.
- Więc, mów. - rzucił Pablo.
- Mój tata od kilku lat starał się o pracę w firmie, której siedziba znajduje się w Santa Cruz. Do tej pory mu się to nie udawało. Aż do teraz. Dwa dni temu otrzymał maila, w którym znajdowała się informacja, że dostał tę pracę. Razem z mamą nie chcieli mi nic mówić dopóki nie dowiedzieliby się wszystkich szczegółów. No i jakąś godzinę temu zdecydowali się mnie o tym poinformować. Musiałem z kimś o tym pogadać... Pobiegłem do was do domu, ale tam was nie było. Byłem jeszcze w Studio, ale tam też was nie zastałem. Więc przybiegłem tutaj. I wiem, że w szczególności ty Pablo, nie macie ochoty nawet na mnie patrzeć, bo skrzywdziłem Martinę. Ale uwierz, że mi jest z tym źle, tak samo, a nawet gorzej jak wam. Ja wiem, że po czymś takim na nią nie zasługuję, ale to nie znaczy, że nie powinienem jej przeprosić. I nie chcę stąd wyjeżdżać dopóki tego nie zrobię.
Nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć. Chciałam mu pomóc, ale nie wiedziałam jak mogę to zrobić. Nie mogłam przecież powstrzymać jego rodziców przed wyjazdem.
- Wydaje mi się... - zaczął mój mąż. - Że mógłbyś na jakiś czas zamieszkać z nami. Przynajmniej do czasu aż wszystko sobie wyjaśnicie. - zaproponował. - Co ty o tym sądzisz Angie?
- Tak. To dobry pomysł. - odpowiedziałam. - Porozmawiamy o tym z twoimi rodzicami i jeśli się zgodzą to cię przygarniemy.
- Naprawdę? - zdziwił się nastolatek. - Zrobilibyście to?
- Jasne. - przytaknęłam.
- Dziękuję! - powiedział przytulając się do mnie.
- No już dobrze. Powinieneś raczej podziękować Pablowi. To on to wymyślił. - stwierdziłam.
- Dziękuję. - powtórzył, lecz tym razem patrzył w stronę Galindo.
Nic nie odpowiedział. Siedział w milczeniu jeszcze chwilę, a później wstał i poszedł na górę.
- Nie przejmuj się tym. Pablo niedawno wyzdrowiał, więc...
- Nienawidzi mnie. - odrzekł.
- Nie prawda. Po prostu jest zmęczony. Dzisiaj po raz pierwszy widział Martinę, więc nie ma zbyt dobrego humoru, ale na prawdę nie bierz tego do siebie. Nie warto.
- Wiem, że za mną nie przepada. Z resztą nie dziwię mu się. Skrzywdziłem jego córkę. Zachowałem się jak typowy frajer. - mówił. - Dlatego byłem nieco zdziwiony, że zaproponował mi mieszkanie z wami.
- Nie przejmuj się. Gdy zobaczy, że się przejąłeś wybaczy ci i ponownie cię polubi. - zapewniałam go. - Powiedz mi tylko, co będzie jeśli Martina przejmie twoje przeprosiny? Wrócicie do siebie?
- Nie. Raczej nie. - odpowiedział. - Związki na odległość nie mają szansy przetrwać.
Powiedział to złej osobie i to w bardzo nieodpowiednim czasie.
- Mogą, jeśli kogoś bardzo się kocha. - rzuciłam.
- Nie w naszym przypadku. Wiem, że ona nie miałaby już do mnie zbyt dużego zaufania.
Ponownie nie wiedziałam co mogę powiedzieć, aby go nie urazić. Bardzo go lubiłam i od samego początku uważałam, że on i moja córka do siebie pasują, a to, że im nie wyszło to zwykły przypadek. Ja również będąc młodszą wiele razy raniłam ukochaną osobę. Na całe szczęście z wiekiem mi to przeszło. Teraz wydawało mi się to okropne. Zdradzać swoją druga połówkę, ale wtedy nie uważałam tego za jakieś świństwo tylko za rzecz całkowicie naturalną, która mogła zdarzyć się każdemu. Może wynikało to z mojego niezbyt dużego doświadczenia w temacie miłości?
- Chyba będzie lepiej jeśli już pójdę. - powiedział po chwili Tom. - Jeszcze raz ogromnie wam dziękuję.
- Nie ma za co. - uśmiechnęłam się do niego. - Jutro po ciebie wpadniemy. Porozmawiamy z twoimi rodzicami i zabierzemy cię razem z bagażami do nas.
- Dzięki. - rzucił wstając z kanapy. - Do zobaczenia.
- Cześć. - odpowiedziałam nim zniknął za drzwiami.
Po tym, gdy chłopak wyszedł z domu weszłam na górę po schodach w celu odnalezieniu Pablita. Tak, jak się spodziewałam, był on w naszej sypialni.
- Co robisz? - zapytałam.
- Pakuję nas. - odpowiedział. - Jeszcze dzisiaj musimy wrócić do domu.
- Mogę zapytać cię po co to robisz?
- Co? Po co nas pakuję? - spytał. - Po to, żebyśmy mogli zabrać stąd nasze wszystkie rzeczy.
- Nie to. Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
- No raczej nie za bardzo. - rzucił.
- Po co zaproponowałeś Tomowi, że go przygarniemy skoro tak naprawdę go nie lubisz? Po co robisz sobie pod górkę?
Pablo wrzucił nerwowo piżamę do torby i podszedł bardzo blisko mnie. Oczy mu całe błyszczały. Wyglądał na przybitego, ale jednocześnie zdenerwowanego.
- Bo kocham moją córkę i chcę, żeby była szczęśliwa, a wiem, że tylko on może dać jej to szczęście. I nawet jeśli muszę go znosić i udawać, że jest mi obojętny wiem, że będzie to warte swojej ceny. - powiedział.
- Nie wierzę. - mruknęłam.
- W co? - warknął zdenerwowany.
- W to, że Martina ma tak wielkie szczęście. Ma chłopaka, który chce o nią walczyć, przyjaciółkę, która odwiedza ją codziennie, kilkanaście znajomych wypytujących się o jej zdrowie, mamę, która nie może patrzeć na jej cierpienie oraz ojca, który jest w stanie znieść wszystko, aby zobaczyć jej uśmiech chociaż przez chwilę. - odparłam. - Ja nawet w połowie nie miałam tak dobrze. To Maria zawsze była oczkiem w głowie taty. Mamy zresztą też, ale ona się do tego nie przyznawała. Mimo to, bardzo się kochałyśmy. Była moją jedyną przyjaciółką, ale szybko odeszła, a zaraz po niej mój tata, German i Violetta. Zostałam sama z matką, która nie mogła się pozbierać i to ja musiałam się o nią troszczyć bardziej niż ona o mnie.
- Zawsze byłem przy tobie, lecz ty tego nie widziałaś. - stwierdził podchodząc bliżej. - Albo nie chciałaś tego widzieć.
- Wiem i bardzo ci za to dziękuję. - odparłam. - Cieszę się, że udało nam się uchronić naszą córkę przed życiem takim jak nasze. Ty też nie miałeś łatwo. Dobrze, że ona nie musi przezywać tego, co my w jej wieku.
- Mieliśmy siebie i to nam dawało siłę. Nawet jeśli do końca o tym nie wiedzieliśmy. - odrzekł. - Dlatego chcę pomóc jej chłopakowi. Jak ja wyjadę ktoś będzie musiał o nią dbać, a on jest do tego idealny.
- Przecież on później wyjedzie do rodziców... - zauważyłam.
- Ale zawsze będzie czuła się lepiej, jeśli będzie wiedziała, że ma oparcie jeszcze w nim. - powiedział.
- Mówiłam ci kiedyś, że jesteś najlepszym tatą, jakiego kiedykolwiek widziałam? - uśmiechnęłam się. - Kocham cię.
- Ja ciebie też najdroższa. - wyszeptał mi do ucha przez co po całym ciele przeszły mnie dreszcze. - To dzięki tobie jestem teraz tym, kim jestem.
Spojrzałam na niego nieśmiało. Jego kąciki ust były lekko uniesione, lecz nie zdążyłam zauważyć nic więcej, gdyż chwilę potem złączyliśmy się we wspólnym pocałunku. Z początku był on bardzo delikatny, lecz później zaczął przekształcać się w coś bardziej namiętnego. Nim się obejrzałam pod plecami poczułam ścianę, a jego dłonie błądziły pod moją koszulką.
- Tak dawno nie byliśmy tak blisko... - mruknął.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi. Pablo złapał mnie za uda i podniósł. Położył mnie na łóżku nie przestając całować. Ujęłam jego twarz w swoje dłonie i odwzajemniałam pocałunki. Jego dotyk sprawiał, że czułam się inaczej. Nie ważne jaki, nawet ten najmniejszy powodował, że zaczynałam odczuwać na całym ciele ciepło.
- Tak strasznie cię kocham... - szeptał. - Jesteś dla mnie wszystkim...
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni. Ja usiadłam na łóżku, a mój mąż stanął obok torby udając, że w niej grzebie. Sekundę później do pokoju wszedł German.
- I jak z Tomem? Wyjaśniliście wszystko? - zapytał zamykając za sobą drzwi.
- Tak. - odpowiedziałam poprawiając włosy. - Chłopak zostanie w Buenos Aires dopóki nie pogodzi się z Martiną.
- To dobrze. - odparł. - Dlaczego się pakujecie? - zdziwił się.
- Bo Tom zamieszka z nami w naszym domu. Bardzo ci dziękuję, że mnie przygarnąłeś, kiedy potrzebowałam mieć kogoś przy sobie. Ogromnie mi pomogłeś. - powiedziałam. - Ale czas wracać do domu. W końcu wszystko zaczyna się układać.
- Jasne, rozumiem. - rzucił. - Ale może dokończymy kolację razem? Nie zjem tego wszystkiego sam.
Spojrzałam na Galindo, który wzruszył ramionami, co oznaczało, że to ja mam podjąć tę decyzję. Powiedziałam, że zaraz zejdziemy, tylko rozejrzymy się jeszcze po pokoju czy wszystko zostało spakowane.
- Wiesz co ci powiem? - zaczęłam, kiedy Casttio wyszedł z pomieszczenia. - Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że miłość może być tak wielka, naprawdę. To niebywałe, jak bardzo zależy mi na tym, żebyś był szczęśliwy.
- Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest, że na świecie, na którym żyje kilkanaście miliardów ludzi znajdujemy tą jedyną osobę, z którą chcemy spędzić resztę życia. - powiedział przykładając swoją dłoń do mojej. - I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ta osoba idealnie do nas pasuje. Pod każdym względem. Nie wiem... - przerwał na chwilę. - Nie wiem, co byłoby teraz ze mną gdybyś jednak zdecydowała się wyjść za Germana.
- Nie wiesz? W takim razie ja ci powiem. - odparłam. - Przez jakiś czas nie mielibyśmy ze sobą kontaktu, ale po kilku, kilkudziesięciu miesiącach przestałabym się okłamywać i starałabym się naprawić naszą relację co skończyłoby się rozwodem z moim szwagrem.
- Tak mówisz? - spytał przyciągając mnie do siebie.
Spojrzałam się na niego z uśmiechem. Położyłam mu rękę na piersi, aby poczuć bicie jego serca. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiałam to robić. Myśl, że bije ono tylko dla mnie była cudowna.
- Mogę ci zadać pytanie?
- Jak najbardziej. - odpowiedziałam.
- Lubisz jak mówię do ciebie najdroższa?
- Zgadnij. - rzuciłam.
- Wydaje mi się, że tak.
- Masz rację. - przytaknęłam.
- Dlaczego to lubisz? - dopytywał.
- Tak po prostu. - nie za bardzo wiedziałam, co mogę mu odpowiedzieć.
- Tak po prostu? - powtórzył.
- Tak. Gdy w ten sposób do mnie mówisz mam wrażenie, że uważasz mnie za coś najdrogocenniejszego.
- Bo tak jest. - rzucił. - Bez ciebie nie miałem niczego. Byłem kompletnie sam. Teraz jestem z tobą i mam wszystko, a przynajmniej to, co najważniejsze. Rodzinę.
- Ooo... - mruknęłam. - Czy kiedykolwiek mówiłam ci, jak bardzo cię kocham?
- Jakieś trzydzieści miliardów sto dwadzieścia siedem tysięcy trzysta dwadzieścia cztery razy, ale lubię to słyszeć z twoich ust.
- Kocham cię. - powtórzyłam z uniesionymi kącikami. - Chodźmy na dół. Kolacja na nas czeka. - odparłam.
- Oczywiście.
Na parterze czekał na nas mój szwagier z przygotowanym posiłkiem, którego nie zdążyliśmy wcześniej zjeść przez pojawienie się Toma. Zajęliśmy swoje miejsca i ponownie zaczęliśmy jeść.
- Jesteście pewni, że już chcecie się wyprowadzać? Bo doskonale wiecie, że dla mnie to przyjemność, że mogę wam użyczyć trochę swojego domu.
- Tak. Dziękujemy ci bardzo za to, że nas przygarnąłeś. Po za tym, musimy pomóc Tomowi.
- Przecież chłopak też tutaj może zamieszkać. Dostanie własny pokój...
- Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł. - wtrącił się Pablo. - Będzie się czuł bardziej komfortowo w naszym domu. Zarówno on jak i my.
- Jak uważacie... - rzucił mój szwagier. - Ale pamiętajcie, że na mnie możecie zawsze liczyć.
- Dzięki. - odparłam. - Ty na nas również. - uśmiechnęłam się.
Po zjedzonym posiłku udaliśmy się ponownie do naszej sypialni po rzeczy. Kiedy zeszliśmy z nimi na dół mój szwagier zaproponował, że odwiezie nas do domu. Nie mieliśmy nic przeciwko. Parę chwil później siedzieliśmy w jego samochodzie.
- Może mogę wam jeszcze w czymś pomóc? - zapytał. - Na przykład zrobię wam zakupy, albo coś takiego?
- Nie, dzięki. Damy sobie radę. Jesteśmy dorośli. - mruknęłam śmiejąc się. - Po za tym i tak wystarczająco nam już pomogłeś.
Kiedy znaleźliśmy się już w domu niezmiernie się ucieszyłam. U Germana było mi dobrze. Wszystko miałam pod ręką i nie musiałam się o nic martwić, ale jednak mój dom, to był mój dom i to w nim czułam się najlepiej.
- Cieszę się, że w końcu tutaj wróciliśmy. - powiedziałam kładąc się w salonie na kanapie. - Tylko brakuje mi jednego.
- Tak? - spytał zdziwiony Galindo. - Czego?
- Martiny. Mam nadzieję, że szybko się to zmieni.
- Ja również. - odparł. - Może chociaż obecność Toma w jakimś stopniu to naprawi. - rzucił. - A właśnie. Jak się z nim umówiłaś?
- Przyjedziemy po niego jutro po południu i porozmawiamy z jego rodzicami. Jeśli się zgodzą zabierzemy go jeszcze wtedy do nas. Powiedział, że będzie czekał spakowany.
- A co jeśli się nie zgodzą?
- Muszą się zgodzić. Nie ma innego wyjścia. - odparłam stanowczo.
- Tak samo jak z naszą córką. Musi kiedyś wyzdrowieć.
- Nie ma innego wyjścia. - dokończyłam za niego unosząc kąciki ust.
- To co teraz powiem, może być dziwne, ale muszę to powiedzieć. - zaczął. - Mamy naprawdę wiele szczęścia. Martina przeżyła tak ciężką operację, ja wróciłem, German nas wspiera...
- Wiesz co mnie zastanawia? - zapytałam. - Co z twoim wyjazdem do Hiszpanii. Wiem, że nie ruszysz się stąd bez pewności, że z naszą córką już wszystko w porządku, ale...
Przerwał mi pocałunkiem. Byłam lekko zaskoczona, ale mimo to nie protestowałam.
- Ej, a to? Co to było? - spytałam udając obrażoną. - Nie wiesz, że nie ładnie tak komuś przerywać w środku zdania?
- Wiem, przepraszam. - odparł. - Po prostu nie chcę, żebyś się martwiła o coś, do czego jeszcze jest trochę czasu. Gdybym się zamartwiał tak każdą rzeczą jak ty, to zapewne bym zwariował.
- Od czegoś tutaj w końcu jestem, tak? - zaśmiałam się. - Jestem po to, żeby się martwić.
- Nie, Angie. - zaprzeczył stanowczo. - Jesteś tutaj, żebym mógł cię uszczęśliwiać oraz po to, żeby uszczęśliwiać mnie.

Cześć! Rozdział się podobał? Myślicie, że pomysł Pabla był dobry? Jak będzie wyglądało mieszkanie Toma z rodziną Galindo? Tego dowiecie się już niedługo! ;)
Jak Wam idą przygotowania do Wielkanocy? Jeszcze tylko jutro i wolne! ^_^

Do następnego! :*
bloggerka

niedziela, 20 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 90 - Tak naprawdę mogłoby nas nigdy nie być

Cześć! :)
Rozdział 90.
Doszliśmy do szpitala kilka minut później. Gdy znaleźliśmy się w budynku od razu skierowaliśmy się w stronę sali, na której leżała nasza córka. Jak to dobrze, że nie musiałam tam już wchodzić sama. W końcu był przy mnie ktoś, kto nigdy nie chciałby, abym była smutna i starał się sprawiać, że uśmiech ciągle gości na mojej twarzy.
- Drugie piętro, dobrze pamiętam? - zapytał mój mąż.
- Tak. - odparłam.
Kiedy byliśmy już blisko miałam dziwne wrażenie, że nie zobaczę Martiny tam, gdzie ostatnio. Coś podpowiadało mi, że została przeniesiona. Niestety, albo stety, pomyliłam się. Wchodząc do pokoju zobaczyłam, że leży na swoim miejscu. Nie była podpięta do tak wielu sprzętów, jak ostatnio. Dawało mi to nadzieję, że jest z nią coraz lepiej i może niebawem się obudzi. Tak bardzo nie mogłam się tego doczekać.
- Mój Boże... - usłyszałam jak Pablo prawie niesłyszalnie wyszeptał.
Usiadłam na krześle, które stało przy łóżku, a Galindo przystawił sobie drugie, czyli to które stało przy oknie. Postawił je zaraz obok mojego. Siedzieliśmy wpatrzeni w naszą córkę. Leżała nieruchomo z zamkniętymi oczami. Głośno westchnęłam ujmując jej dłoń w moją.
- Myślisz, że ona zdaje sobie sprawę z tego, że my tutaj jesteśmy? - spytałam.
- Wydaje mi się, że tak. Skoro ludzie w śpiączce rzekomo słyszą to, co się do nich mówi, to niewykluczone.
- W takim razie chyba powinniśmy z nią rozmawiać. - rzuciłam.
- Tylko o czym? - odparł. - Jak zawsze mamy masę tematów i jest o czym pogadać, tak teraz nic mi nie przychodzi do głowy.
Nagle usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi. Do sali wszedł Leo razem z jakąś pielęgniarką.
- O, dzień dobry. - powitał nas z uśmiechem. - Czy on...?
- Tak. - odrzekłam.
- W takim razie hej Pablito. - wstaliśmy z krzeseł, a mój mąż podszedł do niego i podali sobie ręce. - Witaj z powrotem.
- Cześć. - rzucił w odpowiedzi mój mąż.
- Jak Martina? - zapytałam. - Gorzej, lepiej, bez zmian?
- Ustabilizowała się po operacji, a po za tym nic się nie zmieniło.
- Czy oprócz obrażeń wewnętrznych ma jakieś rany na ciele? Zostaną jej jakieś blizny, zadrapania?
- Nie wiele. Miała rozcięty policzek, ale to się zagoi. Oprócz tego ma kilka siniaków, ale one z czasem znikną. To naprawdę niebywałe. Martina jest naprawdę wyjątkową pacjentką. Przeżyła tak ciężką operację, ucierpiała tylko wewnętrznie co udało nam się już naprawić. Można powiedzieć, że to jest szczęście w nieszczęściu. - powiedział. - Pablo, mógłbym cię poprosić na chwilę do lekarskiego? Chciałbym z tobą pogadać na temat tego wypadku.
- Nie sądzę, że to jest najlepszy pomysł. - wtrąciłam się. - On nie jest jeszcze...
- Nie martw się najdroższa. - odparł zerkając na mnie. - Jakoś sobie poradzę. Zaczekaj tutaj. Niedługo powinienem wrócić.
- Dobrze. - przytaknęłam siadając z powrotem na krześle.
Mężczyźni wraz z pielęgniarką wyszli z sali zostawiając mnie samą z córką. Przez chwilę patrzyłam na jej twarz ze smutkiem. Wiem, że powinnam się cieszyć, że jest już o wiele lepiej niż przed operacją, ale wiedziałam, że miną miesiące zanim wszystko wróci do normy. Na dodatek mój mąż niedługo miał wyjechać. Miałam nadzieję, że przynajmniej do tego czasu nastolatka się obudzi, żeby mogli się pożegnać.
- Kochanie pamiętasz, jak kiedyś byliście z tatą na spacerze w parku? Przewróciłaś się i zdarłaś sobie kolano. Bardzo cię bolało, ale starałaś się nie płakać, żeby pokazać jak bardzo jesteś silna. - zaczęłam  mówić. - Albo jak pierwszy raz
wsiadłaś na rower i przewróciłaś się wiele razy. Za każdym razem bardzo cię bolało, ale mimo to nie poddałaś się i w końcu się tego nauczyłaś. Wiem, że teraz pewnie ból jest kilkakrotnie większy, ale pamiętaj, że nie musisz tego ukrywać. Tylko proszę wróć. Nie zostawiaj nas samych. Bardzo cię z tatą potrzebujemy, naprawdę. Chyba nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić tego, że jesteś dla nas wszystkim.
Przerwał mi dzwonek telefonu. Dostałam SMSa od mojego szwagra, który ewidentnie już wstał i zdziwił się nie mogąc nas nigdzie znaleźć.
German: Gdzie jesteś?
Angie: W szpitalu u Martiny.
German: Zabrałaś ze sobą Pabla?
Angie: Tak.
German: Jadę do was.
Nie odpisałam mu już nic, bo dobrze wiedziałam, że i tak zrobi to, co będzie uważał za słuszne. Stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli powiem mu o tym, że Galindo wyzdrowiał, kiedy się tutaj pojawi, niż przez telefon. Włożyłam komórkę do kieszeni i ponownie chwyciłam dłoń mojej córki. Siedziałam w ciszy dopóki w sali nie pojawił się mój mąż.
- Mój szwagier tutaj zaraz będzie. - powiedziałam.
- Dzwonił? - spytał siadając obok.
- Nie, ale pisał. Chyba był nieco zaskoczony, że nie było nas w domu.
- Też bym był. - zaśmiał się. - Leo powiedział, że bardzo ważne jest mówienie do niej. Ona to wszystko słyszy.
- W takim razie dobrze, że przypomniałam jej o tym, jak byliście w parku, a ona zdarła kolana. Pamiętasz to?
- Doskonale. Nigdy chyba nie byłem tak bardzo zdziwiony. Spodziewałem się płaczu, ale z jej policzka nie spłynęła ani jedna łza. - westchnął. - Ona zawsze była radosna. Rzadko kiedy tak naprawdę płakała.
- Była cudownym dzieckiem. - stwierdziłam. - Jeśli mam być szczera, okropnie się bałam, że nie uda nam się jej wychować. Nie sądziłam, że będziemy dobrymi rodzicami, na dodatek z przypadku, ale jednak.
- Wyobraź sobie, co by było, gdyby nie ona. Tak naprawdę mogłoby nas nigdy nie być.
- Pewnie zdążylibyśmy się rozejść i z powrotem do siebie wrócić z kilkanaście razy, przez co długo bylibyśmy nieszczęśliwi. - rzuciłam. - Po za tym, chyba nigdy nie zostałabym mamą.
- A ja tatą. - dodał biorąc głęboki wdech. - Nie może nas teraz zostawić...
Nie powiedziałam nic. Nie wiedziałam, co będzie stosowne dla tego momentu. Wolałam posiedzieć chwilę w ciszy. Jednak nie trwało to długo, gdyż po chwili do pomieszczenia wszedł Casttio. Chyba tutaj biegł, bo był cały zdyszany.
- Nie masz pojęcia jak się przestraszyłem. Bałem się, że Pablo coś ci zrobił. - powiedział.
- Słucham? - zaśmiałam się. - Pablo? Że niby on mógłby mi coś zrobić?
- Nie żebym go obrażał, ale kto wie do czego on byłby zdolny w takim stanie.
- Właśnie, powinnam ci coś powiedzieć... - zaczęłam.
- Cześć German. - Galindo odwrócił się w jego stronę i pomachał mi ręką. - Świetnie, że sądzisz, że byłbym w stanie skrzywdzić swoją ukochaną.
Mój szwagier stał przez chwilę bez ruchu. Nie dziwiłam mu się, w końcu osoba, z którą nie było kontaktu nagle coś do niego powiedziała.
- Co...? - wybełkotał.
- Wyzdrowiał. - uśmiechnęłam się do niego i odwróciłam wzrok kładąc rękę na ramieniu mojego męża.
- Pablo, to nie tak. - zaczął się tłumaczyć podchodząc bliżej. - Chodziło mi o to, że...
- Żartowałem. - mój mąż zaśmiał się. - Doskonale wiem co miałeś na myśli.
- W takim razie super. - odparł. - Muszę lecieć, bo za dosłownie dziesięć minut mam spotkanie z Japończykami i nie byłoby zbyt dobrze, gdybym się spóźnił. Wpadłem tylko sprawdzić, czy wszystko gra.
- Jasne, leć. - rzuciłam. - Do zobaczenia w domu.
- Cześć. - pożegnał się i wyszedł z sali.
Do pomieszczenia z powrotem powróciła cisza. Nie przeszkadzało mi to. Siedziałam przytulona do mojego męża przez co zaczęłam odczuwać senność. To przez to, że obudziłam się tak wcześnie i zamiast spróbować ponownie zasnąć stwierdziłam, iż pójdę na spacer.
- Pablo... - mruknęłam podnosząc głowę z jego ramienia. - Chodźmy do domu. Bardzo chce mi się spać.
- Naprawdę? - zdziwił się. - No dobrze, chodźmy. Wpadniemy tutaj jeszcze po obiedzie.
- Tak. - przytaknęłam.
Wyszliśmy z budynku i wracaliśmy trzymając się za ręce. Nikt z nas nic nie mówił. Po prostu szliśmy przed siebie, do naszego celu. Co chwila ziewałam. Zerknęłam na ekran telefonu w celu sprawdzenia godziny. Była już dwunasta. Nie wierzyłam, że tak szybko minął mi czas.
- Przepraszam... - powiedziałam.
- Za co? - zapytał zdziwiony.
- No za to, że wyciągnęłam cię tak wcześnie rano na spacer, a teraz chcę wracać, żeby odespać.
- Kochanie, nawet nie żartuj. Jak mógłbym się o coś takiego gniewać?
- Może chciałeś posiedzieć jeszcze przy Martinie, albo dłużej pospać...
- Po pierwsze... - spojrzał mi w oczy. - To ja zaproponowałem ten spacer. Po drugie, każda chwila z tobą jest cudowna, a po trzecie, bardzo cię kocham.
- A co to ostatnie ma do rzeczy? - zapytałam uśmiechając się.
- To, że gdy się kogoś bardzo kocha, to się o niego troszczy, chce się go uszczęśliwiać i przebywać z nim jak najwięcej.
Już mieliśmy się pocałować. Nasze usta się do siebie coraz bardziej zbliżały, gdy przerwał nam dzwonek telefonu. Dostałam wiadomość. Wyjęłam komórkę z kieszeni i odczytałam ją. Nadawcą był mój przyjaciel z Niemiec. Widocznie jeszcze o mnie nie zapomniał.
Lucas: Jak tam? Trzymasz się jakoś? Co z Pablem i Martiną?
- To Lucas. - powiedziałam. - Pyta się co u mnie i jak z wami.
- Utrzymujecie ze sobą kontakt?
- Jakiś tam mamy. - odparłam. - Czasami ze sobą piszemy, ale nie musisz być zazdrosny. - delikatnie uniosłam kąciki ust.
- Powinienem mu podziękować. - stwierdził. - Doskonale wiem, że gdyby nie on i jego pomoc mogłabyś sobie nie poradzić.
- Taka prawda. - westchnęłam. - Może umówię się z nim na rozmowę przez internet? W końcu bym sobie z nim pogadała, a ty byś mu podziękował.
- Jak chcesz. - odparł.
Angie: Może być. Miałbyś dzisiaj czas, żeby pogadać przez wideo-rozmowę?
Lucas: Jasne, o której?
Angie: Koło 20?
Lucas: Ok. To jest 16 u ciebie?
Angie: Tak. Strefy czasowe są do bani.
Lucas: No nie? ;)
- I co? - spytał mój mąż, gdy włożyłam telefon z powrotem do kieszeni.
- Dzisiaj o szesnastej.
- Tak wcześnie? - zdziwił się. - Myślałem, że umówicie się bardziej na wieczór.
- U niego jest już wtedy wieczór.
- No chyba, że tak. - powiedział.
Kilka minut później znaleźliśmy się pod willą Casttio. Wyciągnęłam klucze z torebki i weszliśmy do środka. Chwilę potem znalazłam się na łóżku w naszej sypialni leżąc na brzuchu. Byłam już taka zmęczona, że jedyne, o czym marzyłam to sen.
- Najdroższa, nie możesz spać w butach. Będzie ci niewygodnie. - powiedział Pablo wchodząc do pomieszczenia.
- Nie chce mi się ich ściągać. - rzuciłam.
- Co ty byś beze mnie zrobiła? - zapytał siadając obok.
Zaczął rozwiązywać mi sznurówki, a następnie zsunął obuwie z moich stóp. Gdy się już go pozbył położyłam się nieco wygodniej.
- Zostaniesz? - spytałam utrzymując z nim kontakt wzrokowy.
- Chciałem iść coś ugotować nam na obiad. - odpowiedział.
- Zostań. - poprosiłam. - Zamówimy coś.
- Skoro tak nalegasz. - uśmiechnął się, a następnie położył się obok. - Jesteś taka zimna. - stwierdził przytulając mnie do siebie.
- Trochę zmarzłam w szpitalu. A tak po za tym, to nadal mam na sobie twoją bluzę. Dziękuję, że mi ją pożyczyłeś.
- Nie ma sprawy, najdroższa. - mruknął całując mnie w czoło. - Kocham cię. - szepnął mi na ucho.
Kiedy to powiedział dreszcze przeszły przez całe moje ciało. Wydawało mi się, że tak dawno tego nie słyszałam, ale myliłam się. Po prostu przez nadmiar złych wrażeń z ostatniego tygodnia bardzo tego potrzebowałam, ale jednak nie mogłam tego usłyszeć. Aż do teraz.
- Ja ciebie też. - odparłam. - Dobranoc...
- Śpij dobrze, kochanie.
Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby zasnąć. Zdziwiłam się, że w ogóle udało mi się przeprowadzić z Pablem tę krótką rozmowę.
- Angie?
- Tak?
- Nadal bardzo cię kocham...
- Kto to mówi? Przepraszam, ale nic nie widzę.
- To ja.
- Kto?
- Ty doskonale już wiesz kto...
- Właśnie nie wiem...
- Wiesz. - zapewnił. - Do zobaczenia za chwilę. Kocham cię.
Obudziłam się. Pierwsze na co zwróciłam uwagę to to, że nie było obok mnie mojego męża. Sięgnęłam telefon z kieszeni jeansów, które miałam na sobie. Zerknęłam na godzinę. Była już druga trzydzieści po południu, co oznaczało, że w ciągu półtorej godziny muszę zjeść obiad, odwiedzić moją córkę i na końcu wrócić do domu, aby porozmawiać z Lucasem. Wstałam, a następnie wyszłam z pomieszczenia. Na korytarzu spotkałam mojego szwagra.
- Cześć German, już wróciłeś?
- Tak. Zdenerwowali mnie na tym spotkaniu i wyszedłem.
- Mówiłeś, że było ono bardzo ważne.
- Bo było, ale nie miałem już cierpliwości. Jak wychodziłem tłumacze próbowali załagodzić sprawę, ale chyba nie do końca im to wychodziło.
- Mam nadzieję, że nie zerwiecie przez to umowy.
- Na chwilę obecną jest mi wszystko jedno. - stwierdził. - Gdzie jest Pablo? Chciałem z nim porozmawiać i go przeprosić za to co powiedziałem.
- Nie wiem, przed chwilą wstałam. Mam nadzieję, że zaraz się znajdzie, bo mamy dzisiaj dwie ważne sprawy do załatwienia w trybie natychmiastowym. - oznajmiłam mu. - Ale wydaje mi się, że wyszedł na miasto po jakiś obiad, albo coś takiego.
- Wydaje mi się, że najlepiej będzie, jak ty do niego zadzwonisz.
- Pewnie masz rację. - uśmiechnęłam się i wybrałam do niego numer.
Po pierwszym sygnale usłyszałam, jak dzwoni telefon. Otworzyłam drzwi od naszej sypialni i zobaczyłam, że na stoliku leży komórka Galindo.
- Na pewno zaraz wróci. Gdyby miało go długo nie być, to zabrałby ze sobą telefon. - powiedziałam do Casttio.
- W takim razie wyczekuj na niego, a ja idę się przebrać.
- Dobrze. - przytaknęłam i zeszłam na dół.
Zajrzałam do kuchni, gdzie ujrzałam na lodówce karteczkę z napisem: "Poszedłem odebrać pizzę, bo okazało się, że dzisiaj nie dowożą. Zaraz wrócę.". Gdy przeczytałam jej treść zobaczyłam, jak tylne drzwi się otwierają i przechodzi przez nie mój mąż z trzema małymi pudełkami.
- Germanowi też kupiłem. - odrzekł. - Nie wiedziałem jaką lubi, ale wydawało mi się, że hawajską, więc taką mu zamówiłem. A jak nie to oddam mu swoją.
Piętnaście minut później wszyscy siedzieliśmy przy stole w jadalni i zajadaliśmy się. Rozmawialiśmy głównie o powrocie do zdrowia mojego męża i o tym, co dzisiaj mój szwagier do niego powiedział w szpitalu.
- Naprawdę bardzo mi głupio z tego powodu. - zapewniał mąż mojej zmarłej siostry. - Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało.
- Daj spokój, wiem co miałeś na myśli. - zaśmiał się Pablo. - Za to ja nie podziękowałem ci, że przygarnąłeś nas do siebie.
- Drobiazg. W końcu jesteśmy rodziną, nie?
- Powinienem wam jeszcze powiedzieć, że dopóki Martina nie wróci do zdrowia, nie zamierzam wyjeżdżać z tego kraju. - nie wierzyłam własnym uszom.
- Ale przecież macie już podpisaną umowę. Co jeśli...?
- Rodzina jest ważniejsza Angie. - przerwał mi. - Jeśli przez to projekt ze Studiem w Sewilli nie wypali to trudno, ale nie daruję sobie jeśli wyjadę stąd bez pewności, że z jej stanem zdrowia wszystko jest już w porządku.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, który przerwał naszą rozmowę. Właściciel domu wstał i otworzył. Chwilę po tym stanął przed nami Tom, który miał całe czerwone oczy.
- Co się stało? - zapytałam podchodząc do niego razem z moim mężem.
- Potrzebuję... Muszę z kimś o tym porozmawiać. Muszę z wami o tym porozmawiać. - wybełkotał.
- Tom, wszystko w porządku? - spytał Pablo kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Nie. - rzucił w odpowiedzi. - Moi rodzice chcą wyjechać z Buenos Aires. Tata znalazł pracę w Santa Cruz, na drugim końcu kraju. Mówią, że wyjeżdżamy za dwa dni, ale ja nie zamierzam się stąd wyprowadzać, dopóki nie przeproszę Martiny. Nie mógłbym jej zostawić tak po prostu bez pożegnania. Za bardzo mi na niej zależy. Wiem, że zawiodłem, ale to nie zmienia faktu, iż nadal bardzo ją kocham.
Spojrzeliśmy na nastolatka, a następnie na siebie. Wiedzieliśmy, że liczy on na naszą pomoc, ale nie za bardzo wiedzieliśmy, jak możemy mu jej udzielić.

Hej! Jak podobał Wam się rozdział? Mam nadzieję, że był znośny ;)
Ciężko mi w to uwierzyć, ale zostało jeszcze równe dziesięć do końca. A jeszcze tak niedawno trzeci sezon się zaczął :')
No nic. Czas płynie szybko, a życie musi się toczyć dalej, nie? :D

Do zobaczenia! :*
bloggerka

wtorek, 15 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 89 - Brakowało mi ciebie

Cześć!
Rozdział w środku tygodnia -
rzadkość, nieprawdaż? ;)
Obudziłam się. Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. Obraz przed oczami miałam rozmazany. Dopiero po chwili się wyostrzył. Tak samo z dźwiękiem. Przez kilka sekund nie słyszałam kompletnie nic.
- Co się dzieje? - mruknęłam cicho podnosząc głowę z ramienia Pabla.
Zauważyłam idącego korytarzem Germana. Szedł z poważną miną w moją stronę. Zatrzymał się trzy kroki przede mną.
- Co jest? - spytałam widząc jego minę.
- Byłem oddać krew dla twojej córki.
- Słucham? - powtórzyłam zaspana.
- Jakieś piętnaście minut temu lekarz wyszedł z bloku operacyjnego i powiedział, że potrzebują krwi dla Martiny. Okazało się, że mamy taką samą grupę, więc kazałem cię nie budzić i załatwiłem to, jak spałaś.
- Oboje macie AB Rh+? - zdziwiłam się.
- Na to wygląda. - odpowiedział.
Zerknęłam na mojego męża. Siedział wpatrzony w ścianę trzymając mnie za prawą rękę. Wzięłam głęboki wdech. Czułam, że potrzebuję kofeiny.
- Która jest godzina? - zapytałam.
- Wpół do pierwszej. - odparł zajmując miejsce obok mnie.
- Muszę się napić kawy. Zaraz wrócę. - powiedziałam wstając z krzesła jednocześnie wyjmując dłoń z uścisku Pabla. - Jakby coś się działo, to jestem na dole.
Zeszłam po schodach na parter i podeszłam do automatu. Wrzuciłam monetę i nawet nie wiem, co wybrałam. Kliknęłam pierwszy lepszy guzik, na którym widniało słowo "kawa". Po chwili mój napój był gotowy. Wzięłam go do ręki i poszłam w stronę drzwi wyjściowych. Przeszłam przez nie. Od razu uderzył mnie delikatny powiew świeżego powietrza, który sprawił, że nieco się rozbudziłam. Podeszłam do najbliższej ławki i usiadłam na niej. Przede mną nie było nic ciekawego, same samochody. Spojrzałam w górę. Niebo było ciemne. Łatwo można było dostrzec na nim gwiazdy. Zamyśliłam się przez chwilę patrząc na nie. Jeszcze niedawno mogłam siedzieć razem z moją córką i mężem w ogrodzie z gitarą i przekąskami śmiejąc się jak i śpiewając. A teraz? Jedyne, co mi zostało to siedzenie przy szpitalnym łóżku i zamartwianie się każdego dnia, czy nie jest on ostatnim dla Martiny. Tak bardzo chciałam, żeby to wszystko się już skończyło. Miałam tego dość, serdecznie dość. Wzięłam łyk kawy, która była niemiłosiernie gorąca, ale nie przejęłam się tym. Ból fizyczny jest prostszy do zniesienia, niż psychiczny.
- Zawsze tutaj przychodzę, gdy muszę chwilę odsapnąć i pomyśleć. - usłyszałam nagle męski głos. - Każdy chyba czasami potrzebuje zatrzymać się na moment i coś przemyśleć.
Dopiero, gdy ten człowiek usiadł obok mnie zauważyłam, że był to Leo. Zaskoczyło mnie to, że jest tutaj. Przecież operował moją córkę. Czyżby operacja nagle się skończyła? Czy coś poszło nie tak? Miałam w głowie tysiące złych myśli i zaczynałam panikować, ale mimo to stwierdziłam, że pozwolę mu dokończyć.
- Często dzieją się w naszym życiu rzeczy, na które tak naprawdę nie mamy wpływu. Nie ważne, czy chcemy, czy nie, ale musimy je jakoś przeżyć i starać się dalej normalnie żyć. Jedne z nich chcemy pamiętać, bo mimo wszystko okazuje się, że były dobre, a o niektórych z nich chcemy jak najszybciej zapomnieć i choć próbujemy dni, miesiące, lata nie wychodzi nam to. - westchnął i zerknął w górę.
- Leo, czy chciałbyś mi coś powiedzieć? - spytałam o dziwo spokojnie.
Nie odpowiedział nic. Bałam się. Okropnie się bałam, ale wiedziałam, że muszę o to zapytać.
- Nie udało się, prawda? - zapytałam, a po policzkach zaczynały płynąć mi już łzy.
- Właśnie wręcz przeciwnie, Angie. - odparł. - Udało się. To pięć godzin nie poszło na marne. Byłem przekonany, że nic z tego nie wyjdzie, ale mimo to nie traciłem nadziei. Obiecałem ci, że zrobię wszystko co w mojej mocy. Ona żyje. Nieprawdopodobne, a jednak możliwe.
Cały czas nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Na początku myślałam, że kłamie, ale nie. On mówił prawdę. Nie zrobiłby mi tego w tak ważnej sprawie.
- Co? - to było jedyne, co udało mi się wybełkotać.
- Dziewczyna musi mieć naprawdę dużo siły i chęci do walki. Teraz mogę być z tobą w stu procentach szczery. Myślałem, że się nie uda, bo prawie nikomu się nie udało przeżyć tak poważnej operacji, ale jednak Martina dała radę. Ja sam nadal do końca w to nie wierzę.
Nie odpowiedziałam nic od razu. Rzuciłam mu się na szyję i mocno się do niego przytuliłam. Płakałam, ale ze szczęścia.
- Dziękuję. - szepnęłam mu na ucho. - Bardzo ci dziękuję.
Odsunęliśmy się od siebie i przetarłam oczy. Byłam szczęśliwa. W końcu na mojej drodze pojawiło się coś dobrego.
- Co prawda, nie jest z nią jeszcze najlepiej, ale najważniejsze, że pozbyliśmy się tej krwi z brzucha oraz zrobiliśmy to, czego nie udało nam się zrobić za pierwszym razem. Jej stan już nie jest krytyczny, ale nadal zostanie w śpiączce.
- Najważniejsze, że nie jest z nią już bardzo źle. - odparłam.
- Dokładnie. - przytaknął. - A teraz musisz mi wybaczyć, ale jestem okropnie zmęczony. Muszę iść do lekarskiego i się trochę przespać.
- Jasne, rozumiem. - rzuciłam. - Mogę do niej wejść?
- Niestety, dzisiaj już nie. Jedź do domu, wyśpij się i przyjedź jutro. Ona też musi odpocząć.
- Oh, no dobrze. - mruknęłam. - Jeszcze raz ci dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie ty.
- Przestań, taką mam pracę. - uśmiechnął się.
Wstaliśmy z ławki i weszliśmy do budynku. Przy wejściu się pożegnaliśmy, gdyż szliśmy w zupełnie inne strony. Weszłam po schodach na piętro, gdzie znajdował się blok operacyjny, ponieważ myślałam, że mój szwagier wraz z mężem będą tam czekać. Nie pomyliłam się. German siedział na krześle z głową schowaną w dłoniach, a Pablo stał oparty ramieniem o ścianę. Podbiegłam do nich. Pierwsze co potem zrobiłam, to przytuliłam się do Galindo tak, jakby nigdy nic mu się nie stało. Co prawda, nie widziałam jego wyrazu twarzy, ale po kilku sekundach poczułam jego dłoń na moich plecach, co oznaczało, że odwzajemnił mój uścisk. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Skoro wszystko dobrze się skończyło, to może chodźmy do domu. - zaproponował Casttio.
- Chętnie. Chyba wszyscy jesteśmy zmęczeni. - odpowiedziałam wypuszczając mojego męża z uścisku.
- Pójdę szybciej, bo zaparkowałem daleko. Zaczekajcie przed wejściem, podjadę po was. - powiedział mąż mojej zmarłej siostry.
- Dobrze. - przytaknęłam.
German zniknął za rogiem, a ja przełożyłam torebkę przez ramię i rozejrzałam się dookoła, czy na pewno niczego nie zapomniałam. Kiedy stwierdziłam, że wzięłam wszystko złapałam Pablita za rękę i zaczęliśmy iść powoli w stronę schodów. Nie przestawałam się uśmiechać, nawet pomimo zmęczenia. To co się dzisiaj przytrafiło
było okropne, ale na całe szczęście zakończyło się dobrze. Cieszyłam się z tego powodu niezmiernie.
- Wiem, że ty niebawem też do mnie wrócisz... - szepnęłam, gdy byliśmy już przed drzwiami i czekaliśmy na Germana.
Sekundę później podjechał duży, czarny samochód mojego szwagra, do którego wsiedliśmy. Droga minęła nam w ciszy. Był środek nocy, dookoła panowała ciemność, a jedynymi źródłami światła były lampy przydrożne oraz księżyc wraz z gwiazdami. Drogi były puste, minęliśmy może jedno czy dwa auta. Gdy znaleźliśmy się nareszcie w domu poczułam, jak naprawdę potrzebuję snu. Pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam szybkie "dobranoc" właścicielowi willi i poszłam do łazienki. Wzięłam błyskawiczną kąpiel, umyłam zęby i weszłam do mojej sypialni, gdzie w łóżku leżał już Pablo. Chyba spał, ale nie miałam pewności. Położyłam się obok i jak na złość nie mogłam zasnąć mimo, że byłam kompletnie wyczerpana. Po godzinie zdecydowałam, że przejdę się do kuchni po szklankę mleka, które zawsze pomagała mi na bezsenność. Sięgając z szafki kubek niefortunnie go upuściłam przez co się potłukł. Myślałam, że obudzę przez to któregoś z mężczyzn, lecz nie. A nawet jeśli się tak stało, to żaden z nich nie zszedł i nie sprawdził co potłukłam. Wróciłam do sypialni. Odstawiłam naczynie na stolik i zaczęłam grzebać w walizce w celu odnalezienia mojego odtwarzacza muzyki i słuchawek. Kiedy je znalazłam, włączyłam je i sprawdziłam stan baterii. Był dość wysoki, więc stwierdziłam, że jeśli zasnę z muzyką nic się nie stanie. Włożyłam słuchawki do uszu i wybrałam playlistę, w której znajdowały się piosenki ze Studia. Następnie wzięłam łyk mleka, położyłam się i nakryłam kołdrą. Przewróciłam się na lewy bok, tyłem do mojego męża. Wsłuchiwałam się dokładnie w tekst piosenki. "Tysiąc kolorowych marzeń, nie ma lepszych, ani gorszych. Tylko miłość, miłość, miłość i tysiąc piosenek. Nie ma ras, ani powodów. Nie ma lepszych, ani gorszych. Tylko miłość, miłość, miłość i tysiąc opcji, aby być lepszym..."*. Nagle poczułam czyjąś dłoń na swoim brzuchu. Przesuwała się ona po nim powoli i delikatnie. Wstrzymałam oddech. Gdy wyczułam ją pod biodrem chwyciła mnie mocnej sprawiając, że obróciłam się na drugi bok, gdzie na wprost siebie zobaczyłam wyraźnie twarz Galindo.
- Pablo...? - mruknęłam wyciągając słuchawki z uszu.
Nie odpowiedział nic tylko złączył swoje usta z moimi. Całowaliśmy się namiętnie przez moment po czym odsunęłam się od niego. Nadal czułam jego rękę na swoim biodrze, lecz tym razem jej cześć znajdowała się pod bluzką. To przez to, że obracając się podwinęła mi się koszulka. Mój mąż patrzył mi prosto w oczy, a ja poczułam motylki w brzuchu, bo odkąd Martina miała wypadek nie byliśmy tak blisko siebie.
- Pablo...? - powtórzyłam lekko zdziwiona.
- Tak, najdroższa? - spytał.
Nie wierzyłam własnym uszom. On właśnie coś w końcu do mnie powiedział. Przez myśl mi przeszło, że po prostu jestem zmęczona i to wszystko mi się śni, więc chciałam to sprawdzić.
- Uszczypnij mnie. - poprosiłam.
- Dlaczego mam to zrobić? - zapytał.
- Uszczypnij, a się dowiesz.
Galindo podniósł rękę, którą do tej pory trzymał na moim boku i odszukał pod kołdrą moją rękę. Następnie ujął skórę pomiędzy swoje palce wykonując w ten sposób to, o co go poprosiłam. Lekko zabolało.
- To mi się nie śni. - powiedziałam nieświadomie na głos.
- Nie, to dzieje się naprawdę. - zapewnił mnie.
- W takim razie ty w końcu wróciłeś. - stwierdziłam niepewnie.
- Zgadza się. - odparł.
- Nie kłamiesz?
- Nie kłamię. - odpowiedział, a ja szybko się w niego wtuliłam.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam... - szepnęłam ciesząc się jego ciepłem i dotykiem. - Okropnie mi tego wszystkiego brakowało... Potrzebowałam twoich słów... przytuleń... pocałunków... Potrzebowałam ciebie.
Położyłam dłoń na jego klatce piersiowej, aby poczuć bicie jego serca. Następnie poczułam jego oddech na sobie. Nareszcie był blisko. Był tak bardzo blisko...
- Nie chciałem, żebyś została sama. - wyszeptał mi do ucha. - Nie wyszło. Przepraszam.
- Nie masz za co przepraszać. To nie twoja wina.
Pablo objął mnie ramieniem sprawiając, że byłam teraz nasze ciała całkowicie się ze sobą stykały. Odgarnął mi włosy z czoła, a potem położył nogi pomiędzy moje.
- Dobrze, że sobie przynajmniej poradziłaś.
- Było ciężko. Momentami myślałam o tym, żeby wyjechać, zostawić to wszystko, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić.
- Jesteś naprawdę dzielna. - zapewnił mnie.
- Chyba zaczynamy wychodzić na prostą... - stwierdziłam. - Martina przeżyła tamtą operację, ty wróciłeś... Jedyne co nam pozostało to czekać, aż nasza córka w pełni wyzdrowieje.
- Zapewne niedługo to się stanie. - powiedział. - A teraz lepiej chodźmy już spać. Należy ci się sen po tak ciężkim dniu. - odparł i pocałował mnie w czoło.
Uśmiechnęłam się i przymknęłam oczy. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Co prawda, nie odczuwałam zmęczenia, ale to przez to, że mój mąż w końcu wyzdrowiał. Tak okropnie bałam się, że zajmie mu to kilka tygodni, a nawet miesięcy, ale udało mu się w kilka dni. To, co mi się teraz przytrafiało było niebywałe.
- Pablo czy Martina?
- Słucham? - odparłam zdziwiona.
- Pablo czy Martina? Wybieraj.
- Że co? - nie rozumiałam co się dzieje.
- Czego nie rozumiesz? Masz wybrać. Pablo czy Martina?
- Nie mogę pomiędzy nimi wybierać.
- To w takim razie stracisz oboje.
- Nie, zaczekaj!
- Za późno, miałaś swoją szansę.
Otworzyłam przestraszona oczy. Pierwsze co zrobiłam, to upewniłam się czy Galindo nadal leży obok. Leżał. Nawet byłam w jego ramionach. To mnie nieco uspokoiło.
- Coś się stało? - zapytał zaspany.
- Nie, nie... To tylko zły sen. - odpowiedziałam. - Nic ważnego.
- Nie zaśniesz już? - spytał.
- Pewnie nie... - odparłam. - Ale ty idź spać. Ja sobie znajdę jakieś zajęcie. - powiedziałam odsuwając się od niego. - Poczytam książkę, albo coś.
- Ekm... - westchnął siadając. - Chcesz obejrzeć jakiś film?
- Naprawdę, możesz iść spać. Nie musisz ze mną siedzieć.
- Ale ja się pytam całkiem poważnie. Masz ochotę coś obejrzeć?
- Nie.
- Która jest tak w ogóle godzina?
- Szósta trzydzieści siedem.
- To wcale nie jest tak wcześnie, jak myślałem. - stwierdził. - To może przejdziemy się na jakiś spacer?
- Chciałoby ci się? - ucieszyłam się.
- Z tobą zawsze. - odpowiedział. - Idź do naszej łazienki się ubrać. Ja pójdę na dół.
- Dobrze. - przytaknęłam i chwilę później zniknęłam za drzwiami.
Przygotowałam się szybko, bo zaledwie w piętnaście minut. Nie nakładałam makijażu, wzięłam tylko szybki prysznic i przebrałam się. Kiedy byłam gotowa zeszłam na parter. Pabla jeszcze nie było, więc poszłam do kuchni. Nie byłam bardzo głodna, ale miałam ochotę coś przekąsić. Wzięłam jabłko z koszyczka z owocami i wróciłam do salonu. Kiedy usiadłam na sofie, mój mąż wyszedł z toalety. Powiedział mi, że odłoży swoje rzeczy i możemy iść. W ciągu pięciu minut byliśmy na dworze idąc gdzie nas nogi poniosą.
- Może w końcu mi powiesz, co tak dokładnie się stało?
- To jeszcze nie wiesz? - zapytał zdziwiony.
- Wiem tylko, że kierowca ją potrącił. O ile "potrącił" to dobre słowo. Z tego co kojarzę, to on nie przeżył. Na tym kończy się moja wiedza.
- Nie ma tu zbyt wiele do opowiedzenia. - stwierdził. - To było tak, że... - załamał mu się głos.
- Ładna dziś pogoda, prawda? - przerwałam mu. - Chyba będzie dziś słonecznie. Powinniśmy przejść się niebawem do Studia, bo dawno tam nie byliśmy. A tak w ogóle, to może my dzisiaj coś ugotujemy na obiad? Albo zaprosimy gdzieś Germana? Powinniśmy mu się jakoś odwdzięczyć...
- Dlaczego...?
- Nie chcę żebyś o tym mówił. - ponownie weszłam mu w zdanie. - Wiem, że zaczęłam, ale zapomnij o tym. Jest masa o wiele... przyjemniejszych tematów. Co dzisiaj będziemy robić?
Pablo westchnął w odpowiedzi po czym złapał mnie za rękę zastanawiając się chwilę.
- Może po prostu pobądźmy ze sobą? - zaproponował.
- Świetny pomysł. - przytaknęłam przytulając się do niego. - Brakowało mi ciebie.
Mój mąż uśmiechnął się i pocałował mnie w głowę.
- Zimno ci? - spytał.
Widocznie poczuł, że się trzęsę, albo zobaczył jak moja skóra jest zimna w dotyku.
- Trochę. Nie wpadłam na to, że rano jest nieco chłodniej niż w południe. - zaśmiałam się.
Galindo odsunął się nieco ode mnie. Ściągnął z siebie bluzę i pomógł mi ją na siebie włożyć.
- Dzięki. - posłałam mu uśmiech z powrotem przytulając się do niego. - Jak zrobi ci się zimno to ci ją oddam.
- Dobrze. - przytaknął obejmując mnie ramieniem. - Idziemy do Martiny?
- A dasz ra... - urwałam. - Jasne. Pewnie jest z nią już dużo lepiej.
Wiedziałam, że jestem na etapie, gdzie wszystko zacznie się w końcu układać. Martina przeżyła najgorszą operację jaka ją czekała, Pablo w końcu wyzdrowiał... i przy okazji poprawiłam swoje stosunki z Germanem. Nie mogło być lepiej. Co prawda, nie było przy mnie Lucasa, ale nie można mieć wszystkiego. Miałam tylko nadzieję, że nawet jeśli stracimy ze sobą kontakt to o sobie nie zapomnimy.

* - refren "Ser mejor".

Dzień dobry, dobry wieczór, czy po prostu cześć!
Znalazłam dzisiaj chwilę, aby wstawić rozdział, tak więc - oto on! ;D
Mam nadzieję, że się podobał. Pablito w końcu wrócił do żywych. Została jeszcze tylko Martina i będzie z górki ;)

Do następnego! :*
bloggerka

niedziela, 13 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 88 - Ona jest silną dziewczyną i da radę

Dzień dobry! :)
Rozdział 88.
Miłego czytania! <3
Bez jakiegokolwiek myślenia rzuciłam się biegiem w stronę drzwi. Wybiegłam z willi Casttio szybciej niż mój szwagier zdążył wykrzyczeć moje imię. Nie obchodziło mnie w tamtym momencie nic oprócz mojej córki. Wiedziałam, że musi być bardzo źle. Miałam w głowie najgorsze scenariusze. Zmierzałam w stronę szpitala. Gdy przebiegłam przez próg wejścia uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem, kto dzwonił. Może to był Lucas? Albo ktoś ze Studia? Miałam taką nadzieję. Wolałam tam przybiec i dowiedzieć się, że stan zdrowia Martiny jest taki sam lub, że nieco się polepszył, niż że ponownie trafiła na blok operacyjny. Kiedy to sobie uświadomiłam nieco zwolniłam. Przyznam, iż mogło to być spowodowanie również tym, że dawno nie biegałam, a moja kondycja znacznie spadła. Miałam problemy ze złapaniem oddechu, ale mimo to starałam się nie zatrzymywać i szybszym krokiem iść w stronę OIOMu. Gdy już się tam znalazłam, weszłam na salę, w której powinna była leżeć moja córka. Moje przerażenie było ogromne, kiedy okazało się, że jej tam nie ma. Po policzkach zaczęły mi spływać łzy, a ja wyszeptałam niewyraźne "nie, tylko nie to" i zaczęłam podążać do rejestracji, aby się czegoś dowiedzieć. Na szczęście, na korytarzu spotkałam naszego zaprzyjaźnionego lekarza, który właśnie wychodził z sąsiedniej sali.
- Leo, co się dzieje? Gdzie jest Martina? - spytałam zaskakująco spokojnie.
- Przenieśliśmy ją. - odpowiedział.
- Dokąd? Coś się stało? Jej stan się pogorszył? - martwiłam się.
- Wręcz przeciwnie, ustabilizował się i jest na tyle dobrze, że można było ją przenieść z oddziału intensywnej opieki medycznej. Leży teraz na drugim piętrze, na pediatrii.
- Jejku, jak dobrze... - wzięłam głęboki wdech.
- Dzwoniłem do ciebie, aby powiadomić cię, że jutro planujemy zrobić jej drugą, konieczną operację i że potrzebujemy na to twojej pisemnej zgody.
- Przestraszyłam się, gdy usłyszałam dzwonek. Wiem, że powinnam najpierw odebrać i cię wysłuchać, ale to było silniejsze ode mnie.
- Rozumiem. - uśmiechnął się do mnie. - Więc chodź ze mną do pokoju lekarskiego. Dam ci te papiery do podpisania, przejrzysz je, a później będziesz mogła odwiedzić swoją córkę. - powiedział.
- Okej. - przytaknęłam i zaczęłam iść za nim korytarzem.
- Jak się ma Pablo? - zapytał. - Wiem, że było źle, ale czy coś się zmieniło? Bo wiesz, jeśli potrzebujesz pomocy to mamy w szpitalu bardzo dobrego...
- Nie, dziękuję. - przerwałam mu. - Wolę jeszcze poczekać.
- Wiesz, że im dłużej będziesz z tym zwlekać, tym dłużej będzie trwało leczenie?
- Ale nie jest powiedziane, że on jest chory. - broniłam swojego zdania. - Może jak Martinie się polepszy, to wróci do siebie.
- Możliwe, że masz rację, ale mimo to, wydaje mi się, że powinniście skorzystać z pomocy specjalisty. Oboje. Ty też. - zatrzymałam się.
- Pozwól, że sama będę o tym decydować, dobrze? - poprosiłam. - Jeszcze się trzymam. Jak nie dam rady, to wtedy się do niego zgłosimy.
- Ale Angie...
- Dzięki za radę, Leo. - przerwałam mu. - Naprawdę, wolę jeszcze poczekać. I tak, wiem jakie mogą być tego konsekwencję, ale takie jest moje zdanie i na chwilę obecną nie zamierzam go zmieniać. - powiedziałam. - Dziękuję.
- Dobrze... - mruknął. - Chodźmy, musisz mi się podpisać na dokumentach jak najszybciej. - zarządził i z powrotem zaczęliśmy iść do pomieszczenia wcześniej przez niego wspomnianego.
Kilkanaście sekund później znaleźliśmy się w pokoju lekarskim. Doktor zajął miejsce przy biurku wskazując ręką, abym usiadła na przeciwko niego. Tak też postąpiłam. Leo wyciągnął z szuflady teczkę, a następnie wyjął z niej kilka zszytych ze sobą kartek, które były całkowicie zapełnione malutkimi literami. Wzięłam je do ręki i zaczęłam przeglądać.
- Powinnaś się z tym dokładnie zapoznać, jeśli czegoś nie zrozumiesz, to pytaj. Muszę ci powiedzieć coś, czego sama doskonale jesteś świadoma, ale niestety takie są procedury. W tym stanie pacjentki operacja jest... - lekarz urwał zdanie. - A co ty robisz? Dlaczego tego nie przeczytasz? - spytał, gdy składałam swój podpis na ostatniej stronie. - Mówiłem ci, że to ważne.
- Ufam ci. - odparłam krótko. - Wiem, że ona może tego nie przeżyć, ale jestem pewna, że zrobisz wszystko, żeby do tego nie dopuścić. - powiedziałam. - Potrzebujesz jeszcze gdzieś mój podpis?
- N-nie. - zająknął się zdziwiony moją odpowiedzią. - Możesz do niej iść.
Wstałam i rzuciłam prawie niesłyszalne "cześć" po czym wyszłam z pomieszczenia. Ruszyłam w kierunku schodów, aby dostać się na drugie piętro, gdzie po przeniesieniu leżała moja córka. Gdy się już tam znalazłam zapytałam się jednej z pielęgniarek o numer sali. Odpowiedziała mi, że znajdę Martinę pod piątką. Poszłam we wskazaną mi stronę. W pomieszczeniu stały trzy łóżka, ale tylko na jednym z nich leżała pacjentka, którą właśnie była moja córeczka. Wyglądała
okropnie. Pogrążone oczy, zmęczony wyraz twarzy, wychudzona i podpięta do tych wszystkich sprzętów. Wiedziałam, że ten widok będzie mnie zabijał za każdym razem, gdy tylko go ujrzę. Mimo to, myśl o tym, że przenieśli ją z OIOMu nieco mnie pocieszała. Widocznie, aż tak bardzo źle nie było. Albo potrzebowali na tamtym oddziale więcej wolnych miejsc. Tak też mogło być. Otarłam łzy z oczu i podeszłam do krzesła, które stało obok jej łóżka. Chwilę tak stałam i na nią patrzyłam przyglądając się jej uważnie nie myśląc o niczym. Po prostu stałam i wpatrywałam się w nią po czym, po kilku minutach usiadłam. Złapałam ją delikatnie za dłoń, gdyż bałam się, że mogę łatwo szturchnąć jakąś igłę i spowodowałoby to nieszczęście.
- Kochanie, proszę wróć do nas. Jak najszybciej... - wyszeptałam. - Wszyscy bardzo cię tutaj potrzebujemy. Wiem, że pewnie łatwiej będzie ci w tym momencie odejść... Ale nie rób tego... Spróbuj z tym walczyć... Gdyby ciebie tutaj nie było... - zaczynałam powoli płakać. - Nie. Nawet nie chcę myśleć, co mógłby się dziać... Zostań...
Nagle wszystko zaczęło wariować. Urządzenia zaczęły piszczeć i zmieniać kolor na czerwony. Okropnie się przestraszyłam. Energicznie cofnęłam rękę. Zaczęły przybiegać pielęgniarki, a chwilę później pojawiło się tutaj dwóch lekarzy. Jeden z nich poprosił mnie, żebym opuściła pomieszczenie, jednak ja byłam w zbyt dużym szoku, aby to zrobić. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, która pociągnęła mnie w stronę wyjścia. Sekundę później znalazłam się na korytarzu nie wiedząc, co się dzieje.
- C-c-co? - wybełkotałam, gdy wywozili Martinę z sali.
- Musimy przyśpieszyć zabieg. - mówił mi znajomy głos, lecz nie wiedziałam, do kogo on należał. - W jej brzuchu znalazła się zbyt duża ilość krwi. Jeśli natychmiast tego nie zrobimy, może zaraz umrzeć.
- T-t-t-taaak. - rzuciłam.
Czułam strach. Bałam się o moją córkę okropnie. Żadnej matce nie życzyłabym, aby kiedykolwiek odczuwała to samo co ja. Biegłam za nimi, a gdy minęliśmy już ostatni zakręt stałam i patrzyłam, jak Martina wraz z opiekunami medycznymi znika za drzwiami bloku operacyjnego.
- Nie, to się nie dzieje... - mruknęłam do siebie zaciskając mocno oczy.
Tak bardzo chciałam je otworzyć i znaleźć się w domu. W jednym pokoju z mężem, który obejmowałby mnie swoją ręką. Siedzielibyśmy na kanapie pijąc kawę. Natomiast na fotelu siedziałby Tom, który na kolanach trzymałby swoją dziewczynę. Oboje byliby do siebie przytuleni. Rozmawialibyśmy ze sobą wplatając w to napady śmiechu. Później, każdy z nas znalazłby się przy jakimś instrumencie i zaczęlibyśmy grać. Potrzebowałam tego i to bardzo. Niestety, tak się nie stało. Gdy otworzyłam oczy dotknęła mnie okrutna rzeczywistość. Byłam w szpitalu, a moja córka walczyła o życie. Wyciągnęłam telefon wchodząc w jedną z aplikacji. Był to chat, dzięki któremu mogłam pisać z Lucasem nie płacąc nic.
Angie: Jak tam? Jesteście już w domu?
Lucas: Tak, właśnie miałem do ciebie pisać :). Co z Martiną?
Angie: Właśnie ma operację.
Lucas: Mogę zadzwonić?
Angie: Tak, proszę.
Trzy sekundy później na ekranie wyświetliło mi się połączenie przychodzące. Oczywiście dzwonił do mnie mój przyjaciel z Europy. Nie mogłam uwierzyć, że nie było go tutaj raptem od piętnastu godzin, a tak wiele zdążyło się już zmienić i wydarzyć. Bardzo chciałam, żeby był przy mnie.
- Dlaczego ma operację? - usłyszałam po odebraniu. - Pogorszyło jej się?
- Miała za dużo krwi w brzuchu. Lekarze muszą coś z tym zrobić, bo inaczej umrze. - odpowiedziałam. - Lucas, ja tak bardzo się boję. Nie wiem, co zrobię, jeśli ona nie wróci z sali operacyjnej żywa.
- Nie mów tak. Przecież doskonale wiesz, że ona jest silną dziewczyną i da radę.
- Ale nawet najwięksi siłacze czasami nie dają już rady... - rzuciłam.
Nie odpowiedział od razu. Widocznie, nie za bardzo wiedział, co mógłby mi powiedzieć.
- Pablo się odezwał?
- Właściwie, to tak. Powiedział imię swojej córki, po czym zadzwonił telefon od lekarza i pobiegłam do szpitala.
- Ale nadal nie ma z nim kontaktu?
- Jeśli mam być szczera, to nie wiem. Zaraz po telefonie wybiegłam zostawiając go samego z Germanem.
- Germanem? - spytał nieco zdziwiony.
- Z moim szwagrem. - odparłam. - Przeprowadziliśmy się do niego. Zaproponował mi to, żebym nie czuła się samotna. Dopóki moje życie chociaż odrobinę nie wyjdzie na prostą będę u niego mieszkać.
- To dobrze. - powiedział mój przyjaciel. - Nawet nie wiesz, z jakim poczuciem winy wyjeżdżałem. Nie chciałem cię tak zostawiać, ale niestety musiałem już wracać do kraju.
- Nie musisz mi się tłumaczyć. Doskonale cię rozumiem. - zapewniłam go.
Usłyszałam, że mój telefon wydał dźwięk. Dokładnie taki, jak wydaje, gdy dostaję wiadomość.
- Poczekaj chwilkę. - poprosiłam i odsunęłam komórkę od ucha.
Odblokowałam ekran i na tapecie wyświetlił mi się SMS od Casttio. Po przeczytaniu jego treści nie wiedziałam, co mam zrobić czy nawet jak mam o tym myśleć. "Pablo pyta się o ciebie". Że co? Czyżby wyzdrowiał? Ale skoro tak się stało, dlaczego nie zadzwonił? I dlaczego tę wiadomość dostałam od Germana, a nie od niego?
- Lucas, bardzo cię przepraszam, ale muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie, gdy będzie już coś wiadomo. - powiedziałam przykładając urządzenie z powrotem do twarzy.
- Oczywiście. Do usłyszenia.
- Cześć. - pożegnałam się i gdy tylko nacisnęłam czerwoną słuchawkę wybrałam numer męża mojej zmarłej siostry. - Co masz na myśli pisząc, że "mój mąż się o mnie pyta"? - spytałam od razu.
- To, że cały czas chodzi po domu i co chwila podchodzi do mnie z pytaniem "gdzie jest Angie?", a gdy mu odpowiadam z powrotem zaczyna chodzić w kółko.
- Ale nie nawiązałeś z nim jeszcze rozmowy? - zapytałam zmartwiona.
- Niestety nie. Na dodatek, muszę ci powiedzieć, iż wydaje mi się, że...
- Tak, tak, wiem. - przerwałam mu. - Będzie mu potrzebna pomoc specjalisty. Słyszałam to już dzisiaj paręnaście razy. - rzuciłam. - Porozmawiamy o tym w domu.
- A tak właściwie, to gdzie ty teraz jesteś?
- W szpitalu. Czekam.
- Na co?
- Na to, aż dowiem się czy moja córka będzie żyła czy nie. - odparłam.
- Co? - był nieco zdziwiony i nie rozumiał tego co mówiłam.
Powtórzyłam mu to samo, co kilka minut temu Lucasowi. German zaproponował, że do mnie przyjedzie, ale ja poleciłam mu, żeby został z moim mężem i go pilnował, bo nie wiedziałam, co może zrobić. Obiecałam mu też, że wrócę, gdy operacja się zakończy, bo musiałam się wyspać. Usiadłam na krzesełku i oparłam głowę o ścianę. Byłam bardzo zmęczona przez te nieprzespane noce. Nim się obejrzałam zasnęłam.
- Mamo, czym jest śmierć? - pyta sześcioletnia dziewczynka.
- Śmierć? - rzuca zdziwiona kobieta. - Przychodzi taki moment, gdy bliska ci osoba odchodzi, ale nadal jest blisko ciebie pilnując, aby nic złego ci się nie przytrafiło.
- Tak jak na przykład ciocia?
- Tak, kochanie. - odpowiada. - Mimo, że nie widzisz się z ciocią i nigdy się z nią nie zobaczysz, to ona i tak jest blisko ciebie i się o ciebie troszczy.
- A jeśli śmierć zabrałaby mnie? To co wtedy? Też bym was pilnowała? Ciebie i tatę?
- Pewnie tak... - stwierdza po dłuższej chwili namysłu. - Ale śmierć nie przyjdzie po ciebie zbyt szybko.
- Dlaczego? - pyta niczego nierozumiejące dziecko.
- Bo wie, że bardzo bym płakała, gdyby cię zabrała I wtedy musiałaby wziąć też mnie ze sobą.
- Proszę pani. - usłyszałam nagle. - Proszę pani, proszę się obudzić. - ktoś szturchał mnie w ramię.
- T-tak?
- Proszę iść do domu i położyć się spać. Widać, że jest pani wyczerpana. - dopiero po chwili dostrzegłam, że była to pielęgniarka.
- Ale moja córka...
- To jeszcze trochę potrwa. Zawiadomię panią, gdy operacja się skończy.
- Nie mogę stąd iść. Jeśli ona tam umrze, nigdy nie daruję sobie tego, że nie mogłam być blisko. - rzuciłam.
- W takim razie, czy mogę coś dla pani zrobić? Może przyniosę kawę?
- Nie, dziękuję bardzo. - odparłam z uśmiechem, a chwilę później kobieta odeszła.
Wyjęłam z kieszeni telefon. Była na nim godzina dziewiąta czterdzieści trzy wieczorem. Wybrałam numer mojego szwagra. Odebrał po trzech sygnałach.
- Halo? Mógłbyś przyjechać?
- Tak. - odparł krótko.
- Tylko zabierz ze sobą Pabla. - poprosiłam.
- Czy coś się dzieje? - zapytał.
- Nie, po prostu was tutaj potrzebuję. - odrzekłam po czym się rozłączyłam.
Wiedziałam, że to będzie długa noc. Operacja trwała od jakiś dwóch godzin, ale wiedziałam, że zajmie jeszcze co najmniej dwa razy tyle. Nie odczuwałam już tak bardzo strachu, ale to zapewne przez zmęczenie. Z powrotem oparłam głowę o ścianę i ponownie bym zasnęła, gdyby nie mój mąż i szwagier, którzy pojawili się na korytarzu.
- I co? - spytał German stając na przeciwko mnie.
- Nic... - mruknęłam kładąc głowę na ramieniu Pabla, który zajął miejsce z mojej drugiej strony. - Czekamy... - szepnęłam.
- Pójdę po kawę dla ciebie do bufetu. Kupię ci jeszcze jakąś kanapkę, bo nie zjadłaś kolacji. Zaraz wracam. - powiedział Casttio, a później zniknął za rogiem.
Nagle poczułam, jak Pablito obejmuje mnie, natomiast drugą ręką złapał mnie za dłoń. Obróciłam głowę delikatnie w jego stronę tak, żeby spojrzeć mu w oczy, lecz on nie zrobił tego samego. Miał wzrok wbity w podłogę. Wiedziałam, że to coś znaczy. Chciałam spróbować z nim porozmawiać, albo chociaż pomyśleć na ten temat, ale nie potrafiłam. Byłam zbyt zmęczona. Czułam, że powieki ponownie mi się zmykają. Z każdą sekundą stawały się coraz cięższe. Nie wiedziałam, czy wytrzymam nim mój szwagier wróci z kawą. Po prostu przytuliłam się wygodnie do swojego męża i nie starałam się nie zasnąć. Wiedziałam, że jeśli coś będzie się działo, to na pewno się obudzę. Nagle poczułam, że Pablo obraca swoją głowę, a jego nos i usta znajdują się pomiędzy moimi włosami.
Chwilę później odczułam, że muska mnie on tam delikatnie swoimi wargami.
- Pablo... - powiedziałam prawie niesłyszalnie.
- Zaśnij najdroższa. Tak będzie ci łatwiej. - usłyszałam.
- Ale...?
- Zobaczysz, niebawem wszystko się rozwiąże. - odparł, a ja powoli podniosłam głowę patrząc mu w oczy.
- Czy ty....?
- Po prostu śpij. - odparł ze słodkim uśmiechem, którego od dawna nie widziałam na jego twarzy.
Jego usta dotknęły moich i zaczęły je całować. Chciałam to odwzajemnić, ale nie potrafiłam w sobie znaleźć jakiejkolwiek siły, aby to zrobić. Po chwili mój mąż odsunął się ode mnie i ponownie zasypiałam na jego ramieniu.
Czy to się działo naprawdę? Nie wiem.  Jednak później, gdy co jakiś czas się budziłam, a German siedział obok nie nawiązałam z nim kontaktu pomimo, że wielokrotnie próbowałam. Nie wykluczone, że najzwyczajniej w świecie moje zmęczenie płatało mi psikusy. A może po prostu już wtedy śniłam? Jednak wewnątrz podpowiadało mi, że to się naprawdę działo, lecz możliwe, że był wytwór mojej wyobraźni.

Hej, hej, hej! Jak tam życie Wam mija? Mam nadzieję, że dobrze :)
Myślicie, że Martina przeżyje operacje? A może będą jakieś komplikacje (ale mi się zrymowało ^_^)?
Tego dowiecie się już niebawem ;D

Do następnego! ;*
bloggerka

niedziela, 6 marca 2016

Sezon 3 - Rozdział 87 - Cieszę się, że mieliśmy okazję się poznać

Cześć!
Rozdział 87.
Miłego czytania! ;)
- Dzień dobry. - przywitałam się schodząc na dół po schodach. - Spakowani?
- Jak najbardziej. - odpowiedział Lucas. - Matylda musi schować jeszcze kilka kosmetyków i zaniesiemy bagaże do samochodu. - zapewnił. - Angie, może lepiej będzie jeśli pojedziemy taksówką? Wiemy, że masz teraz dużo na głowie.
- Daj spokój. Jeśli nie pożegnałabym się z wami na lotnisku, to chyba bym się zapłakała. - uśmiechnęłam się.
- A co zrobisz z Pablem? - zapytał.
- Wydaje mi się, że mogę go zostawić. Jak na razie jeszcze śpi i nie wydaje mi się, że miałby się obudzić zanim tutaj wrócę. A nawet jeśli, to raczej nic sobie nie zrobi. To, że nie kontaktuje nie oznacza, że nie wie, że palców nie wkłada się do kontaktu, albo, że nie zbliża się ręki do ognia.
- W sumie, możesz mieć rację. Przecież jest dorosłym mężczyzną. - odparł. - Kuku raczej sobie nie zrobi.
- Mam taką nadzieję... - mruknęłam do siebie.
W tamtym momencie do pomieszczenia weszła córka mojego przyjaciela. Przywitała się ze mną posyłając mi uśmiech.
- Sprawdziłam wszystko. Nic nie zostawiliśmy. - powiedziała. - Myślę, że możemy jechać.
- A śniadanie zjedzone? - spytałam. - Przecież nie możecie jechać z pustymi żołądkami.
- My jedliśmy, ale za to ty nie. - odrzekł Lucas. - Spokojnie, mamy jeszcze trochę czasu. Lepiej coś przekąś, bo jeszcze zemdlejesz po drodze i nie będzie zbyt dobrze.
- No dobrze. - przytaknęłam sięgając jabłko. - Mogę robić dwie rzeczy na raz. Pomogę wam z walizkami. Dwie wsadzimy do bagażnika, a trzecią na siedzenie do tyłu.
Mężczyzna podniósł dwie torby, natomiast jego córka jedną. Gdy chciałam im pomóc stanowczo odmówili. Stwierdziłam, że w takim razie pójdę przodem i pootwieram im po drodze drzwi. Gdy znaleźliśmy się już w garażu, włożyliśmy bagaże na wcześniej wspomniane przeze mnie miejsca i zaczęliśmy się zastanawiać, czy możemy już wyjechać.
- Wydaje mi się, że tak. - zaczęła Matylda. - Wszystko jest w środku. Ale sądzę, że powinniśmy pożegnać się z Pablem. O ile, oczywiście, jest to możliwe.
- Nie uważam, że to jest dobry pomysł.. - odpowiedział tata nastolatki. - On śpi. Lepiej będzie, jeśli już wyjedziemy, a Angie później go od nas pozdrowi.
- No dobrze... - mruknęła dziewczyna pod nosem.
- W takim razie wsiadajcie. - uniosłam kąciki ust.
Mimo, że było bardzo źle, starałam się uśmiechać jak najczęściej. I nie dlatego, że chciałam pokazać, że jestem silna, bo wcale taka nie jestem. Po prostu nie chciałam, żeby oni zamartwiali się moją sytuacją. Kiedy siedzieliśmy już w samochodzie, ruszyliśmy w drogę. Lotnisko znajdowało się około godziny drogi autem od mojego domu. Mimo to, wiedziałam, że ten czas minie nam bardzo szybko. Ostatnie, niecałe dwie godziny z ludźmi, których zdążyłam naprawdę polubić. Zgadywałam, że będą one pełne łez.
- Wzięliście torby z jedzeniem, które wam naszykowałam w kuchni? - zapytałam.
- Tak, tak. - rzucili w odpowiedzi.
- To dobrze. Inaczej byście głodowali całą drogę powrotną. - odparłam. - Pewnie czeka was wiele godzin w samolocie. Ile się leci z Niemiec do Argentyny? Bo jeśli mam być szczera, to ja się w ogóle nie orientuję.
- Około czternastu, piętnastu godzin. Jednak dla nas to nie jest męczarnia. Lubimy podróżować, w szczególności samolotem.
- W takim razie świetnie. Jak będziecie już u siebie w domu, to wysłałbyś mi wiadomość przez internet? - zwróciłam się do Lucasa. - Przestanę się wtedy zastanawiać, czy podróż minęła wam bez większych przeszkód.
- Jasne, napiszę ci coś. Tylko nie martw się o nas. Mówisz tak, jakbyś nie miała sobie czym zawracać głowy. - stwierdził.
- Dobrze. - przytaknęłam.
Resztę podróży spędziliśmy rozmawiając o przyjemnych tematach słuchając przy tym muzyki z radia. Wypytywałam się ich, co najbardziej im się podobało w mieście, w Studio i czy będą dobrze wspominać te dwa tygodnie tutaj. Twierdzili, że Buenos Aires jest naprawdę świetnym miastem, w którym się zakochali i będą chcieli kiedyś do niego powrócić. Mam nadzieję, że tak się stanie. Przyjmę ich wtedy z otwartymi ramionami. Nim się obejrzałam, parkowałam już na parkingu przed lotniskiem. Wysiedliśmy z auta i sięgnęliśmy wszystkie bagaże. Zatrzymałam się przed wejściem, a oni chwilę po mnie.
- Wolałabym, żebyśmy pożegnali się tutaj. - rzuciłam. - Jakoś tak... Mam wrażenie, że im bliżej do samolotu, tym bardziej będę płakać.
Podeszli do mnie nieco bliżej. Pierwszy stanęła na przeciwko mnie Matylda. Nie powiedziała nic. Mocno się do mnie przytuliła. Po chwili odwzajemniłam uścisk.
- Dzięki za wszystko Angie. - powiedziała mając już zaszklone oczy. - Bardzo cię polubiłam. Naprawdę. Przepraszam za wszystko co wywinęłam, w szczególności z Tomem. Będę za tobą bardzo tęsknić. - w jej głosie można było słyszeć smutek. - Proszę, poproś Martinę, gdy się obudzi, żeby do mnie napisała. Ucałuj ją ode mnie.
- Dobrze kochanie. - wyszeptałam do niej. - Ja też będę za tobą tęsknić. - pocałowałam ją w czoło.
Nastolatka jeszcze chwile mnie obejmowała, a następnie przetarła oczy i złapała walizkę w rękę.
- Porozmawiajcie sobie. Zostawię was samych. - odparła. - Tylko tato, nie za długo, bo inaczej wrócę do domu sama.
- Tak jest, córciu. - rzucił i podszedł do mnie. - Dziękuję ci za te wspaniałe dwa tygodnie. Było naprawdę super. Pomijając niektóre wydarzenia, ale bawiłem się tutaj świetnie. Cieszę się, że mieliśmy okazję się poznać.
- Ja też się cieszę. W życiu nie spotkałam jeszcze tak... interesującej osoby, jak ty. - odparłam. - Przyjedźcie jeszcze kiedyś do nas.
- Z wielką przyjemnością, ale pod warunkiem, że wy również wpadniecie do nas.
- A wiesz, że bardzo chętnie? - uśmiechnęłam się. - Do tej pory byłam tylko dwa razy w Europie i za każdym razem była to Francja. Wyjazd do Niemiec byłby miłą odmianą.
Mój były współlokator mrugnął do mnie z uśmiechem w odpowiedzi.
- Wybacz, ale muszę już lecieć. Inaczej samolot odleci beze mnie.
- Jasne, rozumiem... - westchnęłam. - W takim razie... do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Rzuciłam mu się na szyję. Przytuliłam się do niego bardzo mocno. Myśl, że robię to najprawdopodobniej po raz ostatni wcale mnie nie pocieszała. Na dodatek zacisnęłam mocno oczy, aby starać się powstrzymać łzy, ale bezskutecznie. Nie udało mi się to.
- Trzymajcie się. - powiedziałam, kiedy odsunęliśmy się od siebie. - I napisz do mnie, jak będziecie już u siebie.
- Oczywiście. - odpowiedział. - Żegnaj.
- Cześć. - pożegnałam się, a on zaczął odchodzić z walizkami w stronę swojej córki.
Nigdy nie lubiłam pożegnań. Z resztą, czy ktokolwiek je kiedyś lubił? Wydaje mi się, że nie. Mają jednak jeden plus. Gdy godziny spędzone z daną osobą są już policzone, uświadamiasz sobie, ile ona tak naprawdę dla ciebie znaczyła i dowiadujesz się, jak bardzo będzie ci jej teraz brakować. Chociaż, po głębszym przemyśleniu, nie wiem czy można to nazwać rzeczą pozytywną. Takie rzeczy powinno się dostrzegać codziennie, a nie dopiero ostatniego dnia. Ja doceniałam towarzystwo Europejczyków, bo wiedziałam, że niebawem wyjadą i wszystko wróci do starego rytmu.
- Będę tęsknić! - krzyknęłam po raz ostatni.
Powolnym krokiem zaczęłam wracać do samochodu. Nie chciałam wracać do domu. Najchętniej pobiegłabym do Lucasa i wyjechałabym z nim na zupełnie inny kontynent. Ale wiedziałam, że ucieczka od problemów nie jest dobrym sposobem na pozbycie się ich. Nie mogłabym tego zrobić moim bliskim, którzy potrzebowali mnie w tamtym momencie jak nikt inny. Wsiadłam do auta i jechałam w stronę mojej dzielnicy. Doskonale wiedziałam, że w przeciwieństwie drogi na lotnisko, droga do domu będzie mi się okropnie dłużyć. Nie znosiłam prowadzić na długich odcinkach, gdyż zawsze byłam tą osobą, która wyglądała przez okno i myślała o wszystkim, a będąc kierowcą było to wręcz niemożliwe. Dopiero po piętnastu minutach jazdy zauważyłam, że nie włączyłam radia. Szybko to zmieniłam i po chwili po samochodzie roznosiła się muzyka. Pierwszą piosenką jaką usłyszałam było "Perfect" One Direction. Wtedy już byłam pewna, że powrót będzie
ciężki. Ta piosenka bardzo kojarzyła mi się z moim polsko-niemieckim przyjacielem. Zupełnie nie wiem, dlaczego. "Baby, I'm perfect... Baby, I'm perfect for you"*. Zatrzymałam pojazd na poboczu i wysiadłam z niego. Oparłam się o maskę i patrzyłam w słońce. Wolałabym zapomnieć o czym wtedy myślałam, ale nie potrafię wyrzucić tego z pamięci. Zastanawiałam się, czy nie lepiej będzie jeśli dam sobie z tym wszystkim spokój, albo, że może dla ukojenia zacznę palić. Teraz wydaje mi się to zupełnie głupie, ale wtedy myślałam o tym na poważnie. Nagle poczułam w kieszeni delikatną wibrację. Telefon. Dostałam wiadomość. Była ona krótka, a jej treść była dość jasna. Jednak nadawcą był ktoś, kogo zupełnie bym się nie spodziewała. Był nim mój mąż. Wysłał mi dosłownie jedno słowo, ale sprawiło, że energicznie wróciłam za kierownicę. "Przyjedź". Pomyślałam wtedy, że musiało się coś wydarzyć i że błędem było to, iż nie zabrałam go ze sobą. Może coś z Martiną? A może po prostu on oprzytomniał. Od celu dzieliło mnie około pół godziny drogi, ale byłam tak zdenerwowana, że przejechałam je w piętnaście minut. Moje zdziwienie było ogromne, gdy wbiegłam do domu, a w salonie na kanapie siedział Pablo, którego obserwował mój szwagier.
- German? Co ty tutaj robisz? - zapytałam.
- Poczekaj, ja pierwszy. - rzucił. - Dlaczego on nie odpowiada na moje pytania? I co z Martiną? Dlaczego jest w szpitalu? Co tutaj się tak właściwie dzieje?
Czyli już o wszystkim wiedział. Przez natłok spraw nawet nie pomyślałam o tym, żeby z nim na ten temat porozmawiać.
- Uspokój się proszę. - zaczęłam. - Już ci wszystko tłumaczę. Martina miała wypadek. Leży w szpitalu, jej stan jest krytyczny, w każdej chwili może umrzeć. Pablo był światkiem całego zdarzenia i od tamtej pory zamknął się w sobie. Dlatego nie mogłeś nawiązać z nim kontaktu. - odpowiedziałam. - To wszystko czy masz jeszcze jakieś pytania?
- Z grubsza chyba wszystko.
- Teraz moja kolej. - stwierdziłam. - Co ty tu robisz? I czy to ty wysłałeś tego SMSa?
- Ja go wysłałem, bo zapomniałem swojej komórki. Przepraszam, jeśli przeze mnie miałaś nadzieję na to, że twój mąż wrócił do normalnego trybu życia. - odrzekł. - A jestem tutaj dlatego, że dowiedziałem się o tym, że wasza córka jest w szpitalu. - dodał. - Czemu nic nie mówiłaś?
- Wyleciało mi z głowy, przepraszam. Mam teraz tyle spraw, że... nie wiem jak ja sobie poradzę...
- Ale wiesz, że nie jesteś z tym wszystkim sama? Masz jeszcze mnie. Ja zawsze będę chętny, żeby ci pomóc.
- Dziękuję ci bardzo. - powiedziałam przytulając się do niego. - Naprawdę bałam się, że nie będę miała w nikim bliskim wsparcia...
- Oddaliliśmy się. - rzucił prawie niesłyszalnie.
- Słucham?
- Oddaliliśmy się od siebie. Mam wrażenie, że nigdy nie byliśmy od siebie tak daleko jak teraz.
- Niestety, to jest bardzo możliwe. - musiałam przyznać mu rację. - Większą część mojej winy muszę wziąć na siebie. - odrzekłam odsuwając się od niego.
- Już się nie obwiniaj, Angie. - poprosił. - Teraz będziemy blisko. Muszę ci pomóc. - stwierdził. - Może wprowadzicie się do mnie? - zaproponował po chwili. - Będziesz miała bliżej do szpitala, ja będę pod ręką... Co prawda, do Studia trochę dalej, ale...
- Wzięłam urlop. Nie dałabym rady. - wtrąciłam.
- W takim razie nic nie powinno stać na przeszkodzie. - zachęcał mnie. - Mówię całkiem poważnie. Zamieszkacie na jakiś czas z Pablem w pokoju gościnnym. Proszę. Nie możesz się nie zgodzić.
Pomyślałam przez chwilę. On chyba miał rację. Mieszkanie u niego byłoby mi na rękę. Zawsze znalazłby się ktoś, kto mógłby zostać w domu z Galindo, gdy druga osoba musiałaby pilnie wyjść. Po za tym, stamtąd miałabym do szpitala o wiele krótszą drogę.
- Dobrze. - przytaknęłam. - W takim razie ja pójdę nas spakować, a ty, jak możesz, to miej na niego oko. - poprosiłam.
- Jasne. - uśmiechnął się.
- German... - zwróciłam się do niego jeszcze raz. - Dziękuję ci. Naprawdę jestem ci wdzięczna.
- Jeszcze nie masz za co. - zaśmiał się cicho. - Żartuję. W końcu, jesteśmy jakoś ze sobą powiązani. Powinniśmy sobie pomagać, nieprawdaż?
Rzuciłam uśmiechem w odpowiedzi, a następnie poszłam na piętro, do sypialni spakować najpotrzebniejsze rzeczy do jakiejś torby. Nie zajęło mi to długo mimo, że upewniałam się po kilka razy, czy niczego nie zapomniałam. Nie chciałam tam niepotrzebnie wracać po jedną czy dwie rzeczy. Kiedy wszystko było spakowane zeszłam na dół. Mój szwagier wziął ode mnie bagaż, a ja złapałam mojego męża za rękę i wyszliśmy z domu, który zamknęłam na klucz. Kiedy siedzieliśmy w samochodzie Castillo dopytywał się jeszcze o Pablita.
- Ale nie stracił zupełnego kontaktu ze światem?
- Nie. Reaguje, gdy poproszę go na przykład, żeby usiadł, albo szedł za mną, ale nie potrafię nawiązać z nim rozmowy. Chyba będzie potrzebna nam pomoc specjalisty.
- Wydaje mi się, że możesz jeszcze trochę poczekać. Zaczekaj aż stan zdrowia Martiny się poprawi. Może wtedy dotrze do niego, że nie jest tak źle i wróci.
- Możesz mieć rację... - odparłam. - A co jeśli...?
- Nie, Angie. Ona będzie żyła. I nie możesz myśleć inaczej, jasne? - przerwał mi.
Kilka minut później znaleźliśmy się na miejscu. German zaniósł moje rzeczy do jednego z wielu pokoi, do którego również zaprowadziłam Galindo. On usiadł na łóżku, a ja zaczęłam nas rozpakowywać podczas gdy mój szwagier przygotowywał nam coś do przekąszenia. Odkąd nie było Olgi gotował sam, gdyż twierdził, że nikt mu jej nie zastąpi i że sobie poradzi. Na początku w to wątpiłam, ale jedząc obiad, który nam przygotował zauważyłam, że nieco się pomyliłam. Spożywaliśmy posiłek w ciszy, gdy nagle mojemu mężowi łyżka wyleciała z ręki. Spojrzałam na niego, a następnie obróciłam się w jego stronę i złapałam go za rękę.
- Kochanie, co jest? - spytałam. - Co się dzieje? - ujęłam jego twarz w dłonie i skierowałam w moją stronę.
- Przecież on ci nic nie powie... - zaczął Castillo.
- Ciii... - uciszyłam go i z powrotem zwróciłam się do swojego męża. - Wszystko w porządku?
- Martina... - wymruczał.
Sekundę później zadzwonił telefon.

* - fragment piosenki 1D - "Perfect".

Hej! Jak myślicie, co się dzieje z Martiną? Czy to zwykły przypadek z tym telefonem, czy raczej przypadki nie istnieją? A tak w ogóle co sądzicie o przeprowadzce Galindo do willi Casttio? Czy to rzeczywiście pomoże Angie, czy raczej pogorszy sprawę jeszcze bardziej? Tego dowiecie się czytając następne rozdziały ;)

Do zobaczenia niebawem! :*
bloggerka