środa, 10 września 2014

Sezon 3 - Rozdział 9 - Czym tak właściwie jest śmierć?

Nie bójcie się - nikt nie umarł ;)
Jak przeczytacie rozdział dowiecie się,
dlaczego rozdział nazywa się tak, a nie inaczej :D.
- Pablo, nie sądzisz, że powinniśmy się wybrać na cmentarz? - zaczepiłam go w którąś sobotę.
- Na cmentarz? - zdziwił się.
- Tak.
- Poczekaj, ja to wiem...
- Ale co? - nie za bardzo wiedziałam, o co mu w tamtej chwili chodziło.
- Wiem, dlaczego idziemy dzisiaj na cmentarz.
- No, dajesz! - uśmiechnęłam się. - I tak wiem, że nie wiesz.
- Wiem, bo co roku mi o tym przypominasz, ale dzisiaj pamiętam.
- Zaskocz mnie.
- Hmm... Dzisiaj... Wiem! - krzyknął na cały głos. - Niedługo są urodziny Marii!
- Łał... - zdziwiłam się. - Pamiętałeś...
- Nom. - ewidentnie był z siebie dumny. - Po szesnastu latach małżeństwa w końcu się czegoś nauczyłem.

Zaczęliśmy chodzić po cmentarzu. Odwiedziliśmy pierw grób mojej siostry, taty, mamy oraz mojego ojczyma... Następnie podeszliśmy do miejsca, w którym spoczywał asystent Germana. Położyłam torbę ze zniczami na grobie i zaczęłam się modlić. Zobaczyłam, że naleciało na niego trochę liści z drzewa rosnącego obok, więc postanowiłam je sprzątnąć,. Szczotka i szufelka były za grobem, więc musiałam tam przejść, aby je wziąć. Gdy wracałam niechcący szturchnęłam torbę, która poleciała na ziemię. Podniosłam ją, lecz okazało się, że jeden z lampionów na tym ucierpiał i potłukł się.
- Sprzątnij to. Ja wyrzucę i skoczę kupić jeszcze jeden. - powiedział Pablo.
- Serio? Dzięki, bo wiesz, jeszcze musimy odwiedzić tylko jeden grób.
- Wiem, ale wiem też, że jest on bardzo ważny dla ciebie.
Szybko to zmiotłam i włożyłam szkło do torebki po zniczach. Podałam je swojemu mężowi. Zaczęłam razem z Martiną iść powoli w stronę ostatniego grobu w tym czasie, gdy Pablo pobiegł po jeszcze do straganu stojącego przed cmentarzem, aby zakupić jeszcze jeden lampion.
- Kto to tak właściwie jest ten Alfredo Ramallo? Zawsze zapalamy na jego grobie znicz, ale nigdy mi nie powiedzieliście kim on był...
- Naprawdę?
- Tak. Czy to był dla ciebie ktoś bliski?
- Kojarzysz wujka Germana?
- Tata cioci Violetty, prawda?
- Tak... Otóż on był jego asystentem... Zawsze mu pomagał nie tylko w sprawach dotyczących pracy, ale i osobistych... Przez jakiś czas mieszkałam w domu z ciocią Violą, wujkiem Germanem, nim i jego przyszłą żoną, gosposią domową Olgą. Zaprzyjaźniłam się z nim... Wiesz dlaczego zawsze mówię ci, żebyś powiedziała nawet najgorszą prawdę, niż kłamała? Właśnie miałam wtedy takie problemy... Kiedy indziej ci to wytłumaczę... Ale w każdym razie on bardzo mnie wspierał... Pierwszy dowiadywał się prawdy i nie naciskał, żebym ją powiedziała. Stwierdzał, że to przecież jest mój wybór...
- Ty kłamałaś? Nie wierzę w to. - zaczęła się śmiać.
- No niestety... Taka prawda... Przez prawie rok ukrywałam prawdę, że jestem ciocią Violetty.
- Dlaczego? Przecież to nic złego...
- Ale German był w tamtych czasach inny... Jeśli dowiedziałby się tak szybko prawy, nawet bym jej nie zobaczyła... Tak to mogłam się ją nacieszyć...
- I w końcu, gdy nadeszła odpowiednia pora, powiedziałaś jej to w końcu?
- Nie... Nie dowiedziała się tego bezpośrednio ode mnie... Czego żałuję, bo bardzo musiała cierpieć, ale to nie ważne... Najważniejsze, że teraz wie i, że mamy bardzo dobre relacje ze sobą. Traktowałam ją jak córkę... Aż w końcu dorosła...
- Już wiem, dlaczego masz takiego hopla na punkcie kłamstwa... Ale skoro zaczęłaś mi już o wszystkim opowiadać, to może powiesz także coś o cioci Marii?
- O Marii? Wszystko już wiesz... Miałam siedemnaście lat jak odeszła z tego świata... Bardzo ją kochałam mimo, że zawsze we wszystkim musiała być lepsza. W szkole do pewnego czasu nauczyciele pamiętali jak się nazywam tylko dlatego, że byłam jej siostrą. "Angie Saramego? To ty jesteś siostrą Marii?". Przez pierwsze lekcje mówili tak do mnie. Przyznam, że wtedy mnie to denerwowało, ale teraz byłabym z tego dumna. Tak jak ty masz prawo być dumna z tego, że jesteś rodziną z Violettą. A tak w ogóle, każdy ma prawo i powinien być dumny ze swojej rodziny. Ale wracając... Myślałam kiedyś nawet o tym, że ty i Viola były byście jak siostry... Mówisz do niej ciociu i to tutaj jest problemem... Przecież to nie taka duża różnica wieku... Niech no ja policzę... Ty masz szesnaście, ona trzydzieści dwa... już wiem! Szesnaście lat różnicy, to wcale nie tak dużo. Pogadam z nią, co?
- Wiesz mamo dzięki, ale... Tak dziwnie będzie mi się teraz od tego odzwyczaić... Całe życie mówiłam do niej ciociu...
- Jasne, rozumiem. - odparłam. - Ja jeszcze pamiętam, jak byłaś taka malutka... Violetta nosiła cię na rękach... Jak miała przyjść na pierwsze spotkanie, to kupiła ci taki piękny fioletowo-różowy kocyk z kwiatkami...
- Ten taki mały, co znajduje się na strychu w pudełku?
- Skąd wiesz, że on tam jest?
- Ostatnio tam zaglądałam.
- Mogę zapytać, po co?
- Zapytać możesz, ale nie koniecznie musisz otrzymać odpowiedz... - uśmiechnęła się. - Dobrze, powiem ci. Miałam ochotę sobie powspominać... Jak to było, gdy miałam dziesięć lat...
Moja córka była bardzo wrażliwa... Odkąd pamiętam bała się przyszłości. Bała się, że każdy najmniejszy szczególik zniszczy jej przyszłość... Całe szczęście z tego wyrosła. Cieszyło mnie to, że jednak wychowała się tak, a nie na dziewczynę która pali i pije w bardzo młodym wieku. Nagle dołączył do nas Pablo, który przyszedł z dodatkowym zniczem. Zapaliliśmy go na grobie Jack'a [więcej o nim] i zaczęliśmy wracać. Trochę głupio się poczułam, gdyż moja córka wiedziała doskonale kim on był, a nie wiedziała kim był Ramallo...
- Mamo... A czym tak właściwie jest śmierć? - zapytała nagle.
- Śmierć?
- No tak. Dobrze zrozumiałaś.
- Nie możesz sobie poczytać w internecie, jak wszyscy teraz?
- Myślisz, że nie próbowałam? Wpisałam w Wikipedii i wyskoczyło mi coś, czego kompletnie nie rozumiałam.
- Bo tak jest ze śmiercią. Nie rozumie się jej do końca... Większość ludzi zastanawia się, po co jest życie, skoro po nim następuje śmierć? Gdy ktoś umrze, nie znaczy to, że straciliśmy go na zawsze... Przecież ten ktoś obserwuje nas z góry... Czuwa nad nami...
- No tak, ale... Nie, raczej już wszystko wiem. Dzięki mamo.
- Nie ma sprawy. Od tego też jestem. Żeby ci pomagać.
- Ty też będziesz nade mną czuwać, gdy umrzesz?
- Jasne, ja... tata... ciocia Violetta... w końcu kiedyś ty też obiecasz to swoim dzieciom.
- Kocham cię mamo. I ciebie także tato.
- My ciebie też. - odparłam zadowolona z siebie.
Z czego byłam taka zadowolona? Że wychowałam bardzo dobrze swoje dziecko... Jednocześnie byłam przytłoczona tym, że już niedługo nie będę jej potrzebna, ale nie chciałam o tym myśleć...

Kolejny rozdział! :)
Mam nadzieję, że się Wam spodobał.

Do następnego!
bloggerka

Ps. Słyszeliście angielską wersję "Yo soy asi"?
Jeśli nie, to mam dla Was link :). Które Wam się bardziej podoba?
Oryginał czy angielska wersja?
Mnie osobiście hiszpańska, ale ta angielska też nie jest zła ;).

wtorek, 9 września 2014

:/

Pewnie wiecie, od czego jest ten post...
"Chcę nam zakomunikować, że dzisiaj nie będzie rozdziału..." - brawo, zgadliście....
Pewnie jakaś część Was wie, jak to bywa w roku szkolnym :P.
Już 20:00, a ja jeszcze mam połowę pracy domowej do odrobienia...
Wiem, że to dopiero początek sezonu, a ja już zawodzę...
Ale to po części jest wina szkoły, po części moja, a po części tego głupiego Worda, który skasował mi rozdziały na cały pierwszy tydzień... [więcej informacji]
Gdyby nie to, miałabym na rozpoczęcie sezonu 14 rozdziałów, a nie 7...
Zależy mi na tym blogu, bo gdyby tak nie było, to nie zarywałabym nocy, aby napisać coś na drugi dzień... Ale wiecie - szkoła niestety jest ważniejsza... :/
Może i by się dzisiaj rozdział pojawił, ale nie mam na noc internetu, w związku z czym dokończyć go mogę w jakiś notatkach, ale wtedy już nie wstawię -.-
A po za tym, (miejmy nadzieję) jeden rozdział na siedem tygodniowo to i tak bardzo mało ;).

Przepraszam! <3
bloggerka

poniedziałek, 8 września 2014

Sezon 3 - Rozdział 8 - Sprawozdanie z randki (cz. 2)

Druga cześć randki Martiny ;)
Mam nadzieję, że jest lepsza niż poprzednia <3
(*widziane oczami Martiny* - jeśli chcesz, możesz sobie pościć muzyczkę :D)
- W takim razie zrobimy coś z tym? - spytałam nieśmiało.
- A nie powinniśmy? - uśmiechnął się.
- Powinniśmy.
- W takim razie chodź... Pokażę ci coś...
Ruszyłam za nim przestraszona, ale pewna tego co robię... rozkojarzona, ale szczęśliwa... pełna obaw, ale także nadziei... Nadziei na prawdziwą miłość... Dookoła było ciemno... Widzieliśmy drogę tylko dzięki niedużym lampką na drodze... Tym o to sposobem dotarliśmy do niewielkiego jeziorka położonego w centrum naszego parku... Na wodzie, przy brzegu była łódka.
- Panie przodem. - czułam się niczym księżniczka.
Złapałam mojego księcia za rękę i usiadłam w naszej małej żaglówce... Chwilę później dołączył do mnie Tom. Zaczął wiosłować i wypłynęliśmy na środek jeziora. W środku znajdowała się gitara i kosz piknikowy... Mój towarzysz wyjął z niego oranżadę i rozlał ją w dwa kubki. Jeden z nich podał mnie, natomiast drugi zostawił sobie. Tom wyciągnął z koszyka dwa plastikowe pojemniki, które były bardzo gorące. Było w nim spaghetti.
- Wybacz... Takie to mało romantyczne, ale słyszałem, że bardzo lubisz to jeść...
- Dzisiaj i tak czuję się już wystarczająco kochana...
- Martina... Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie naprawdę ważna...
- Tom, mi też bardzo na tobie zależy...
- Powiedz mi, ale tak szczerze... Za kogo mnie miałaś, nim stało się to, co się dzisiaj stało? Za zwykłego chłopaka, czy za typowego podrywacza?
- Mam być szczera, tak? A więc, od zawsze bardzo cię lubiłam... Ale zazdrościłam ci tego, że tylko dziewczyn się w tobie buja, a ja jestem sama... Momentami bez powodu złościłam się na ciebie... tak bez powodu... Ale nigdy nie zrobiłabym czegoś umyślnie, aby ci zaszkodzić... Nawet wtedy, gdy wyprzedziłeś mnie w Tienes el Talento.
- Jesteś sama? Martina, tyle chłopaków się w tobie zakochiwało...
- Widocznie byłam zaślepiona...
- Możliwe, ale jeśli tak... to czym?
- Miłością do ciebie... - zaczęłam sobie nucić pod nosem "Podemos". - Podemos pintar colores al alma... Podemos gritar yee... Podemos volar sin tener alas... Ser la letra en mi cancion.. Y tallarme en tu voz...*
- Mówiłem ci, że masz bardzo ładny głos? - okazało się, że jednak zaśpiewałam to na głos.
- No nie, tego mi jeszcze nie powiedziałeś. - uśmiechnęłam się słodko.
- Więc: masz cudowny głos.
- A ty urocze poczucie humoru... - objęłam swoją dłonią jego twarz.
Sądziłam, a nawet byłam pewna, że to jest jeden z najlepszych dni w moim życiu... Chłopak, który od dawien dawna mi się podobał zabrał mnie na pierwszą randkę... Na dodatek jest uroczo... Czuję się, jakbyśmy latali... Nie chciałam, aby to się kończyło... Jak dla mnie, mogło by trwać wiecznie... Byłam prawie przekonana, że nic nam nie zepsuje tej chwili...
- Wiesz co? - zaczął. - Czasami lubię sobie przyjść nad ten staw i pomyśleć...
- O czym?
- O wszystkim... O życiu, szkole... O tobie...
Myślałam, że to jest tylko piękna baśń, lub sen... Obawiałam się, że zaraz zadzwoni ten głupi budzik i przerwie mi to wszystko... Że zaraz będę musiała wstać i pójść do Studia... A co najgorsze... Że okaże się, że Tom wcale nie powiedział mi, że mnie kocha... Wypiłam swoją szklankę oranżady, lecz nim się obejrzałam ponownie była napełniona przez mojego towarzysza... Odwrócił się na chwilę tyłem i wyjął zza siebie ogromny lampion... Taki, który puszcza się w powietrze... Było na nim napisane "Te quiero mucho Martina!"... On jest cudnym chłopakiem...
- Puścimy go w powietrze... Ten kto się na niego natknie zrozumie, jak bardzo mi na tobie zależy... Gdybym mógł, wystąpiłbym przed całym światem i powiedział, jak bardzo cię kocham...
Ach... Naprawdę w to nie wierzyłam... Nie wierzyłam, że miłość może być taka wspaniała! Sądziłam, że jest straszna, bo gdy się kocha osobę, ale nie może się z nią być, to rzeczywiście jest podłe, ale gdy już wszystko ułoży się po twojej myśli... Lepiej być nie może... W tamtej chwili czułam się spełniona... Zapomniałam, o wszystkim co mnie trapiło... Chciałam być tylko z nim i dzielić tą chwilę wyłącznie z nim... Nie chciałam, aby ktoś nam teraz przeszkodził... "To nie przeznaczenie, ani szczęście, że przyszłaś do mnie! Wyobraźmy sobie, że to magia przywiodła cię tu!"**
- Martina?
- Yyy... Tak?
- Co jest? Czemu jesteś taka smutna?
- Smutna? Ja jestem szczęśliwa, bo właśnie spełnia się jedno z moich najskrytszych marzeń... Takie, które jest z tych nie do wykonania...
- Naprawdę? Myślałem, że to tylko ja od dawna kocham cię jak wariat i nie mogę o tobie nie myśleć...
- Uroczy jesteś... - z każdą chwilą robiłam się coraz bardziej zawstydzona.
Szczerze mu zależało... Gdyby tak nie było... Nie postarałby się aż tak... A to przecież był na razie tylko początek... Ciekawa byłam, czy przygotował jeszcze na dzisiaj jakieś niespodzianki... Ale przecież już na dzisiaj wystarczyło... I tak bardzo się postarał... Moja pierwsza randka, ale zdecydowanie bardzo udana... Nie wierzyłam, że naprawdę moja wieczna miłość do niego w końcu z koszmaru zamieni się w piękną chwilę... Na dodatek prawdziwą... Miłość to wspaniałe uczucie! [tutaj gdzieś skończyło się "Podemos", prawda? :D]
Nagle Tom wyciągnął zza siebie gitarę i zaczął grac przegrywkę mojej ulubionej piosenki.
- Lubisz ją? - zapytał, gdy przerwał.
- Jeszcze się pytasz? Wręcz ją uwielbiam!
- Tak? - zaczął śpiewać i grac.
Ową piosenką było "Yo soy asi" napisane przez męża cioci Violetty... Ubóstwiałam ją... Miała taki cudny tekst... W wersji Toma była jeszcze piękniejsza... [tutaj - wykonanie, które mam na myśli]... "Y es que yo soy asi... Mi vida es alocada...". Gdy skończył patrzyliśmy sobie długo w oczy i...
(*widziane oczami Angie*)
- Buzi?
- Mamo!
- No co? Nie całowaliście się?
- Poczekaj a się przekonasz. Nudzi cię to?
- Nie, jest jak wyjęte z bajki... Ale mieliście tyle romantycznych sytuacji i nic... No już, kontynuuj...
- A o czym to ja? A, już pamiętam.
(*widziane oczami Martiny*)
Stwierdziliśmy, że powinniśmy już wracać, bo zrobiło się tak ciemno, że nie było widać już zupełnie nic... Nawet lampki były już widoczne jak przez mgłę. Tom zaczął powoli wiosłować, abyśmy dopłynęli do brzegu. Lecz nim złapał za wiosła podał mi gitarę.
- Potrafisz coś zagrać?
- Potrafię. - uśmiechnęłam się.
- A zagrasz? - poprosił słodko.
- Troszeczkę się wstydzę...
- No dawaj! Na pewno wyjdzie ci rewelacyjnie.
Normalnie nie gram publicznie, bo się wstydzę, gry na gitarze uczyła mnie mama, więc jeśli przed nią coś mi nie wyszło, tak bardzo się nie wstydziłam... ale mój towarzysz powiedział to tak słodko... Złapałam E-dur i zaczęłam grać przygrywkę, a następnie śpiewać...
- Mi corazon busca sin parar... Una estrella en lo alto de este mar... Si pudieras alumbrarme un camino hacia ti, es posible que te pueda encontrar...***
W tym samym czasie Tom złapał wiosła i powoli wiosłował, abyśmy dopłynęli do brzegu. Nagle, gdy doszłam do refrenu zaczęliśmy śpiewać oboje.
- Tan solo dime donde yo estare... Entre mis brazos yo te cuidare...****
Takim sposobem dopłynęliśmy do brzegu... Mój chłopak pomógł mi wyjść z łódki.
- Zimno ci, prawda? - gdy dotknął mojego nadgarstka chyba poczuł, że mam gęsią skórkę.
- Troszeczkę... - nie zawołam przecież od niego kurtki. - Ale też nie pomyślałam, że nic sobie nie wzięłam.
- Masz. - podał mi swoją bluzę. - Co prawda, to tylko bluza, ale zawsze będzie ci odrobinę cieplej.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
- Idziemy? - zapytał.
- A nie zabierasz tych rzeczy? Zostawiasz je tutaj? Nie boisz się, że ci ktoś je zabierze?
- Nie... Zabiorę je, jak cię odprowadzę.
- Ale przecież ta gitara jest warta tysiąc...
- Ale ty jesteś warta miliony... Jeśli miałabyś wracać o tej porze do domu sama, to musiałbym być nieskończonym idiotą, aby cię puścić...
"Oj, jaki on kochany!" - pomyślałam. Czułam, że się zarumieniłam.
Szliśmy powolnym spacerem, aż w końcu nadszedł moment, że doszliśmy do mnie... Stanęliśmy przed furtką przez co zapaliło się światło przed domem.
- Dziękuję ci. To był naprawdę wspaniały wieczór. - nie wiedziałam, co innego mogę powiedzieć.
- Ja też ci dziękuję.
- Za co?
- Za to, że spędziłaś go ze mną... I, że zgodziłaś się ze mną być... Kocham cię Martina...
- Ja ciebie też... - cicho lecz pewnie mu odpowiedziałam... - Niestety muszę iść.
- No racja... Ale nie pożegnasz się?
- Oczywiście...
W tamtej chwili pocałowałam go w policzek, lecz gdy tylko oderwałam swoje od usta patrzyliśmy na siebie wpatrzeni jak w lusterko... Miałam przeczucie, że on mnie nie okłamał... I, że naprawdę bardzo mocno mnie kocha...
- Te amo mucho... - powiedział i jego usta zbliżyły się do moich.
Pocałował mnie delikatnie... Odwzajemniłam to... Wiem, że nie powinnam, bo to w końcu pierwsze nasze spotkanie, ale jeśli bardzo mi na nim zależy? A mu na mnie... Mimo, że nie zrobiłam nic złego, to czułam się z tym jednocześnie potwornie, a jednocześnie cudownie...
(*widziane oczami Angie*)
- Córciu, nie zrobiłaś źle... Przecież on też nie naciskał... - mówiąc to miałam łzy w oczach... - On cię kocha...
- Wiem mamo... W każdym razie tak sądzę...
Łzy, które spływały mi po policzkach właściwie nie były ze szczęścia... Ale ze smutku też nie... Moja córeczka dorasta... A ta opowieść była niczym wyjęta z jakiegoś romansu...

* - "Możemy malować kolorami duszy... Możemy krzyczeć yee... Możemy latać nie mając skrzydeł... Bądź słowami mojej piosenki... I odnajdź mnie w twoim głosie..." - oczywiście kawałek "Podemos" ^^
** - to oto natomiast jest kawałek polskiej wersji piosenki Violi i Leona - "Możemy" :P.
*** - "Moje serce szuka bezustannie... Gwiazdy wysoko nad morzem... Jeśli możesz oświetlić mi drogę do ciebie, będzie możliwe, że cię odnajdę..." - fragment "Ahi estare" <3
**** - "Tylko powiedz mi, gdzie będę... W moich ramionach zadbam o ciebie..." - także fragment tejże piosenki ;).

Strasznie mi się podoba ten rozdział! A wam? <3
Tak w ogóle, to strasznie namęczyłam się nad tą sceną, co w tle jest "Podemos",
bo chciałam, żeby Tom wyskoczył z "Yo soy asi", po jej skończeniu...
Udało się??? :)

Dobranoc! ;*
bloggerka

niedziela, 7 września 2014

Sezon 3 - Rozdział 7 - Sprawozdanie z randki

Martina wróciła z randki.
Oczywiście nie obeszło się bez wywiadu Angie ;).
Leżałam na kanapie w salonie z pilotem w ręku i przeglądałam kanały... Była godzina dwudziesta druga piętnaście. Pablo już spał, a ja niestety nie mogłam. Chciałam się dowiedzieć, jak moja córka spędziła swoją pierwszą randkę. Do pewnego czasu nie chciało mi się spać... Ale do pewnego... Dopóki były jakieś fajne programy w telewizji, to było okej... A po dwudziestej drugiej, jak zwykle, albo horrory, albo inne plus szesnaście... Leżałam i powoli zasypiałam, gdy nagle rozbudziło mnie jasne światło, które padało z domu. Wyjrzałam przez okno, lecz gwałtownie cofnęłam się do tyłu. Okazało się, że tym światłem była lampa, która wisi nad domem i aktywuje się, gdy zobaczy, że coś większego się rusza. Oczywiście okazało się, że to była Martina z Tomem. Chwilę później można było usłyszeć przekręcające się w zamku. klucze, a chwilę później odgłos ich otwierania. Moja córka zamknęła za sobą drzwi i po cichu zaczęła ściągać buty. Już miała iść na górę, gdy nagle ja ją przestraszyłam.
- No i opowiadaj! Jak tam było? - podskoczyła do góry.
- Mamo, naprawdę...
- Tak, naprawdę mnie to interesuje. Nie pytaj się za każdym razem, tylko mów!
- Dobrze, ale może usiądziemy gdzieś? Chodź do kuchni, bo mam ochotę na herbatę z miodem i cytryną. - ruszyłyśmy ku wskazanemu celu.
Podeszłam do czajnika elektrycznego, nalałam do niego pół litra wody i wstawiłam. Wyjęłam z szafki dwa duże kubki, włożyłam do nich po woreczku herbaty, zalałam wodą do połowy, dodałam cytrynę i mód, zalałam zimną wodą. Postawiłam to na stoliku. Jeden kubek po jednej stronie, drugi po drugiej, a następnie usiadłam na przeciwko mojej córki.
- Teraz mi się nie wywiniesz! - uśmiechnęłam się. - Opowiadaj.
- A podasz jeszcze ciastka?
- Ciastka? O tej porze? - zdziwiłam się. - Jeśli masz ochotę, to jasne. - wstałam i wyjęłam z szafki paczkę czekoladowych ciastek, które rozpakowałam i postawiłam na samym środku stołu. - Już możemy?
- Teraz tak. - uśmiechnęła się i wzięła jedno ciastko do buzi. - A więc...
(*widziane oczami Martiny*)
- Zwariowanych masz rodziców. - powiedział Tom, kiedy opuściliśmy dom.
- Wiem, ale za to ich kocham. Lepiej, że są tacy zakręceni niż na maksa poważni.
- Dokładnie.
No i stało się najgorsze... Zapadła potworna cisza, której strasznie się obawiałam. Chciałam coś wymyślić, aby ją przerwać, lecz nie miałam najmniejszego pojęcia, co mogę powiedzieć...
- A tak właściwie, to dokąd idziemy? - zapytałam.
- Zobaczysz. - uśmiechnął się.
Szliśmy sobie ulicom. Wydawało mi się, że zmierzaliśmy ku parkowi i miałam rację. Doszliśmy do niego i usiedliśmy na ławce przy fontannie. Było tak romantycznie... Aż nagle on zaskoczył mnie pewnym pytaniem, którego się kompletnie nie spodziewałam...
- Martina, wiesz, że mam cię za dobrą przyjaciółkę, prawda?
- Jasne. - kąciki ust uniosły mi się z zachwytu. - Tak, jak ja mam ciebie za przyjaciela.
- Chciałbym się ciebie poradzić w pewnej sprawie...
- Śmiało, pytaj. - byłam z siebie taka dumna, że prosił mnie o radę.
- Słuchaj, bo... - zawstydził się. - Podoba mi się taka jedna dziewczyna... Jest bardzo ładna, miła, koleżeńska i sympatyczna, ale... boję się wyznać jej co do niej czuję... Jak mogę to zrobić?
Z zewnątrz uśmiechałam się do niego, żeby przykryć tym to, co czułam głęboko w sobie... Smutek, żal, nieszczęście... Miało być tak pięknie... Miałam mu powiedzieć, że mi się podoba... A razem z tym pytaniem runął cały mój świat... Chociaż lepiej, że tak wyszło... Inaczej pewnie bym się pogrążyła...
- Powiedz jej to. Prosto z mostu. - chciałam zachować dobrą minę do złej gry.
- A mogę to na tobie wypróbować?
- Oczywiście... - no, przynajmniej tyle będę z tego miała...
- Kocham cię. Nigdy nie przestanę. - powiedział to tak cudownie... rozmarzyłam się przez chwilę...
- Super, świetnie. Na pewno będzie szczęśliwa. - spuściłam wzrok.
- Ale na taką nie wygląda. - ujął mój podbródek i skierował moją głowę tak, abym patrzyła mu się prosto w oczy.
- Czegoś tutaj nie rozumiem... - odparłam.
- Właśnie powiedziałem to, co pragnąłem wypowiedzieć od dawna...
- Wiem. - powiedziałam i zerknęłam na zegarek. - Jest jeszcze wcześnie. Idź do niej i jej to powiedź nim odwaga ci minie.
- Nie rozumiesz? Ja właśnie to zrobiłem. Powiedziałem to, co chciałem właściwej osobie.
Chwila... Czyżby on... miał na myśli... mnie?
- Że co?
- Martina, kocham cię. Bałem ci się wyznać co do ciebie czuję, bo byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi... Bałem się, że się wystraszysz i skończymy naszą znajomość... Martina... Ty jako jedna z nielicznych kumplowałaś się ze mną przed programem... Kibicowałaś mi, chciałaś, abym wygrał... Później, gdy ja ciebie wspierałem w drugim sezonie... Zrozumiałem, że mi się podobasz...
Nie wierzyłam w to, co słyszałam... Podobałam mu się? Bałam się, że to był tylko jeden, wspaniały sen i, że jak się obudzę, to wszystko stracę...
- To dzieje się naprawdę? - spytałam niedowierzająco.
- Tak... - odparł zawstydzony. - Dlaczego uważasz, że nie?
- Może cię to zdziwi, ale ja czuję do ciebie dokładnie to samo... Miałam identyczny problem jak ty... Podobasz mi się, ale wolałam siedzieć cicho i nic nie ryzykować...
Patrzyliśmy sobie w oczy z wielkim błyskiem w oku... Chyba oboje nie rozumieliśmy tego, że to była miłość odwzajemniona... Uśmiechaliśmy się do siebie... Ze szczęścia chciało nam się płakać...
(*widziane oczami Angie*)
- I było buzi! - przerwałam mojej córce.
- Mamo! Dasz mi skończyć, czy będziesz wplatała własne wątki? - zezłościła się.
- No ale powiedz, czy było beso...
- Mam ci spolerować? Co to, to nie! - zaczęłam się śmiać. - Mogę dalej?
- Poczekaj, skoczę szybko po jeszcze jedną paczkę ciastek!
- Ale sklepy są już pozamykane...
- A kto powiedział, że ja idę do sklepu? - odparłam.
Założyłam jakieś kapcie i poszłam do garażu. W jednym miejscu mieliśmy pochowane słodycze i napoje... Wybrałam czekoladowe pierniki nadziewane dżemem. Uwielbiam je! Mają także bardzo fajne kształty.... serduszka, gwiazdki... Wzięłam je do ręki i szybszym krokiem wróciłam do mojej córki. Otworzyłam opakowanie i wyrzuciłam papierek do kosza. Następnie usiadłam na przeciwko i powiedziałam pełna entuzjazmu:
- Dobra, już możesz.

Miałam cały długi rozdział dzisiaj wstawić w jednej części,
ale nie dane mi jest dokończenie go, gdyż się śpię u babci :/.
Jutro pojawi się druga częśc randki Martiny.
Będzie o wiele dłuższa i ładniejsza (w każdym razie tak mi się wydaje :P).

Do jutra! ;*
bloggerka

sobota, 6 września 2014

Sezon 3 - Rozdział 6 - Randka

Zgadnijcie, kto ma randkę ^^
Nie, nie Pangie :P.
Jeśli nie chce wam się zgadywać kto,
to po prostu przeczytajcie rozdział ;).
- Mamo! - krzyknęła moja córka wchodząc do domu.
- Cóż się stało? - zapytałam zaraz gdy weszła do kuchni.
- Czy stałoby się coś złego, gdybym ci powiedziała, że pewna osoba wybiera się na spotkanie z taką drugą osobą, ale płci przeciwnej?
- Zależy... - odparłam.
- No zakładamy, że jest sobie... na przykład pani M. i pan T. zaprosił ją na spotkanie. Nie nazwał tego randką, lecz oświadczył, że będziemy sami... - dopiero teraz zrozumiałam, o co jej chodzi.
- Jej! Martina! Czyli Tom, naprawdę zaprosił cię na "samotne spotkanie"?!?
- Nie, wiesz,  skróty pani M. i pan T. są zupełnie przypadkowe. - uśmiechnęła się głupio. - No jasne!
- Kiedy?! Gdzie!? O której?! - chciałam się wszystkiego dowiedzieć.
- Mogłam przewidzieć, że jak już zacznę, to nie skończę... - cały czas się śmiała. - Dzisiaj o osiemnastej.
- Uuu... Taka późna pora? - kąciki ust uniosły mi się jeszcze wyżej.
- Chyba nie powiesz, że mnie nie puścisz tylko dlatego, że w życiu nie byłam na żadnej randce, prawda mamo?
- Taki miałam zamiar, ale... no trudno... - zrobiłam minę złośnicy. - W końcu nie jesteś już dzieckiem. Czternastolatki w ciążę zachodzą, a ty masz szesnaście i jeszcze na pierwszej randce nie byłaś, więc bym zgrzeszyła nie puszczając cię na nią.
- Czyli przeszkadza ci to, że jestem singielką, tak?
- Nie, ale wiesz... To dla mnie zupełnie nowa sytuacja, dlatego też wydaje się dziwna... Jeszcze nigdy nie znałam kogoś kto tak późno poszedł na pierwszą randkę, ale teraz przynajmniej mogę ci przyznać, że miałaś rację.
- Z czym? - zapytała zdziwiona.
- No z tym, że jak miałaś trzynaście lat powiedziałaś mi, że jak się zakochasz to już tak naprawdę i na długo... Że ciężko ci się już będzie odkochać...
- Naprawdę coś takiego mówiłam? - zdziwiła się. - Co prawda, ja tego nie pamiętam, ale ty wiesz lepiej ode mnie. W końcu jesteś moją mamą. - uśmiechnęła się.
- Nie powinnaś się szykować? - spojrzałam na zegarek. - Szesnasta. Wiesz, kąpiel, makijaż...
- Mamusiu, wybacz, ale ja chcę być sobą. Na co dzień nie noszę makijażu, ale owszem, kąpiel wezmę. To jeszcze tak z godzinkę... Ubiorę się tak, jak jestem teraz... W końcu nie powiedział oficjalnie, że to randka. Spytał się, czy mam czas, aby dzisiaj się z nim spotkać. A po za tym, muszę ci przypomnieć teraz twoje słowa, kazałaś mi się nie zmieniać. I tak też zrobię. Będę sobą w stu procentach, co nie oznacza, że będę brzydko wyglądała.
- Co racja, to racja... - mruknęłam. - Skoro mówisz, że masz jeszcze trochę czasu zanim zaczniesz się przygotowywać na to twoje spotkanie, to może trochę jeszcze pogadamy? Chyba, że nie masz ochoty, albo nie chcesz się zwierzać...
- Jesteś moją mamą i kocham cię. Zawsze mówię ci całą prawdę, ale sama dobrze wiesz, że jak się o nim rozgadam, to już nie przestanę.
- No wiem, ale chętnie dzisiaj posłucham wszystkiego jeszcze raz, więc dawaj...
- Tak? No więc... Wiesz dobrze o tym, że jesteśmy przyjaciółmi. Jakieś dwa miesiące temu, na samiutkim początku wakacji stwierdziłam, że chyba się w nim naprawdę zakochałam... Co mi się w nim podoba? Włosy, oczy... i ten uśmiech... gdy się uśmiecha mimo najgorszych informacji potrafi poprawić mi humor... Jest bardzo miły i kochany... Zawsze, gdy zabiera mnie na coś słodkiego nie pozwala mi płacić, mimo, iż się upieram. Gdy ostatnio byłam z Paulą w Resto Bandzie, on też tam był i odprowadził mnie do domu. Wtedy strasznie padało, więc oddał mi swoją bluzę, abym nie zmokła... Jest świetny... Tylko problem jest w tym, że mam wrażenie, iż jeśli powiem mu, co czuję, tak prosto z mostu, to się przestraszy i nie będzie chciał dalej się przyjaźnić... I nic nie będzie już tak, jak dawniej... Stracę go... Wiem, że może mi to wyjść na korzyść, bo jest mała szansa, że też mu się podobam, ale bałam się zaryzykować. Może po tym spotkaniu okaże się, że chciałby ze mną być? Ale wiem, że muszę być nastawiona, że mogą być jeszcze jakieś inne wyjścia. Może to być przecież zwykły spacer... Taki przyjacielski... No, ale pożyjemy zobaczymy... Wiesz mamo, mogłabym sobie tutaj tak posiedzieć i pomówić o jego wadach i zaletach, ale niestety muszę iść wziąć ekspresowy prysznic, żeby nie śmierdzieć. Umyję jeszcze zęby, ale masz miętówkę, prawda?
- Nie, nie mam... - starałam się, aby moje kąciki ust się nie uniosły. - No dobra, masz mnie... Mam gumy, może być? - rzuciłam jej. - A teraz leć, bo się spóźnisz.
Nie wierzyłam, że zaraz ma wybić godzina pierwszej randki mojej małej córeczki... Właściwie, to ona już nie była taka mała... Miała szesnaście lat... Zawsze uczyłam ją, aby korzystała z życia, bo ma je tylko jedno, ale żeby robiła to tak, aby nie żałowała swoich późniejszych decyzji... Każdy ma lepsze i gorsze dni, ale to miał być zdecydowanie ten lepszy... W każdym razie, miałam taką nadzieję. Chciałam, żeby jej się udało... W końcu pierwszą randkę pamięta się do końca życia... I jeśli mam być szczera, to życzyłam jej, z całego serca, aby się pocałowała, ale wiedziałam, że tak nie będzie... Ona zawsze musi mieć w życiu wszystko poukładane. Jeśli coś zejdzie z tego toru, ale wróci po chwili, to jest jeszcze dobrze... Gorzej, gdy wypadnie i będzie miał ogromne problemy z powstaniem z powrotem... Ale to moje dziecko i muszę kochać je ponad życie...

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, przez co wszyscy potwornie się zestresowali. Ja schowałam się zaraz za progiem, aby nie było mnie widać, natomiast mój mąż poszedł otworzyć.'
- Dzień dobry. Nazywam się Tom... O, to pan? - zdziwił się.
- Tak. Dzień dobry Tom. Mogę wiedzieć dokąd zabierasz moją córkę?
- Pablo, daj mu spokój. - weszłam do przedpokoju, że niby właśnie szłam do kuchni. - Cześć, Martina zaraz przyjdzie. Szykuje się na górze... - w tej chwili nastolatka zaczęła zbiegać po schodach.
Ubrana była tak, jak zwykle. Miała rację. Pozostała sobą. Poprawiła tylko fryzurę, gdyż była uczesana w warkocza na bok, który po całym dniu zdążył się już rozwalić. To i tak u niej było dużą zmianą, bo ona praktycznie nigdy tego nie robiła... Na jej ustach można było zauważyć na dodatek lekki błyszczyk. Ciekawa byłam, co na ten temat stwierdzi pan domu, ale on chyba nie zauważył tego detalu. Pablo pewnie zaraz odpaliłby jakąś odwagę, gdyby zobaczył, że ma szminkę na ustach, więc dobrze się stało, że umalowała się tylko błyszczykiem i tuszem do rzęs. Na dodatek w niedużej ilości. Miała na sobie niebieskie dżinsy, oraz czerwoną bluzkę z białym, dużym sercem na środku. Wyglądała tak, jak zawsze, z tymże miała ten lekki makijaż, co raczej nigdy jej się nie przytrafiało...
- Hej, Tom. - przywitała się. - Bardzo cię wymęczyli pytaniami? - uśmiechnęła się. - No to co? Idziemy?
- Jasne. - przytaknął chłopak. - Do zobaczenia państwu. - pożegnał się.
- Pa. - odpowiedziałam.
Zdziwił mnie fakt, że mój mąż przemilczał całą tą sytuację. Normalnie, to by się rozgadał... Czyżby w końcu stwierdził, że to nie ma sensu? Przemilczy to?
- Martina... - jednak się myliłam.
- Tak tato? - zapytała.
- Bawcie się dobrze. - Pablo uśmiechnął się.
- Dziękuję. - odwzajemniła uśmiech i razem z chłopakiem wyszli z domu.
Odwróciłam się w stronę mojego męża. Nagle obleciały mnie wspomnienia... Stwierdziłam, że on był bardzo aktywny w życiu swojej córki... Razem z nią postawiliśmy we dwoje pierwsze kroki w jej pierwszej szkole i przedszkolu... To on grał z nią w piłkę kiedy miała fazę na futbol... On uczył ją tych zaawansowanych rzeczy na komputerze... Razem z nim i ze mną, nauczyła się miłości do muzyki... Czy można się nauczyć miłości? Można. Miłość, którą się nauczyło, lub uczy jej się polega na tym, że, gdy już się zakochasz nie przestajesz tego kochać. Żeby przestać być w tym zakochanym, musisz się tego oduczyć. Ale wracając... Pablo do tej pory był jedynym najważniejszym mężczyzną w życiu naszej córki... A teraz miało się to zmienić...
- Ona nam dorasta, prawda? - spytałam ze łzami w oczach.
- Prawda... - nie zabrzmiało to zbyt wesoło...

Martina dorasta :).
Jejku, czy tylko ja już mam dość szkoły i chcę wakacje? ;___;

Miłego weekendu! ;*
bloggerka