wtorek, 28 stycznia 2014

Jednorazówka - Nasze pierwsze wspólne chwile...

Napisałam to, z okazji
czterech miesięcy boga.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba!
Pierwszy dzień w nowej szkole... Okaże się koszmarem? A może piękną bajką? Stoję przed drzwiami Studia 21... "Dobra, wchodzę..." - pomyślałam. Otworzyłam drzwi. Zaczęło się nawet fajnie... Od razu usłyszałam muzykę, która przecież jest moją miłością. Kawałek dalej, zobaczyłam chłopców, którzy bardzo ładnie tańczyli... Kompletnie nie wiedziałam, gdzie mam iść, ani co mam robić... Nikogo tutaj nie znałam, oprócz wujka Antonio, który tak naprawdę to nie był moim wujkiem, tylko przyjacielem rodziny. Ruszyłam kawałek dalej. Zobaczyłam półkę, na której było mnóstwo nagród, oraz dyplomów. Na wszystkich było napisane "dla Studia 21, za...". Naprawdę, było tego bardzo dużo. Nagle, po lewej stronie, zobaczyłam informację, dla nowych uczniów. Podeszłam do niej.
- Dzień dobry. - przywitałam się.
- Witam. - przywitał mnie bardzo miły i uśmiechnięty nauczyciel. - Jesteś tutaj nowa, prawda? Możesz mi się przedstawić?
- Nazywam się Angeles Saramego.
- Ach! To Ty jesteś tą dziewczynką zaprzyjaźnioną z Antonio, tak? Znajomi mówią do Ciebie Angie. Też mogę Ci tak mówić?
- Oczywiście. - z minuty na minutę coraz bardziej zaczęłam lubić tego nauczyciela.
- To witaj w naszym Studio, Angie. Ja nazywam się Gregorio i uczę tutaj tańca. Mam przyjemność mieć z Tobą zajęcia codziennie. Sądzę, że będziesz się świetnie uczyła.
- Dziękuję panu.
- Proszę. Tutaj masz swój plan zajęć i kluczyk od szafki, a na tej karteczce masz jej numer. Możesz w niej trzymać co tylko chcesz. Mam nadzieję, że szybko się odnajdziesz w naszej szkole.
- Jeszcze raz dziękuję. - powiedziałam i odeszłam, aby znaleźć swoją szafkę.
Dość łatwo było mi ją odnaleźć. Zerknęłam na plan, który wręczył mi ten przemiły nauczyciel. Według niego, miałam mieć teraz lekcje śpiewu w sali do występów, właśnie z moim wujkiem. "Całkiem niezły początek, co nie Angie?" - rozmawiałam sama ze sobą. Bardzo bałam się przejścia do tej szkoły. Mimo, że moja siostra i wujek ją tak wychwalali, to bałam się, gdyż moja siostra w tym roku skończyła już do niej uczęszczać. Zaczęła już karierę jako piosenkarka,  ja nie znałam tutaj, tak właściwie nikogo... Usłyszałam dzwonek na lekcję. Ruszyłam w stronę wyznaczonej sali. Oczywiście ta lekcja była luźniejsza, gdyż była to lekcja zapoznawcza. Okazało się, że jako jedyna ze swojej grupy nikogo nie znam... Wszyscy, którzy w niej byli, znali z niej przynajmniej jedną osobę, tylko ja byłam taka samotna... Byłam zbyt nieśmiała, żeby do kogokolwiek zagadać, a pewnie przez to, inni patrzyli na mnie jak na dziwadło... Taka szara myszka... "No trudno... Poradzimy sobie jakoś..." - pomyślałam. Lekcja zleciała mi bardzo szybko, gdyż wujek pytał się mnie, jak sobie daje radę. Czy znalazłam już swoją szafkę, czy już wiem gdzie jaka sala się znajduje... Wyszłam z klasy, jak zwykle ostatnia. Wychodząc wbiegł na mnie jakiś chłopak, przez co się przewróciłam.
- Pablo! Uważaj co robisz! - krzyknął mój wujek.
- Spokojnie, panie dyrektorze! Lepiej niech ta idio... - spojrzał się na mnie. - Przepraszam Cię... - zwrócił się do mnie i pomógł mi wstać. - Bardzo się śpieszę... Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Cześć! - pobiegł dalej.
- Cześć... - odpowiedziałam, mimo, iż wiedziałam, że mnie już nie usłyszy.
Zaczęłam iść razem z wujkiem korytarzem. Mimo, iż nawet nie znałam tego chłopaka, raptem wiedziałam, że ma na imię Pablo, cały czas zadręczałam sobie Nim głowę... Był nawet przystojny... Ale jak można się zakochać, w osobie, którą się widzi pierwszy raz w życiu?
- Wujku, a tak właściwie, to kto to był? - zapytałam.
- Pablo? Ach... Nawet nie wiem, jakim prawem jeszcze Go tutaj trzymam... Ma kiepskie oceny, cały czas rozrabia, wagaruje... Jednym słowem: łobuz. Chyba każda naiwna dziewczyna już z Nim chodziła. Radzę Ci na Niego uważać.
Czyli On jest aż taki zły? Nie chciało mi się w to wierzyć. Na każdej przerwie, miałam nadzieję, że spotkam się z Nim na korytarzu... Że jeszcze raz wbiegnie na mnie niechcący... Lecz niestety, moje marzenia się nie spełniły. Lekcje skończyły się bardzo szybko i wróciłam do domu.
- I jak tam pierwszy dzień w Studio? - zapytała Maria.
- Bardzo fajnie... Fajna szkoła... Nauczyciele...
- Znalazłaś sobie już jakieś koleżanki?
- Nie... Jeszcze nie... Tak właściwie, to z nikim jeszcze nie rozmawiałam, oprócz wujka Antonio i takiego chłopaka...
- Chłopaka?
- No tak... Ale tego nawet nie można by nazwać rozmową...

Dzień w dzień, chodziłam do Studio z nadzieją, że znowu Go gdzieś chociażby zobaczę, lecz niestety... Nie widywałam się z Nim... Któregoś razu, ponownie zaczęłam rozmawiać z wujkiem o tajemniczym chłopaku, o imieniu Pablo i kasztanowych włosach...
- A jak tam ten cały Pablo?
- Zrobił Ci coś?
- Nie, nie... Tak z ciekawości się pytam, bo jakoś się z Nim nie widuję... Wagaruje?
- Nie. O dziwo jest na każdej lekcji od początku roku. Oceny ma o wiele lepsze niż w zeszłym roku... To naprawdę jakiś cud... Może chłopak się zakochał i chce komuś zaimponować?
- Możliwe... - w duchu miałam nadzieję, że to nie prawda, bo na pewno nie chodziłoby Mu tu o mnie.
Wyszłam ze Studio i szłam parkingiem. Nie zauważyłam, jak samochód wyjeżdża i przez moją nieuwagę, by mnie potrącił, gdyby nie pewna osoba, która mnie stamtąd szybko popchnęła. Upadłam na ziemię.
- Nic Ci nie jest? - był to chłopak. Poznałam po głosie.
- Nie... Raczej nie... - spojrzałam Mu się w twarz. Tak... to był On... - Dziękuję Ci... - to jedyne słowa, jakie udało mi się wtedy wypowiedzieć.
- Mało by brakowało i wylądowałabyś w szpitalu, a szkoda by było, żeby taka ładna dziewczyna coś sobie zrobiła.
Zarumieniłam się. Cały czas patrzyłam Mu się w twarz. Nieśmiało, bo nieśmiało, ale jednak patrzyłam... Miał taki błysk w oku... Ewidentnie był zakochany, gdyż oczy Mu się świeciły. Nie, On nie mógł być zakochany... Przecież jest podrywaczem... Nie mam u Niego szans...
- Jeszcze raz Ci dziękuję. - powiedziałam wstając.
- Poczekaj. Może Cię odprowadzę?
- Nie, dziękuję... Poradzę sobie sama.
- Ale jesteś pewna?
- Tak. - powiedziałam i odeszłam.
Całą drogę biłam się z myślami... Przecież wujek mnie przed Nim ostrzegał, a ja głupia pozwoliłam sobie się w Nim zakochać... W duchu modliłam się, aby szybko mi przeszło. Na drugi dzień w Studio, jak na złość, widywałam się z Nim na każdej przerwie, chodził za mną... I jak ja miałam się Go pozbyć z głowy? Proponował, że poniesie mi torbę, odprowadzi do sali, do szafki, ale ja nie chciałam się zgodzić...
- Dlaczego tak za mną chodzisz? - zapytałam w końcu. - Chcesz mnie poderwać, jak inne, a później rzucić, jakbym była jakąś rzeczą, tak?
- Nie...
- To o co Ci chodzi? Aaa... Już wiem... Chcesz mnie pewnie zaciągnąć do łóżka i się ze mną przespać? Przykro mi, ale ja się nie puszczam na prawo i lewo!
- Nie...
- To powiesz mi w końcu o co Ci chodzi?!?
"Najpierw ratujesz komuś życie, a później czujesz się za niego odpowiedzialny..."* Nie chcę, żeby stała Ci się jakaś krzywda... Boję się o Ciebie...
Od dawna chciałam to od Niego usłyszeć, lecz już nie teraz... Chciałam Go wyrzucić, z głowy i z serca... Ale to było takie trudne...
- Może mi jeszcze powiesz, że wcale nie miałeś kilkudziesięciu dziewczyn? - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Nie będę kłamał... Miałem kilka dziewczyn, ale do żadnej nie czułem tego, co do Ciebie... Ty wydajesz mi się wyjątkowa... Naprawdę... Jesteś śliczna i mądra... Żadnej jeszcze tego szczerze nie mówiłem, lecz Ty naprawdę mi się podobasz... Gdy Cię widzę, to czuję motylki w brzuchu... Umówisz się ze mną?
On na pewno kłamał... Pewnie byłam dla Niego tylko "czymś trudniejszym do zdobycia"... Nowością... Dlatego tak bardzo chciał mnie zdobyć, bo wszystkie inne były dla Niego łatwe... Lecz przez te słowa ciężej było mi się pozbyć mojej miłości do Niego... Ale wiedziałam, że On jest nieodpowiedni dla mnie... Że na pewno prędzej czy później sprowadzi mnie na złą drogę.
- Nie... Nie umówię się z Tobą.
I tak mijał dzień, za dniem... Starałam się Go unikać, lecz to było bardzo trudne... Codziennie mnie szukał i nalegał, abyśmy poszli na randkę.
- Proszę... Daj mi tą jedną szansę... Zobaczysz, że jestem inny, niż wszyscy mówią... Że się zmieniłem...
- Ale ja naprawdę nie mogę...
- Dlaczego?
- Nie mogę...
W końcu udało Mu się zdobyć mój numer telefonu. Z tym sobie jeszcze jakoś poradziłam, bo wystarczało, że wyłączyłam komórkę i już mi nie przeszkadzała... Tak bardzo chciałam się z Nim umówić, lecz wiedziałam, że nie mogę... Po jakimś czasie, dowiedział się gdzie mieszkam. Przychodził codziennie pod dom i prosił ciągle o to samo.
- To ten chłopak, tak? - zapytała mnie Maria.
- Tak...
- To dlaczego się z Nim nie umówisz? Przecież On też Ci się podoba.
- Ale poznałam Jego przeszłość... Twierdzi, że dla mnie się zmienił, ale ja w to wątpię...
- Dopóki się z Nim nie spotkasz, to się nie dowiesz... No już, zejdź do Niego.
Może i Maria miała rację? Może powinnam była się z Nim spotkać? Poznać Go lepiej? Zeszłam do Niego na dół, lecz od razu dostałam paraliżu, ze szczęścia, że On rzeczywiście chce się ze mną spotkać.
- Angie, proszę... Umów się ze mną...
- Ja... - miałam się zgodzić, lecz znowu moje obawy opętały mój mózg. - Nie... nie mogę...
- Ale dlaczego? Chociaż powiedź mi dlaczego nie? Co jest we mnie nie tak?
- Chcesz wiedzieć, co jest w Tobie nie tak? - miałam już załzawione oczy. - To, że Ty też mi się podobasz! Podobasz mi się i to bardzo! Tyle, że słyszałam o Tobie mnóstwo złych rzeczy, których ja nie chce robić! Dlatego się z Tobą nie umówię! Przy Tobie tracę kontrolę nad sobą! - zaczęłam już całkowicie płakać. - Nie jestem już tą zwykłą Angie!
- Proszę nie płacz... - usiedliśmy oboje na schodach, przed domem. On przytulił mnie do siebie. Był taki ciepły i umięśniony. - Prawda... Robiłem wiele złych rzeczy, lecz dla Ciebie postanowiłem się zmienić... Dopiero teraz zrozumiałem, że byłem idiotą... Daj mi tę jedną szansę... Jeśli stwierdzisz, że nadal jestem taki, jak kiedyś obiecuję, że dam Ci spokój... Jeszcze tego nie mówiłem żadnej dziewczynie i mogę Cię tym przestraszyć, ale... Kocham Cię... - powiedział mi na ucho. - Miłość czyni cuda...
"Słowo 'Kocham' to przysięga..."** Skoro to powiedział, to powinnam Mu dać szansę... Może naprawdę się zmienił?
- Boję się... - powiedziałam.
- Czego się boisz?
- Boję się, że wciągniesz mnie w jakieś kłopoty...
- Angie... - spojrzał mi w oczy. - Możesz mi zaufać... Nawet jeśli Twoim zdaniem nie zmieniłem się i nadal robię podłe rzeczy, to nie będę Cię w nie wciągał. Nie chciałbym, żebyś popełniała takie same głupstwa, jak ja... Proszę, zgódź się...
- Dobrze...
- Naprawdę? Zobaczysz, że tego nie pożałujesz.
Miałam coś powiedzieć, lecz moje usta zatopiły się w Jego pocałunku...  Całował mnie tak delikatnie i czule... Byłam z tego powodu taka szczęśliwa... Od dawna o tym marzyłam...
- Ja Cię naprawdę kocham... - szepnął mi do ucha.
W tej chwili byłam naprawę radosna. Nic, a nic nie mogło mi popsuć tej wspaniałej chwili. Oczywiście, łatwo było się domyślić, że nasza randka to była tylko formalność...

*Randka*
Byliśmy umówieni na siedemnastą, lecz w pokoju siedziałam od jedenastej i zastanawiałam się w co się ubrać, uczesać... Zdecydowałam, że uczeszę się w luźną kitkę, a ponieważ na dworze było zimno postanowiłam, że założę mój ulubiony biały płaszcz, jasno-brązowe spodnie i kozaki za kolana. Odliczałam minuty do piątej... Gdy tylko dłuższa wskazówka pojawiła się równo na dwunastce rozległ się dzwonek do drzwi. Jak szalona wybiegłam z pokoju i pobiegłam, aby Mu otworzyć, lecz mój tata mnie ubiegł...
- Dzień dobry. Przyszedłem do Angie...
- Imię? Nazwisko? Adres zamieszkania? - wypytywał Go ojciec.
- Pablo Galindo, lat 17, Buenos Aires, ulica...
- Tato! - powiedziałam. - Daj Mu spokój.
- Dobrze córciu, tylko... - skierował się do Pabla. - Waż mi się ją skrzywdzić, a uwierz, że znajdę Cie nawet na Alasce...
- Oczywiście... - odparł przerażony.
- Chodź. - powiedziałam, złapałam Go za rękę i wyszliśmy na zewnątrz.
- Masz bardzo fajnego tatę... - odpowiedział.
- Ach... Nie przejmuj się. Prędzej czy później Cię polubi. - uśmiechnęłam się.
- Dobrze wiedzieć...
Reszta dnia była naprawdę cudowna. Pierw wybraliśmy się do kina, ale oboje stwierdziliśmy, że film jest naprawdę nudny, w związku z czym, wyszliśmy stamtąd i poszliśmy do małej restauracji. Zamówiliśmy tam coś do zjedzenia. Następnie Pablo powiedział, że ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę, która na pewno mi się podoba.
- Iii... Możesz otworzyć oczy! - zdjął mi swoje dłonie z mojej twarzy.
Zobaczyłam przed sobą piękną, białą dorożkę, ze ślicznym białym koniem. Różowe i czerwone balony w kształcie serc były poprzyczepiane do wozu. Wsiadłam do środka. Na siedzeniu leżał bukiet pełny czerwonych róż. Był taki wspaniały... Zaraz za mną wsiadł Pablo.
- Podoba Ci się? - zapytał i usiadł obok mnie.
- Naprawdę, nie musiałeś... - bryczka ruszyła z miejsca.
- Chcę Ci udowodnić, że jesteś dla mnie naprawdę bardzo, ale to bardzo ważna i, że się zmieniłem... Specjalnie dla Ciebie... Ty mnie zmieniłaś... - objął mnie ręką.
Nieśmiało patrzyłam się w Jego oczy. Można było po nich poznać, że On rzeczywiście nie kłamał. Mówił prawdę... szczerą prawdę... Tak bardzo pragnęłam, aby nasze usta zetknęły się w jednym, zgodnym pocałunku, lecz bałam się... Bałam się zacząć... Miałam szczerą nadzieję, że On zacznie, lecz stwierdziłam, że muszę przejąc inicjatywę i spróbować. "On, na pewno, też tego chce..." - myślałam. Spojrzałam się na Jego usta i zamknęłam oczy. Zaczęłam się delikatnie posuwać coraz bliżej, gdy nagle On dokończył za mnie. Moje wargi zetknęły się z Jego i zatopiły w pocałunku... Drugą ręką objął mój policzek. Nagle z ust zaczął całować mój policzek i przesuwał się powoli w stronę ucha.
- Kocham Cię... - szepnął.
Ogarnęło mnie pożądanie, lecz wiedziałam, że nie mogę Mu się dać. Jeśli mnie kocha, nie zacznie się do mnie dobierać. Mimo, iż tak bardzo miałam na to ochotę, wiedziałam, że nie mogę tego zrobić, bo jeśli tak się stanie, On na drugi dzień mnie zostawi i będę żałowała, że w ogóle się na to zgodziłam. Jego ręka z policzka przeniosła się na mój brzuch. Ogarnęły mnie dreszcze. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a stracę swój rozum i stanie się coś, czego jednocześnie tak bardzo nie chciałam, a jednocześnie okropnie pragnęłam. Jego ręka zaczęła zjeżdżać coraz niżej, gdy nagle ją zatrzymał.
- Nie... - powiedział. - Ja wiem, że Ty tego nie chcesz... Muszę Ci udowodnić, że jesteś inna niż wszystkie... Warta mojego opamiętania.
Byłam z Niego bardzo dumna. Wtedy do mnie dotarło, że naprawdę się dla mnie zmienił... Nasze usta zatonęły w jeszcze jednym pocałunku...
----------------------------------------------------------------------------------
* - słynny cytat Marka Bromskiego z "Komisarza Alexa" (odc.1)
** - źródło: moja mama. :)


Mam nadzieję, że dzisiejsza jednorazówka z okazji czterech miesięcy się Wam podoba? Komentujcie!

Wiem, mam bujną wyobraźnię :)).
Muszę Wam podziękować, za aż tyle wejść!
Miło mi, że ktoś czyta te moje wypociny! :D

Do zobaczenia już 1 lutego!

bloggerka

Ps. Jak Wam się podobał Gregorio w wersji "dobrego nauczyciela"? :D
Ps.2. Piosenkę, do której pojawił się dzisiaj link, mogliście już spotkać na moim blogu.
Stwierdziłam, że ona bardzo dobrze pasuje do tego rozdziału,
więc postanowiłam jeszcze raz ją tutaj umieścić (i na dodatek uwielbiam ją i jego wykonawcę! :D).
Ps.3. Co sądzicie o nowym tle? Szukałam czegoś fajnego przez 2 tygodnie i znalazłam tylko to :).

wtorek, 7 stycznia 2014

Epilog - Przyjaźń, która przerodziła się w coś więcej, czyli Angie i Pablo na zawsze...

Dla tych,
co nie lubią pożegnań.
Chcę, abyście wiedzieli,
że ja też za nimi nie przepadam. :))
Była sobie dziewczyna, której życie w pewnym momencie się zawaliło, lecz później udało jej się stanąć na nogi. 
Jej życie zaczęło układać się po jej myśli: odzyskała wspaniałą siostrzenice, którą szukała przez wiele lat i, za za którą tak bardzo tęskniła.
Była szczęśliwa, a dzień za dniem przemijał. Nagle na jej drodze stanął jej szwagier, w którym się nieszczęśliwie zakochała. 
Może i byłoby to szczęśliwe, gdyby jej były chłopak, do którego jeszcze coś czuła, nie wyznał jej z powrotem miłości.
Gdy była już blisko ślubu ze szwagrem, jej były ukochany zdobył się na odwagę i zawalczył o nią. 
Dzisiaj są małżeństwem i mają córeczkę, którą nazwali Martina. 
Obiecywali sobie miłość, wierność, oraz, że się nie opuszczą aż do śmierci i tego planu mają zamiar trzymać się do ich ostatnich dni... Czy będą szczęśliwi? No to, to na pewno... W końcu nadszedł czas na wielki finał, który zakończył ich wspaniałą historię. Lecz czy to już koniec? - Nie, na pewno jeszcze nie... Ich życie będzie toczyło się dalej i dalej, będą przeżywali przygody, których nie zapomną do końca życia, lecz o tym innym razem...

- Angie! Potrzebuję pomocy! Ktoś musi przewinąć naszą córkę!
- Już, chwila. - powiedziałam odkładając pamiętnik. - To właśnie jest moje życie i kocham je takie, jakim jest, mimo, że przeżyłam wiele nieprzyjemnych sytuacji...
- Angie!
- Już idę, idę...
----------------------------------------------------------------------------------
Co sądzicie o epilogu? 
Wiem, że nie jest długi, lecz ja nie przepadam za długimi zakończeniami :D.
Mogę Was pocieszyć - to jeszcze nie koniec!
Przed napisaniem 50 postanowiłam, że będę pisała sezony.
Jeżeli, oczywiście sobie tego zażyczycie.
Po prawej stronie zostanie umieszczona ankieta.
Jeśli będzie w niej przynajmniej 10 głosów, powrócę z drugim sezonem!
Będziecie musieli się uzbroić w cierpliwość, gdyż będę potrzebowała teraz trochę czasu
na napisanie kolejnej setki rozdziałów :)).

Widzimy się już 1 lutego!
bloggerka

Ps. Za ten wspaniały tytuł epilogu dziękuję wspaniałej -
Angeles Saramego. Bardzo Ci dziękuję!

Ps.2. Będę tutaj zaglądała codziennie, sprawdzała komentarze i w ogóle.
Możliwe, że będą pojawiały się też jakieś posty,
ale rozdziały, tak jak już wspominałam, będą dodawane dopiero od 1 lutego.
Coś się także pojawi 28 stycznia z okazji czterech miesięcy bloga,
więc możecie tutaj wpadać codziennie :D.
Będzie mi bardzo miło :)).

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 100 - Nadszedł wielki dzień...

Nadszedł ten, jeden z najważniejszych dni w życiu Angie.
Jak sobie z nim poradzi?
Dla wszystkich fanów Angie, oraz Clary Alonso :).
Moje życie zaczęło się wreszcie układać... Wyzdrowiałam już całkowicie, dowiedzieliśmy się kto podpalił nam dom... Co prawda, jeszcze go nie odzyskaliśmy, a straty są potworne, ale mieszkamy na razie w domu Germana. Przyjął nas z otwartymi ramionami. Teraz zrobiło się jeszcze bardziej wesoło niż było. Okazało się, że akurat dzień przed moim terminem porodu, uda nam się wrócić do naszego domu, gdyż zdążą już go odbudować. A co do sprawcy pożaru, to okazało się, że to był tylko przypadek... Fajerwerki... Ale nie chcę już do tego wracać... Najważniejsze, że wszystko się wyjaśniło, a sprawca sam przyznał się do winy... Wybaczyliśmy mu, bo przecież nie zrobił tego specjalnie... Ale to teraz nie jest ważne. Był sobie zwykły dzień... Do czasu... To była ciepła środa w lutym... Zostały mi jeszcze dwa tygodnie do porodu. Przygotowywałam się do tego zawzięcie do tego. Czytałam książki, sięgałam porad... Bardzo chciałam, aby ten dzień był wspaniały, aczkolwiek nie wyszedł tak, jak chciałam. Mimo to i tak był wspaniały... Pablo wrócił po piętnastej do domu. Zjedliśmy przepyszny obiad, który ugotowała nam Olga, a następnie włączyliśmy sobie jakiś film. Skończył się, więc postanowiliśmy sobie włączyć, bo i tak nie mieliśmy nic do robienia... Pablo wypisał wszystkie papiery w pracy, a ja na urlopie nareszcie miałam chwilę dla siebie. No i po chwili się zaczęło...
- Pablo... - zaczęły łapać mnie pierwsze skurcze.
- Tak?
- Mamy mały problem...
- Ja nie widzę żadnego problemu. Wszystko jest w najlepszym porządku.
- Może u Ciebie... - powiedziałam. - Zaczęło się...
- No, tak. Wiem o tym.
- No i nic z tym nie chcesz zrobić?
- No próbuję oglądać ten film, ale nie mogę, bo ty cały czas gadasz!
- Pablo! Nie o to chodzi!
- To o co?
- Zaczęło się! Ja rodzę.
- O mój Boże! Już!?! Tak szybko?!? Przecież termin masz dopiero za dwa tygodnie!
- No, ale jak widzisz, naszemu maluszkowi bardzo się śpieszy na zewnątrz... A teraz pomożesz mi dojechać do szpitala, czy mam sama to zrobić?
- Nie, nie... Już, już... Chodź, chodź...
- Pablo, wszystko gra? Coś się zacinasz...
- Stresuję się i tyle! - powiedział. - O matko... Zostanę ojcem... - mruknął do siebie.
Wsiadłam do samochodu. "Może to jeszcze nie poród?" - pomyślałam, lecz wiem, że się myliłam. Z każdą minutą skurcze były coraz to mocniejsze. Pablo był cały czas w mocnym szoku. Gdy w końcu udało mu się przyczłapać do samochodu, ruszyliśmy. Mam wrażenie, że mój mąż się tym bardziej stresował niż ja... Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie piekielny korek na drodze. Może i nie byłby on taki zły, gdyby Pablo tak strasznie nie panikował.
- Trzymaj się Angie, wszystko będzie dobrze.
- No ja tak sądzę...
- Tylko nie zaczynaj rodzić tutaj...
- Pablo uspokój się.
- Ja? Ależ ja jestem bardzo spokojny... Jestem królem spokoju...
Z jednej strony to było bardzo denerwujące, lecz z drugiej urocze. Rozumiem, że się biedak o mnie martwił, lecz strasznie to przeżywał. Gdy w końcu udało nam się przejechać przez ten straszny korek, mój mąż przyśpieszył, żebyśmy zdążyli do szpitala. Lecz oczywiście, coś się musiało stać... Pewnie zastanawiacie się co? Otóż zatrzymała nas policja.
- A dokąd to się tak pan... o! To przecież pan! - powiedział policjant. - Przecież powiedziałem panu, panie Galindo, że za tamtego aktora to panu daruję, ale proszę dalej uważać co się robi...
- Proszę pana! Moja żona rodzi!
- Powiedzmy sobie szczerze... Nie nabiorę się na to.
- Ale naprawdę...
Nie chciałam oszukiwać, ale naprawdę śpieszyło mi się do szpitala. Więc zaczęłam krzyczeć, żeby się pośpieszyć, bo zaraz urodzę w samochodzie. Gdy tylko policjant to usłyszał, od razu nas puścił. Po ciężkiej podróży dotarliśmy do szpitala po trzydziestu minutach. Zwykle, na pieszo, można było się tam dostać po piętnastu minutach, ale wiadomo jakie ja mam szczęście... Gdy w końcu udało nam się wejść do szpitala, okazało się, że akurat mój lekarz wyszedł. "No trudno... Poradzimy sobie bez niego..." - pomyślałam, ale oczywiście mój mąż się z tym nie zgadzał. Musiał wszczynać kłótnię, że ja bez tego lekarza nie urodzę. Już tak bardzo się nie stresowałam tym rodzeniem. Bardziej martwiło mnie zachowanie Pabla... Po kilkudziesięciu chwilach znalazłam się na porodówce. Nawet nie rodziło mi się tak ciężko, jak przypuszczałam... Po kilku godzinach, wcale nie tak ciężkiej męczarni, jak się spodziewałam, udało mi się urodzić dziecko.
- Gratuluję pani! Urodziła pani... córeczkę!
Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda, po kim ma oczy... Gdy tylko Pablo ją zobaczył to od razu zemdlał. Pewnie z wrażenia. Lekarze wynosili go z sali. Z jednej strony wiedziałam, że nic Mu nie będzie, ale mimo to i tak bardzo się o Niego bałam. W końcu to jedna z najważniejszych, a jednocześnie najbliższych mi osób. Tak bardzo chciałam zobaczyć swoją córeczkę, lecz niestety nie mogłam... Dopiero, kiedy znalazłam się na sali szpitalnej, mogli mi ją po godzinie przywieźć.
- Ojejku... Moja malutka... - była taka śliczna. - Nie wie pani, co z moim mężem?
- A co się z Nim stało?
- Zemdlał podczas mojego porodu.
- A! To ten pan! Lekarzom udało się już go obudzić, ale nadal jest w szoku.
- Szoku?
- No, tak... Nie może uwierzyć, że został tatą.
- A mogłaby Go pani tutaj przyprowadzić, żeby się przywitał z córką?
- A nie stworzy zagrożenia dla dziecka?
- Mój mąż? No niech pani nie żartuje! A jak coś, to ja będę Go pilnować. - uśmiechnęłam się.
- No dobrze... Proszę chwilkę zaczekać.
Pielęgniarka zniknęła w drzwiach, a ja trzymałam swoją malutką córeczkę na rękach. "Ona musi być córką Pabla. Przecież jest nawet do Niego podobna..." - przypomniałam sobie o tym problemie, lecz szybko przestałam o Nim myśleć, bo przyszedł Pablo. Pamiętam jeszcze doskonale, jak pocieszał mnie po stracie Marii... (Przypomnij sobie! - Prolog) Był taki kochany... Niby byliśmy parą, ale to nie było tak na serio... To było tak tylko, aby się wszystkim pochwalić...
- Miałeś rację... - powiedziałam, gdy On wchodził do sali.
- A mogę wiedzieć z czym miałem rację?
- Miałeś rację, że wszystko się jakoś ułoży... Wtedy... jedenaście, a już prawie dwanaście lat temu... Lecz gdy to mówiłeś, nie sądziłam, że będzie właśnie chodziło Ci, o ślub z Tobą... i o dziecko...
- Ja nie mogłem wtedy bez Ciebie żyć. Chciałem Cię pocieszać, być przy Tobie... Wtedy może jeszcze nie wyobrażałem sobie dalekiej przyszłości z Tobą, ale na pewno tą najbliższą, tak... I tak dzień, w dzień... A kiedy nadszedł ten dzień... Ten dzień, kiedy zapukałem do drzwi Twojego domu, a Twoja mama odpowiedziała mi, że Cię nie ma... Że pojechałaś szukać siostrzenicy... Wyczekiwałem dnia, w którym wrócisz, lecz on długo nie chciał nastąpić... W końcu wróciłaś... Miałem nadzieję, że zostaniesz już ze mną w Buenos Aires, lecz to był kolejny błąd... Gdy tylko poinformowałaś mnie, że wyjeżdżasz za tydzień to stwierdziłem, że nie mogę tak żyć... Że nie mogę większość życia czekać na Ciebie w nadziei, że w końcu znalazłaś Violettę i wrócisz z nią do mnie... Bo gdybyś jej nie znalazła, to byś nie wróciła... Jedyne, co Cię powstrzymywało, to ostatnie trzy miesiące szkoły... Później każda rozmowa z Tobą, chociażby przez telefon, dwu minutowa była cudem... Lecz po sześciu latach poszukiwań poddałaś się... Miałem nadzieję, że nasza miłość ponownie rozkwitnie, ale bałem się Ciebie o to zapytać... Gdy w końcu się na to zdecydowałem, pojawił się Twój szwagier, z Violettą. Zauroczyłaś się w nim... I tak było przez pół roku... W końcu stwierdziłem, że tak nie może być... Postanowiłem coś z tym zrobić, bo bardzo cierpiałem patrząc na Ciebie, taką zakochaną... Mimo, iż sądziłem, że nie mam szans postanowiłem to zrobić... I co? I to poskutkowało... Lecz nie na długo... Później w nasze życie wplątała się Jackie, German, Ami... Na przemian czuliśmy się zdradzani, więc ustaliliśmy, że nasz związek nie ma sensu... Jednak długo bez siebie nie potrafiliśmy wytrzymać... I co się teraz dzieje? Teraz mamy dziecko... Wspaniałą córeczkę... Mówiąc "wszystko się jeszcze ułoży... zobaczysz..." nie myślałem, że wszystko ułoży się w taki wspaniały sposób...
Nasza córeczka zaczęła się słodko do nas uśmiechać. Mimo, iż ta historia przytrafiła się właśnie mnie, poczułam się, jakbym była na jakimś romantycznym filmie...
- Nie wiem, czy Ci przekazałem, ale German powiedział, że nie musisz robić tych badań na ojcostwo. Powiedział, że nie będzie nam już mieszał w życiu... - dokończył Pablo. - Chciałby tylko się mógł widywać z tym dzieckiem... Nigdy mu nie piśnie słowa, że jest możliwość, że ono jest jego...
- Boże... Jaki on kochany... Muszę mu podziękować...
- Już to zrobiłem.
- Zauważyłam, że zacząłeś się jakoś specjalnie z nim bardziej przyjaźnić.
- Tak... Bo to w sumie całkiem spoko gość... - odparł Pablo. - Dobra, starczy tego romantyzmu... Daj mi moją malutką na rączki...
- Uważaj tylko na nią. - powiedziałam dając Mu dziecko.
- A wiesz już jak ją nazwiemy?
- Mam pewną propozycję...
- Tak? Jaką?
- Nazwijmy ją Martina...
- Śliczne imię... - powiedział Pablo. - Witaj na świecie malutka Martinko...
----------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że setny rozdział się Wam podobał! :D
Dziecko Angie już jest na świecie. Co sądzicie o jego imieniu? Może być?
Łatwa logika myślenia:
Angie -----> Violetta -----> Martina
(ja już świruję! Nadmiar żelków xD)
Nie przepadam za Martinom, ale imię ma nawet ładne. :)

Pozdrawiam
bloggerka

Ps. Dzisiaj spoilera nie będzie. Jutro dowiecie się dlaczego :).

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 99 - Pożar w domu

Czy Pabla i Angie dotknie nieszczęście?
Co z dzieckiem Angie?
Dowiecie się wszystkiego, czytając rozdział :).
Dzień, jak co dzień... Mieliśmy właśnie wolną niedzielę... Która miała być, jak każda inna, lecz jedna mała drobnostka i cały dzień, i cały najbliższy miesiąc się nam popsuł...
- Pablo, czujesz? Coś jakby się... przypala?
- E tam... Wydaje Ci się, Angie.
- Nie... Nie czujesz?
- Wydaje Ci się. Ja tam nic nie czuję.
Może miał rację? Może tylko mi się coś wydawało? Lecz z minuty, na minutę coraz bardziej pachniało spalenizną, a Pablo nadal tego nie czuł. Dopiero po jakiś piętnastu minutach poczuł.
- Rzeczywiście... Teraz czuję... Pójdę sprawdzić co to.
Pablo poszedł na górę, a ja do kuchni. Zaczęłam robić sobie herbatę. Nagle przerażony Pablo zbiegł z góry.
- Angie, wychodź stąd! - krzyknął zbiegając ze schodów.
Ja za bardzo nie wiedziałam o co chodzi, więc spokojnie zaczęłam wychodzić. Gdy już miałam przejść przez drzwi... Sufit się zaczął zawalać... Dopiero teraz odczułam, że jestem zagrożona... Wyjść już stamtąd nie miałam jak... Wszystkie możliwe przejścia zostały zasypane...
- Dzwoń po strażaków! - krzyknęłam.
- Nic Ci nie jest? Boję się o Ciebie.
A ja się niby o siebie nie bałam? Bałam i to okropnie... Przecież w każdej chwili mogło mi się coś stać.
- Zadzwoń do straży pożarnej!
- Ale nie mam telefonu!
- Idź do sąsiadów! Szybko!
Wyłącz na chwilę "Piosenkę na dzisiaj" i włącz to - "Te creo".
- Nie zostawię Cię tutaj samej!
- Ale jeśli nie zostawisz, to mogę spłonąć!
Wiem, że się o mnie bał... Lecz, co mógł innego zrobić? Nawet się nie widzieliśmy... Dookoła było pełno dymu... Nie widziałam nic oprócz niego... Słyszałam trzaski, oraz żar ognia, a także krzyki Pabla... Bałam się... Okropnie się bałam... Tak naprawdę, to nie chciałam, żeby mnie zostawiał, lecz co mógł innego zrobić?
- Idę, ale zaraz wracam po Ciebie, Najdroższa! - usłyszałam.
Czyli jednak poszedł... Wtedy ogarnął mnie jeszcze większy strach niż wcześniej... Wiedziałam, że postąpił słusznie... Zamknęłam oczy... "Que en tus brazos, ya no tengo miedo..."* Myślałam o Pablo... Zaczęłam po cichu śpiewać... "Te quiero... Te quiero... Que me extrañas con tus ojos..."** On na pewno tutaj wróci i mnie uratuje... On by mnie tak tutaj nie zostawił... "Te creo... Te creo..."*** Już straciłam ostatnią nadzieję, że ktokolwiek mnie uratuje... Że kogokolwiek jeszcze zobaczę... Ale chyba, dla Pabla warto?Ogień był już coraz bliżej... Ostatnia iskierka nadziei wyparowała razem z moimi łzami... Już powoli mnie tutaj nie ma... Odchodzę... "Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak chciałabym umrzeć (...). Ale choćbym próbowała, z pewnością nie wpadłabym na coś takiego... (...) Oto miałam oddać życie za kogoś innego, za kogoś, kogo kochałam. To dobra śmierć, bez wątpienia. Szlachetny postępek. Coś znaczącego."****
Już możesz włączyć "Piosenkę na dzisiaj". :D
Jak jest w niebie? Cudownie... Nie ma trosk... Problemów... Otaczają cię, twoi bliscy... Tak bardzo tęskniłam, za Marią, aż w końcu się z nią zobaczyłam. Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam...
- Witaj, siostro. - przywitałam się.
- Jak Ty mogłaś im to zrobić?
- Jakim: im?
- Im wszystkim! Jak Ty mogłaś odejść i nie walczyć! Wiesz, że wszyscy Cię tam potrzebują, a w szczególności Twój mąż, Pablo. Zabrałaś Mu Wasze dziecko...
- Ono także nie przeżyło?
- Nie, Angie. Gdybyś chociaż trochę powalczyła o siebie, może byście oboje przeżyli, a tak to nie zostawiłaś nic swojemu mężowi... Nic, a nic... Został sam... Pogrążony w ciężkiej żałobie... Teraz będzie cierpiał przez kilkadziesiąt lat, aż w końcu zdecyduje się i popełni samobójstwo...
- Jak to? Dlaczego On to zrobi?

- Nie wiesz? Z tęsknoty za Tobą... Z tęsknoty za Wami...
Boże, co ja zrobiłam? Czy przeze mnie Pablo się zabije? Przecież może sobie żyć na ziemi i czekać, aż przyjdzie Jego czas... Nawet jeśli będę za Nim tęskniła, to On życie ma tylko jedno jedno...

- Angie... Proszę, nie rób mi tego... - usłyszałam.
Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani co tutaj robię. Wszystko dookoła było jeszcze rozmazane, lecz stwierdziłam, że to co słyszę to głos mojego męża.
- Nie poradzę sobie bez Ciebie...
- Pablo... - wyszeptałam.
- Angie... Jesteś? Przeżyłaś... naprawdę cud... Kochanie, wiedziałem, że mnie nie zostawisz... Nie zrobiłabyś mi tego...
- Kocham Cię... - powiedziałam resztkami sił.
- Ja Ciebie też, Najdroższa... A teraz odpoczywaj...
- Byłeś tutaj cały czas?
- Tak... Byłem, jestem i będę... Nie opuszczę Cię na krok...

/Dwa tygodnie później/
Zaczęliśmy się znowu kłócić. Ja twierdziłam, że ten cały pożar to wina Pabla, a Pablo, twierdził, że to moja wina. W każdym razie, ktoś z nas był bardzo nieostrożny. Ale to przecież nie było ważne... Ważniejszą, gorszą rzeczą było to, że zostaliśmy bez dachu nad głową... Cały dom doszczętnie się spalił. Staliśmy na dworze i kłóciliśmy się. Nagle zobaczyliśmy policjanta, który miał przeprowadzić śledztwo, co było przyczyną pożaru. Jednak tego, co się dowiedziałam to się nie spodziewałam.
- Od czego wybuch ten pożar?
- Nie uwierzycie... - powiedział zaprzyjaźniony z nami policjant. - Ktoś podpalił Wam dom...
Byłam w wielkim szoku. Kto mógłby chcieć nas zabić? Kto chciałby nas pozbawić dachu nad głową? Kto, aż tak bardzo nas nienawidzi?
- Czy uda się wam dowiedzieć, kto to zrobił? - zapytałam ze łzami w oczach.
- Jest małe prawdopodobieństwo tego, że nam się to uda. 80% pożarów zostaje niewykrytych... Ale postaramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy.
----------------------------------------------------------------------------------
* - "Że w Twoich ramionach, już się nie boję..." - fragment "Te creo".
** - "Kocham Cię... Kocham Cię... Że już tęsknię, za Twoimi oczami..." - ponowie "Te creo".
*** - "Wierzę Ci... Wierzę Ci..." - i jeszcze raz "Te creo" (żebyście mnie źle tutaj nie zrozumieli: chodziło mi tutaj, że Angie wierzy Pablo, że po nią wróci).
**** - fragment "Zmierzchu", Stephanie Meyer. Prawdopodobnie rozdział 22 - "Zabawa w chowanego".

Podoba się rozdział? - Komentujcie!
Tak... wiem, wiem... Mam bujną wyobraźnie. Czasami, aż za bardzo :D.
Już jutro wielka setka! Mam nadzieję, że będziecie i przeczytacie!


Pozdrawiam :)
bloggerka

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 98 - Piknik rodzinny w Studio

Ten rozdział miał zostać nieopublikowany,
gdyż stwierdziłam, że jest kiepski,
a co Wy o nim sądzicie?
Był ciepły i słoneczny dzień. Niby taki, jak każdy, lecz był inny. Dzisiaj w Studiu miał odbyć się piknik rodzinny, a pieniądze, które zebraliśmy na nim, zostały przeznaczone na zakup nowych instrumentów do szkoły. Piknik został zaplanowany na dziesiątą, lecz z Pablem wybraliśmy się tam dopiero na dwunastą. Gdy tylko przeszliśmy przez drzwi, zszokowała mnie ilość ludzi, którzy pojawili się na nim. Spodziewałam się samych uczniów, z jakimiś ich przyjaciółmi, lecz były tam też starsze osoby i rodzice. Było więcej atrakcji niż się spodziewałam. Tak właściwie, to nie wtrącałam się za bardzo w to, co będzie na tym pikniku, gdyż chciałam obie zrobić niespodziankę, a na dodatek Pablo nie chciał mi zdradzać za dużo szczegółów.
- To był bardzo dobry pomysł, aby urządzić taki piknik. Patrz, ile dzieciaki mają z tego uciechy.
- On nie został zrobiony tylko dla nich.
- Tak? A dla kogo jeszcze? - zdziwiłam się.
- Niedługo się dowiesz...
I znowu! Pablo był tajemniczy! Znowu coś przede mną ukrywał! Ale może to lepiej? Może to by mi się nie spodobało? Wszystko się już niedługo okaże... Starałam się wytropić któregoś z naszych dzieciaków, ze Studia, lecz nie mogłam nigdzie żadnego zobaczyć. Może nie przyszli? Nie... Musieli przyjść, bo przecież ich rodzice tutaj byli. Podeszłam do rodziców Franczeski, bo zobaczyłam ich zaraz przy wejściu.
- Dzień dobry, Francesca przyszła?
- Tak. Tyle, że gdzieś poszła. Mówiła, że musi iść, bo zaraz ma występ ze swoimi znajomymi.
- Aha... Dziękuję. - odeszłam.
"Dziwne... Występ z jej znajomymi... Nic o tym nie wiem... " - pomyślałam. Pablo poszedł ze mną kupić sobie watę cukrową, gdyż jest ona moją słabą stroną. Uwielbiam ją i gdybym mogła, jadła bym ją codziennie.
- Dziwne, że aż tylko osób przyszło z rodzicami. Spodziewałam się, że większość przyjdzie bez.
- Szczerze, to ja też...
- Przecież nastolatki wstydzą się zazwyczaj swoich rodziców...
- No widzisz, nasi uczniowie szanują swoich rodziców i bliskich. Nawet nie wiedziałam, że Francesca ma taką słodziutką kuzynkę.
- Tak. Jest przeurocza.
Świetnie się bawiliśmy. Chodziliśmy sobie tu i tam, kupowaliśmy różne smaczne rzeczy, pograliśmy sobie w jakieś gry... Nasze Studio, na jeden dzień zamieniło się w wspaniałe mini-wesołe miasteczko. Oczywiście, jednej osobie ten fakt nie pasował. Łatwo się domyśleć komu...
Gregorio... On zawsze znajdzie jakieś bezsensowne wytłumaczenie. "Że kto by pomyślał, że Studio, może być wesołym miasteczkiem, bo przecież do miejsce do nauki, a nie do zabawy..." Ten to zawsze ma jakiś problem, ale starałam się nim nie przejmować, bo w końcu, to tylko Gregorio... Nagle, przy stoisku z popcornem zobaczyłam swojego szwagra.
- O hej, German. Też przyszedłeś?
- Tak. Violetta mi powiedziała o tym pikniku. Postanowiłem, że wpadnę.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. - uśmiechnęłam się.
Rozejrzałam się dookoła. Tak, jak do tej pory, miał stać za mną Pablo, tak teraz Go nie było. Schował się gdzieś, bądź ziemia go wciągnęła. Lepiej byłoby gdyby stało się to pierwsze, bo gdyby zapadł się pod ziemią, to już bym się z Nim nie zobaczyła. Mój szwagier wyczytał z mojej twarzy lekkie zakłopotanie.
- Czy coś się stało, Angie?
- Nie... Znaczy tak... Znaczy, Pablo mi zaginął...
- Pewnie ktoś Go zawołał gdzieś, czy coś... Jak chcesz, to możemy Go poszukać.
- Nie... Dziękuję... Zaraz się pewnie znajdzie...
W tej chwili zobaczyłam Violettę. Nie tylko ja się ucieszyłam, że ją zobaczyłam, ale także German. Gdyż twierdził, że jak tylko przyszli Viola musiała gdzieś iść.
- Hej, Angie! Chodź na chwilę gdzieś ze mną. - złapała mnie za rękę.
- Ale dokąd się tak śpieszysz?
- Zaraz zobaczysz...
Spodziewałam się, że chce ze mną podejść do jednego ze stoisk, bądź zaprosić do jakiejś gry. Jednak bardzo się zdziwiłam, gdy zaprowadziła mnie do miejsca, na którym była małą, pusta scena. Kazała mi się stąd nie ruszać i odeszła. Chwilę później usłyszałam muzykę... Leciała melodia do "Algo se enciende". Nagle na scenie stanęła Viola i zaczęła śpiewać pierwsze wersy. Następnie reszta dzieciaków i na samym końcu Pablo, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, gdyż nie lubił występować publicznie.
- Będziemy za Tobą tęsknić! - powiedzieli uczniowie.
- Ale przecież ja nigdzie nie znikam... - byłam pozytywnie zszokowana.
- Przecież niedługo będziesz rodzić! Odwiedzimy Cię. Spodziewaj się nas. - odpowiedzieli. - A to w prezencie od nas i wszystkich nauczycieli Studio. - dali mi do ręki pakiecik zabawek dla małego dziecka.
- Och, dziękuję... Jesteście tacy kochani...
- Uwielbiamy Cię, Angie! Wracaj jak najszybciej do nas!
- Też was uwielbiam... - to było jedyne słowo, które dałam radę powiedzieć.
----------------------------------------------------------------------------------
I, co? Czy jest aż taki zły? Komentujcie!
Za dwa rozdziały będzie coś więcej o dziecku Pangie!
Bądźcie cierpliwi! :D


Pozdrawiam
bloggerka