sobota, 31 stycznia 2015

Blog żyje! ;)

Pewnie parę osób chciało się dostać na bloga w ciągu trzech dni, ale to nie było możliwe, nie?
Powiem, Wam, że było to spowodowane pewną rzeczą z zewnątrz, więc mam nadzieję, że wybaczycie ;).
Ale już wszystko jest gites majonez :D.
Blog czasami będzie niedostępny, bo jestem coraz bliżej ukończenia nowego szablonu
(pomińmy fakt, że miał on się pojawić jakieś paręnaście miesięcy temu xD),
ale nie będzie on zawieszany na dłużej niż 2-3 godziny :P.

Mam nadzieję, że się nie gniewacie ;*
bloggerka

Ps. Zajrzyjcie do zakładki spoilery :).

sobota, 17 stycznia 2015

Sezon 3 - Rozdział 16* - Tato! Znalazłam cię!

Hejo! Witam Was w Nowym Roku! ^^
Jak tam Wam życie mija? ;)
Zapraszam na rozdział! :D
Tej piosenki słuchałam przy pisaniu :P
♪ Piosenka ♪
* - rozdział widziany oczami Martiny.
Tak, wyszłam z domu o porannej porze... Ale nie chciałam zrobić czegokolwiek, co zaszkodziłoby mojej mamie... Jedyne co było moim celem w tamtej chwili to spotkanie się z tatą... Chociażby na chwilę... Bardzo mi na tym zależało... Chciałam wiedzieć, co się u niego dzieje, jak się trzyma... Przecież to jest mój tata i raczej mam do tego prawo! Wyszłam przed piątą rano z domu tak, aby mama jeszcze spała. Spakowałam do swojego plecaka wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy: telefon, portfel, do którego włożyłam większą część zaoszczędzonych przeze mnie pieniędzy, dwie, małe butelki wody, parę owoców i już miałam wyjść z pokoju, gdy nagle przypomniało mi się, że nie mogę wyjść tak po prostu bez słowa... Wtedy to mama zamartwiałaby się o kilkadziesiąt razy bardziej... Wyjęłam z plecaka notes i długopis (nie wiedząc czemu, stwierdziłam, że bardzo mi się on przyda i spakowałam go). Następnie napisałam na kartce wiadomość i położyłam ją na łóżku. Po cichu zeszłam na dół, otworzyłam drzwi i wyszłam. Wychodząc z podwórka jeszcze raz obejrzałam się w stronę domu. Bałam się reakcji mamy... Miałam nadzieję, że nie utrudni mi tego, bo ja i tak nie odpuszczę.

"Dobra, to może pierwszym miejscem, do którego zajrzę będzie dziadka Antonio." - pomyślałam patrząc w telefon. Wiedziałam, że pewnie go tam nie będzie, bo to tylko dwie ulice od nas, ale co tam. Miałam na to całe dwa tygodnie. Szybko znalazłam się na miejscu. Dziadek nie żył już parę dobrych lat, więc rodzicie wystawili jego dom na sprzedaż, ale co się z nim działo przez ten czas? Nie interesowałam się tym, więc dlatego nie wiem nic na ten temat. Zapukałam... raz... drugi... trzeci... Nikt nie otwiera. Nacisnęłam klamkę - otwarte. "Wchodzę?" - zastanawiałam się. - "Wchodzę!".
- Przepraszam... - powiedziałam, gdy weszłam przez próg. - Przepraszam, jest tutaj ktoś?
- Tak, ja jestem. - z piętra zeszła jakaś kobieta. - Słucham?
- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale tutaj, kilka lat temu mieszkał mój dziadek i...
- I dowiedziałaś się o tym, i chcesz, abym się wyprowadziła? Wybacz, ale nie.
- Nie, nie, nie! To bardzo skomplikowana sprawa, ale tak w wielkim skrócie myślałam, że mógł się tutaj podziać mój tata.
- To źle myślałaś. Nie ma go tutaj.
- W takim razie przepraszam jeszcze raz... - zaczęłam iść ku wyjściu.
Starsza kobieta zatrzasnęła za mną drzwi. Coś za bardzo z mojej wizyty się nie ucieszyła... No trudno. Zerknęłam w ekran telefonu. "Gdzie mam teraz najbliżej? Dom Casttio... Nie, tam na pewno go nie będzie... Studio? Nie. To będzie trudniejsze niż sądziłam..." - stwierdziłam. Nie wiedziałam, gdzie jeszcze mogę go szukać. Niby wszystko rozplanowałam, ale tak naprawdę nie miałam na nic pomysłu. Znajomi z pracy? Gregorio? Taaa... Na pewno... Beto? Przecież on zaraz wygadałby się innym... Czyli to odpada. U dziadka Michaela w Meksyku nie będę szukać, tak samo jak u cioci Violetty i wujka Diego w Hiszpanii... Gdzie on mógł się podziać? 

Błąkałam się bez celu po zakamarkach Buenos Aires. Zaczynałam już powoli w siebie wątpić... Uważałam siebie za głupią... Minęło trzynaście godzin, a ja nadal nie miałam pomysłu gdzie mogłam go znaleźć... Co ja sobie myślałam? Że oddalę się od domu i znajdę go ot, tak?! Przecież życie to nie bajka... Usiadłam na jakimś murku. Wyjęłam z plecaka wodę i jabłko. Cały dzień nic nie jadłam, a przecież jestem tylko człowiekiem i też muszę coś jeść. Podczas spożywania posiłku wyjęłam z kieszeni telefon i włączyłam w nim mapkę. Znajdowałam się piętnaście kilometrów od domu... Nie miałam już siły... Ale przecież muszę gdzieś przenocować... Zgięłam nogi w kolanach, oparłam na nich twarz i zaczęłam cicho popłakiwać. Nagle zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
- Halo?
- Hej Martina, chciałabyś gdzieś wyjść? - po głosie poznałam, że był to Tom.
- Nie, przepraszam... Nie ma mnie w domu...
- Aha... A jutro?
- Też nie... Nie będzie mnie przez całe wolne...
- A gdzie jesteś? Chwila... - zastanowił się. - Czy ty płaczesz?
- Ja? Nie...
- Martina! Gdzie jesteś?! Co się dzieje!? Mów!
- Nie ważne...
- Jak to nie ważne?! Boję się o ciebie, nie rozumiesz?!?
- Poszłam szukać taty! Właśnie usiadłam, żeby odpocząć, bo jestem zmęczona.
- Gdzie jesteś? Zaraz tam będę!
- Nie fatyguj się, Tom. To bardzo miłe z twojej strony, ale dopóki go nie znajdę nie wrócę do domu. Kocham cię, cześć. - rozłączyłam się.
Siedziałam na tym murku jeszcze z godzinę... Myślałam i myślałam... Stwierdziłam, że jestem bez sensu... Zachowałam się, jak kretynka... Mogłam dłużej nad tym pomyśleć w domu... Dobrze, że noce są ciepłe.... Nagle dostałam SMS'a. Nadawcą był mój tata.
Hej, córciu.
Jak tam?
Kocham Cię :*
Tata.
Żeby wiedział, co się teraz ze mną dzieje... Czułam, że znowu łzy spływają mi po policzkach... Zarzuciłam plecak na plecy, odgarnęłam włosy, wzięłam telefon w rękę i zaczęłam znowu iść przed siebie. Nie powstrzymywałam łez. Szłam nie patrząc na nic. Nagle zderzyłam się z jakimś facetem.
- Uważaj jak chodzisz! - krzyknął do mnie.
- Przepraszam, jestem totalną nieudacznicą! - rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Ej, co jest? - podszedł bliżej. - Dlaczego płaczesz?
- Nie ważne...
- Jak to nie? Chodź, usiądziemy. - wskazał ławkę. - Pogadamy.
Zgodziłam się. Nie mam pojęcia dlaczego zdecydowałam się wyżalać jakiemuś obcemu chłopakowi... Przecież ja go w ogóle nie znam... Mimo to i tak opowiedziałam mu wszystko. Wyżaliłam się mu, wypłakałam i od razu na duszy mi się lepiej zrobiło... 
- Ale sama stwierdziłaś, że on nadal cię kocha...
- Tak, ale to nie to samo. Całe życie go miałam przy sobie, a teraz?
- No w sumie racja... Tak w ogóle to jestem Jeremiasz, ale mów mi Jeremi, a ty?
- Martina.
- Miło mi ciebie poznać. - uśmiechnął się.
- Wzajemnie.
- Masz gdzie spać? Bo wiesz, jak nie, to zapraszam cię do mnie...
- Nie dzięki... - lekko się speszyłam.
- Nie musisz się bać. Nie chcę ci zrobić krzywy, naprawdę. Ja chcę ci tylko pomóc. Prędzej sama byś sobie coś zrobiła błądząc po tych okolicach o tej porze...
Nie wiedziałam, czy się zgodzić, czy odmówić... Z jednej strony był mi on zupełnie obcy, ale z drugiej... nie wydawał się zbytnio agresywny...
- To jak? - spytał. - Idziemy?
- Idziemy. - odpowiedziałam nieśmiało.
Po drodze zadzwoniła do mnie mama. Z resztą nie było to po raz pierwszy, ale wtedy odebrałam. Okłamałam ją, że znalazłam już tatę... Głupio mi z tym odrobinę, ale przynajmniej byłam bezpieczna. Po krótkiej rozmowie rozłączyłam się, a nowo poznany chłopak, zaprowadził mnie do swojego domu. Przestałam się tak bardzo stresować, gdy dowiedziałam się, że mieszka z rodzicami. Poznałam ich. Nie byli zbytnio uradowani moją nagłą wizytą, ale byli dumni ze swojego syna, który pragnął mi pomóc. Opowiedziałam im całą historię, która nieźle ich poruszyła. Dali mi kolację, wykąpałam się i położyłam się spać u nich w salonie. Nim zasnęłam podsłuchałam jeszcze kawałek ich rozmowy:
- Jak się nazywa jej ojciec? Może go znamy?
- Tak naprawdę to nie wiem... - odparł Jeremiasz.
- Nie spytałeś?
- No nie... Próbowałem ją uspokoić, cały czas płakała...
- Ech... no dobrze. Idź już do siebie. Jutro masz szkołę.
Chłopak był w moim wieku, lecz w porównaniu do mnie, chodził on do zwykłego liceum. Całkiem sympatyczny z niego gość. Z myślą o nim zasnęłam.
Następnego dnia obudził mnie odgłos obijających się w kuchni talerzy, lecz mimo to wyspałam się. Wstałam i poszłam zobaczyć kto był tego sprawcą. Okazało się, że był to mój, można by powiedzieć, bohater.
- Hej, Martina. Wstałaś już? Jak się spało?
- Dobrze, dzięki.
- Przygotowałem ci śniadanie. Stoi tutaj na stole.
Zerknęłam w dane miejsce. Stał tam talerz z kanapkami i herbata. Usiadałam i zaczęłam jeść.
- Ja zaraz zmykam do szkoły, ale za godzinę przyjdą moi rodzice. Jak będziesz coś chciała to bierz, nie krępuj się. Masz jeszcze jakieś prośby czy pytania zanim wyjdę?
- Jedno.
- Słucham. - uśmiechnął się.
- Mogę iść z tobą do szkoły?
- Ty się serio pytasz?
- A czemu niby nie? Nigdy nie chodziłam do zwykłego liceum, a nawet podstawówki. Chciałabym zobaczyć jak tam jest.
- A no tak! Ty chodzisz do Studio On The Top... Jasne, możesz iść.
- To poczekaj jeszcze chwilę. Skoczę do łazienki i możemy wyjść. - pobiegłam na górę, lecz chwilę później wróciłam. Jeremiasz wziął plecak, ja wzięłam swój i wyszliśmy.

Jego szkoła była naprawdę bardzo wielka. Po drodze opowiadał mi, że szkoła ma dziesięć klas: trzy pierwsze, trzy drugie i cztery trzecie. On chodził do pierwszej. Szkoła była bardzo zadbana. Stwierdziłam, że mój znajomy musi być lubiany, gdyż od razu przy wejściu wszyscy się z nim witali. Oczywiście nie obeszło się bez złośliwych komentarzy typu: "Wow! Wyrwałeś nową pannę!", ale kazał mi się tym nie przejmować i tak też zrobiłam.
- To jaką lekcję mamy pierwszą? - zapytałam z uśmiechem.
- Pierwsza jest dzisiaj fizyka.
Nie lubiłam tego przedmiotu, ale byłam ogromnie ciekawa, jak wyglądają takie lekcje w zwykłej szkole, a nie tak jak u wszystkich uczniów w Studio - są one prywatne. Gdy zadzwonił dzwonek podeszliśmy pod klasę. Jeremi wyjaśniał coś z nauczycielem, ale ten ostatecznie zgodził się na moją obecność. To było przedziwne co tam się działo! Usiadłam na końcu ze swoim znajomym, aby nie przeszkadzać innym. Tam nie panowała taka cisza jak u nas. Duży harmider. Wydawało mi się, że sam nauczyciel nie potrafi tego kontrolować. Po 45 minutach zadzwonił dzwonek i zaczęliśmy iść do innej klasy.
- I jak tam wrażenia? - zapytał się.
- Jest inaczej niż w Studio, ale wiedziałam, że tak będzie. Dzięki, że mnie tutaj zabrałeś. - uśmiechnęłam się. - Co teraz mamy?
- Muzykę.
- O, to coś dla mnie!
Łatwo się domyślić, że popełniłam błąd. To wyglądało zupełnie inaczej niż lekcja fizyki, czy nawet zajęcia w Studio...
Ostatni w planie był W-F. Był to ulubiony przedmiot Jeremiego. Chwalił mi się, jaki jest z niego dobry. Ponieważ nie miałam stroju na przebranie, mogłam tylko siedzieć i patrzeć, ale i tak się z tego cieszyłam. Musicie wiedzieć, jakie zdziwienie ogarnęło mnie, gdy weszłam spóźniona na salę gimnastyczną i ujrzałam zbiórkę przed nauczycielem, którym był...
- Jeremiasz, gdzie jest ta twoja panna, z którą przez cały dzień chodzisz po szkole?
- Już jestem, przepraszam bardzo za spóźnienie. - spojrzał się na mnie z taką samą miną, jak ja na niego.
- W takim razie wy róbcie rozgrzewkę... Jeremiasz, prowadź... - widziałam w jego oczach małą łzę.
To musiał być on.... Bo gdyby to nie był mój tata, nie zdziwił by się aż tak na mój widok! Podeszłam do niego, a on złapał moją dłoń i zaprowadził do pokoju nauczycieli W-F'u.
- Tato? To ty? - nie mogłam w to uwierzyć.
- Martina? Co ty tutaj robisz? Jak znalazłaś mnie na drugim końcu Buenos Aires?!
- Czy to ważne? W końcu cię odnalazłam! - przytuliłam się do niego.
Łatwo było się domyślić, że rozpłakałam się bez opamiętania.
- Cichutko córeńko... Już... nie płacz... - pocałował mnie w czoło, lecz nadal przytulał tak mocno, jakby bał się, że znowu mnie straci.
Gdy nieco się uspokoiłam zaczął się mały wywiad.
- Dlaczego zaczęłaś mnie szukać?
- Tato, ja cię potrzebuję! Nie mogłam znieść tego, że nie ma cię przy mnie... Zostawiłeś nas, nie mówiąc, gdzie jesteś... Bałam się o ciebie.
- Jak tam mama? Pozwoliła ci tak wyjść?
- Wyszłam zostawiając jej liścik. Nie wiedziała nic...
- A wszystko gra? Spotyka się z kimś?
- Ym... - nie chciałam kłamać, ale też nie chciałam mówić prawdy. - Tak... z twoim bratem...
- Z Edwardem?
- No, tak... Ale ona też za tobą tęskni i martwi się o ciebie... Nie odbierasz od niej telefonów... Ona też płacze w nocy...
- Naprawdę?
- Tak... Tato, my potrzebujemy, abyś przy nas był...
- Chwila... - zerknął na plan. - To moja ostatnia lekcja... Odwiozę cię do domu po tej lekcji.
- Ale wejdziesz?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie. Bardzo się cieszę, że się w końcu spotkaliśmy, ale teraz znowu będę musiał zmieniać pracę...
- Dlaczego, tato... Przecież nie musisz się przed nami chować...
- To jest trudniejsze niż myślisz...
- Nie prawda! Ty chcesz o nas zapomnieć, a w szczególności o mamie... Tylko nie rozumiem po co, skoro nam też na tobie zależy... Tato, może czas przestać się bać teraźniejszości?
Właśnie wtedy przerwał mi dzwonek. Tata pożegnał uczniów, a ja pożegnałam się z Jeremiaszem (przy okazji wymieniliśmy się numerami telefonów) i jechaliśmy do domu.
- Dlaczego uczysz W-F'u?
- Bo nigdzie indziej nie mogłem znaleźć pracy...
- Ale dlaczego porzuciłeś Studio? Wiesz, jaki błąd popełniłeś?
- A to Gregorio nie spisuje się w roli dyrektora?
- Spisuje, ale ty byłeś lepszy...
Po drodze rozmawialiśmy jeszcze o sobie. Jak bardzo się za sobą stęskniliśmy i jak bardzo za nim płakałam. Nie wiem, jak dałam radę bez niego przez te kilka tygodni...

I jak Wam się podoba? :)
Oczywiście historia nie potoczy się tak łatwo :P
Mam nadzieję, że jakoś to wyszło ^^

Jak tam w Nowym Roku?
U mnie nawet nie tak źle :D.

Do zobaczenia! :*
bloggerka

środa, 31 grudnia 2014

Sezon 3 - Rozdział 15 - Przynajmniej mam pewność, że żyje

Czy Angie jest zła na córkę, że ta chciała odnaleźć ojca?
A może ciągle jej zależy na Pablo?
Tego dowiecie się już teraz! :D
Radzę Wam przeczytać ten rozdział
nim przejdziecie do tego nowego ;).
- Rozumiesz? Nie ma jej. Chyba poszła szukać Pabla! Edward, ja nie wiem, co robić... - płakałam.

- Po pierwsze, uspokój się Angie, bo płacz i tak ci w niczym nie pomoże. Ja już jadę do ciebie, jasne? Nie rób żadnych głupstw, ja zaraz będę, okej? Siedź w domu.
- Tylko się pośpiesz... - rozłączyłam się.
Nie potrafię zrozumieć tego, że mogła tak wyjść bez słowa... No dobra, pewnie nawet gdyby coś powiedziała, to i tak bym jej nie puściła... Ale nie wiem, co się z nią dzieje, gdzie jest, czy nic jej się nie stało... Nie wiem, co wzięła ze sobą... Dlaczego zaraz sugeruję, że poszła do Pablita? Przecież to oczywiste... Tęskniła za nim... Nie dziwię jej się, gdyż... dobra, przyznam się, odczuwałam pustkę i to całkiem sporawą... Dobrze, że mam Edwarda, przynajmniej on pomaga mi trochę o nim zapominać. Martina też go w miarę lubi... Niby był to zwykły przyjaciel, ale chyba zależy mu na czymś więcej... Nie to, że bawię się jego uczuciami, bo też zależy mi na nim, ale... Czy to, że on jest jego bratem w czymś przeszkadza? Nie... chyba nie... A z resztą! To z Pablem jest już zakończone! Sam powiedział, że nasz ślub to była jedna wielka pomyłka! Ale chociaż nie chcę się z nim kłócić. Przecież łączyło nas coś wspaniałego... Nagle z rozmyśleń wyrwał mnie dzwonek do drzwi, który zadzwonił dwukrotnie. Zeszłam i otworzyłam. Ku moim oczom ukazał się brat mojego byłego, który był teraz moim chłopakiem... Ech, to takie... dziwne?
- Hej, kochanie. - pocałował mnie w policzek.
- Cześć. Spójrz tylko na tą kartkę. - podałam mu do ręki kawałek papieru. - Nie uważasz, że poszła go szukać?
- Chyba miałaś rację.
- Edward, ty naprawdę nie wiesz, gdzie on jest?
- Przysięgam ci Angie. Nie mam bladego pojęcia.
- Na pewno? W końcu jesteś jego bratem...
- Mówię całkiem serio.
- No dobra, wierzę ci...
- W takim razie, co robimy?
- Pomyślałam, że pierw pojedziemy sprawdzić, czy nie ma go u Germana. Mimo, że to dziwne, to on tam może być. Później odwiedzimy...
- Ale pomyśl dokładniej. Jedno miejsce, które pierwsze przychodzi ci na myśl, takie w którym da się mieszkać i do którego cię zabrał.
- Wiem! Działka waszego ojca! [przypominajka: sezon 2 - rozdział 87]

Mimo, iż nie wierzyłam za bardzo, że on tam może być, gdzieś we mnie, coś mówiło mi, że dobrze szukam. Ale co by mi dało to, że odnalazłam go, a nie Martinę? Ona od niego pewnie odebrałaby telefon... Martwiłam się ogromnie, ale na samą myśl o tym, że mogę się z nim za moment zobaczyć robiło mi się tak ciepło w środku... Wbrew pozorom, bałam się o niego, ale nie z miłości... Przecież trochę życia z nim spędziłam, więc nie mogłam go tak od razu znienawidzić... Całą drogę patrzyłam się w szybę i rozmyślałam o tym, co zrobię, jak go zobaczę. 
- Nie martw się... Ona się znajdzie. - Edward położył swoją dłoń na mojej. - Będzie dobrze, zobaczysz.
Spojrzałam mu w oczy i lekko się uśmiechnęłam. Przytaknęłam głową. Pewnie myślał, że właśnie tym byłam zmartwiona... Bo w pewnym sensie byłam...
Po półgodzinnej jeździe, w końcu dotarliśmy na miejsce. Gdy tylko samochód wjechał na posesję wyskoczyłam z niego jak szalona i pierwsze co, pobiegłam do domu, który stał niedaleko jeziora. Przebiegałam przez każde pomieszczenie, lecz nikogo tam nie widziałam... Nawet za bardzo nie było widać, aby to było przez kogoś zamieszkiwane... Wyszłam z niego niemile zaskoczona. 
- W garażu też nikogo nie ma. - przybiegł do mnie Edward.
Przeszukaliśmy cały obszar, lecz nie znaleźliśmy nikogo... Nawet nie było żadnego śladu po tym, że ktoś tam mógł rzeczywiście mieszkać. Mimo to, nie traciłam nadziei, że jeszcze dzisiaj go zobaczę. Wymyśliłam sobie, że w momencie, gdy będziemy odjeżdżać on razem z Martiną podbiegną do nas...
- A może najprościej w świecie spróbujesz zadzwonić do Pabla? - zapytał Edward gdy wsiadaliśmy do samochodu, aby zawrócić.
- Myślisz, że nie próbowałam? Nie odbiera...
- A Martina?
- Też nie... Co ja mam robić? Gdzie ona może być?
- A może lepiej będzie, jeśli przestaniemy jej szukać?
- Jak ty możesz tak mówić?! Przecież to jest moja córka!
- Tak, ale chodzi mi o to, że ona nie jest już małą dziewczynką i rzeczywiście wie, co robi... Na pewno się do tego przygotowała, przecież, gdyby wyszła tak bez niczego, to zaraz by wróciła. Gdyby działo się coś złego, to zadzwoniłaby. Nie możesz dawać zaraz na pierwszy ogień najgorszych scenariuszy.
- Możesz mieć rację... Ale mimo wszystko, chciałabym, aby Pablo wiedział, że ona go szuka...
- Angie, wróćmy teraz na spokojnie do domu i zgłośmy zaginięcie na policję.
- Dobrze, ale... nie zgłaszajmy...
- Dlaczego? Przecież wtedy zajmą się tym profesjonaliści.
- Tak, ale... Miałeś w 100% rację... Jeśli nie da znaku życia jutro lub za dwa dni, wtedy zrobimy wszystko co się da.
- Bardzo dobry pomysł... Ale jesteś pewna?
- Tak... Bo jeśli będzie wiedziała, że policja jej szuka, będzie jej jeszcze trudniej odnaleźć tatę, bo przecież nie będzie chciała zostać odnaleziona... - sama nie wierzyłam w to, co mówiłam.
- A więc wracajmy do domu. - wyjechał samochodem z działki.

Pojechaliśmy do mnie. Usiedliśmy przy stole w kuchni i zrobiłam nam herbaty. Zaczęliśmy rozmawiać. Nawet dobrze mi się z nim rozmawiało, ale cały czas myślałam o tym, że dowiem się dzisiaj czegoś co do Martiny i Pabla. Byłam tego pewna, chociaż nie wiedziałam dlaczego... Jakoś tak, czułam to... Nim się obejrzeliśmy minęły trzy godziny...
- Wiesz, chyba będę się już zbierał...
- Tak szybko? - zerknęłam na zegarek. - Rzeczywiście już późno... - nie chciałam zostać sama... zadręczyłabym się myślami... - A może... nie chciałbyś zostać na noc?
- Chciałabyś?
- Gdyby nie, to raczej bym cię o to nie poprosiła. - uśmiechnęłam się.
- Jeśli tego pragniesz... - zbliżył się do mnie i pocałował mnie w usta.
- Chyba wiesz, gdzie mamy... yyy... mam sypialnię, prawda?
- Oczywiście. Wiesz, wskoczyłbym pod prysznic.
- Jasne, chodź. Dam ci czysty ręcznik i się wykąp, a ja zaścielę łóżko.
Weszliśmy na górę. Podałam mu to co miałam, a on zamknął się w łazience. Ja zmieniłam pościel, abyśmy spali pod czystą. Gdy ściągałam poduszkę z mojej szafki nocnej zleciało zdjęcie w ramce. Podniosłam je. Przedstawiało ono mnie i Pabla. Pamiętam dzień, w którym sobie je zrobiliśmy. Były to wakacje pięć lat temu. Cały czas robiliśmy zdjęcia Martinie jak bawiła się na plaży, co ją okropnie denerwowało, więc postanowiła, że porobi nam zdjęcia. Niektóre wyszły lepiej, inne nieco gorzej, ale jedno z nich okropnie nam się spodobało, więc kupiliśmy do niego ramkę i postawiliśmy w sypialni. Nagle coś mnie natchnęło. Postanowiłam dzisiaj po raz ostatni zadzwonić do córki. Wybrałam jej numer i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Martina... - już miałam się rozłączać, gdy nagle...
- Tak?
- Odebrałaś w końcu! Jak tam? Wszystko w porządku? Znalazłaś tatę?
- Tak, wszystko gra... Niedługo wrócę do domu. Nie bój się o mnie.
- To świetnie... A Pablo? Mogę go do telefonu?
- W tej chwili bierze kąpiel.
- Aaa... - odparłam, lecz nieco posmutniałam. - Nie powiesz mi gdzie jesteście, prawda?
- No wybacz, nie. - czułam, że się uśmiechnęła. - Wybacz, muszę kończyć, pa, pa, mamo.
- Pa... - pożegnałam się nim dziewczyna się rozłączyła.
"Przynajmniej mam pewność, że żyje..." - uśmiechnęłam się w duchu, lecz mimo to, rozpłakałam się.
Nagle usłyszałam, że Edward wychodzi z łazienki. Przetarłam oczy, wzięłam piżamę w rękę i zaraz jak on wszedł do pokoju, ja wyszłam do łazienki. Zaczęłam tam płakać, ale starałam się powstrzymać głośne szlochanie. Chyba nie za bardzo mi się to udało, gdyż nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
- Angie, otwórz... - nie musiał długo prosić, bo ogromnie potrzebowałam się do kogoś przytulić. - Dlaczego płaczesz?
- Boję się ogromnie o Martinę... Kazałeś mi się nie martwić, ale sam dobrze wiesz, że to nie jest takie łatwe...
- Nie płacz... Jestem przy tobie... Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć... Przejdziemy przez to... razem... Zobaczysz, będzie dobrze...
- Dziękuję ci...
Szybko się wykąpałam i poszliśmy spać. Tej nocy już nie płakałam... Mogłam już normalnie zasnąć i nie śniły mi się koszmary... Czułam, że to oznacza bardzo dobry początek czegoś nowego... 

Hehe... I za wiele to się nie wyjaśniło, nie? :D
W następnym rozdziale dowiecie się więcej, a za dwa rozdziały ale będzie akcji, a za trzy! :O
Ale to dopiero za jakiś czas ^^
W ogóle nieźle wrobiłam Angie, co nie? :P.
Związek z bratem jej eks *uuu*.
Pierw pomyślałam, że będzie chodziła z Nicolasem, ojcem Clementa,
a później, że z Matiasem (tak, bratem Jade xD), ale to chyba przegięcie :D.

Szczęśliwego Nowego Roku!
Dziś ostatni dzień w 2014 roku (co pewnie wiecie ;D).
Jak dla mnie, był to całkiem dobry rok, mam nadzieję, że dla Was też :).
Tak więc, nie pozostaje mi nic więcej, jak życzyć Wam szalonej zabawy
(nie połamcie nóg, jak ja w zeszłym roku xD)
oraz, przede wszystkim, udanego nowego roku 2015,
aby udało wam się dotrzymać postanowień i spełnić chociaż część marzeń.

Do zobaczenia w przyszłym roku :**
bloggerka

niedziela, 28 grudnia 2014

Sezon 3 - Rozdział 14 - Wydarzenie z przeszłości, które spowodowało kłótnię

Coś czuję, że po tym rozdziale 

mnie znienawidzicie, haha :D.
Łapajcie linka do piosenki, której słuchałam przy pisaniu :P
- Przyszedł do nas list od Germana. - powiedział Pablo wchodząc do pokoju z pismem w ręku.
- Czytałeś jego treść? O czym pisze?
- O tym, o czym ostatnio nam cały czas truje... Co on się tak na to uparł? Nagle mu się na ojcostwo zebrało?
- No wiesz... Może dlatego, że teraz nie ma Violetty w domu, a przecież Martina jest w jej wieku, kiedy oni przyjechali do Buenos Aires...
- Ale tak nagle? Przecież obiecał nam, że zostawimy tą sprawę w spokoju.
- Może wygadał coś Priscilli i ta chce wiedzieć?

- A co ma do tego Priscilla? Dlaczego ty tak właściwie go bronisz? Jesteś z tego zadowolona? Co my powiemy Martinie? "Córeczko, wujek German chce wiedzieć, czy nie jest twoim tatą i chce, abyśmy zrobili testy na ojcostwo, bo jest 50% szansy, że on jest twoim tatą"? Jak ty to sobie wyobrażasz? A może ty go nadal kochasz i tak naprawdę to twój pomysł na ten test?
- Ja bronię Germana? Nadal go kocham? I te prośby to niby moje wymysły? No jeszcze czego! Teraz to szczerze przegiąłeś.
Przegiąłem? Nie pamiętasz, jak jeszcze parę lat temu: "Kocham was obydwóch!", "Kocham cię, ale kocham również Germana i nie potrafię o nim zapomnieć...". Angie, powiedzmy sobie szczerze, to było żałosne.
- Wiesz co? Żałosny, to w tym momencie jesteś ty.Jeśli ci coś nie pasuje, dlaczego po prostu nie wyprowadzisz się i dasz sobie ze mną spokój, skoro byłam taka okropna?!
- A wiesz, że chyba tak zrobię?!
- Idź, proszę bardzo! Nie wierzysz w to, że jesteś ojcem Martiny, mimo tego, że przekonuję cię o tym!
- Ja nie wierzę?! Ja!? To ty razem z Germanem chcecie dowodów! Po za tym, skąd ty możesz wiedzieć, że to na pewno jest moja córka?
- To się czuje Pablo. Wiesz co ci powiem? Boisz się prawdy. Nawet nie będę ci przypominała tego, że zapewniałeś mnie, że nawet jak to nie jest twoje biologiczne dziecko, to będziesz kochał je jak własne. Może i lepiej, żeby Martina się dowiedziała, co zaszło? Przecież nie chcemy jej okłamywać... Chcemy, a ja już na pewno, jej szczęścia.
- I jeśli German okaże się jej jej ojcem, to myślisz, że ona niby będzie szczęśliwa? Radzę ci się co do tego nie łudzić, bo dobrze ją znam.
- Ale nie rozumiesz, że robimy źle?
- Robimy źle? Mylisz się! Jak możemy robić źle, skoro nawet my nie znamy prawdy? Gdyby rzeczywiście German był jej tatą, a my byśmy o tym wiedzieli, to wtedy byśmy ją okłamywali! Nie mam już dłużej siły do ciebie! Wynoszę się stąd!
- Zrób to jak najszybciej, bo ja nie mam siły na ciebie już dłużej patrzeć!
Wyszliśmy z salonu. On, aby skierować się ku gorze, by się spakować, a ja... tak po prostu. Lecz zobaczyliśmy Martinę na schodach, która miała całe załzawione oczy... Czyżby wszystko słyszała? Aczkolwiek, gdy nas zobaczyła pobiegła do swojego pokoju. Zrobiliśmy to zaraz za nią, ale zdążyła się zamknąć.
- Widzisz co narobiłaś?!
- To niby moja wina!? A kto niby przyniósł ten idiotyczny list i rozpoczął całą tą badziewną kłótnię?!
- Kto zaczął krzyczeć!? Z resztą, to nie ma sensu. Idę się spakować. Nie wiem, jak mogłem tutaj wytrzymać z tobą to siedemnaście lat! - wszedł do sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi. Zeszłam na dół i zaczęłam w kuchni przygotowywać obiad. Zaraz pojawiło się w głowie pełno myśli... Czy żałowałam tego co zrobiłam? Nie, bo zgadzałam się z Germanem. Trzeba to w końcu sprawdzić. Czy żałowałam tego, że krzyknęłam, aby Pablo się wyprowadził? Nie mogłam znaleźć na to odpowiedzi. Pomyślałam, że może ma tylko focha i chowa się  w sypialni, a wyjdzie z niej uspokojony i przeprosi, ale nie miałam racji. Byłam tak na niego zdenerwowana... Po jakimś czasie usłyszałam, jak znosi po schodach walizki.
- Chciałaś, to masz! Wynoszę się stąd! Zgadzam się na ten test, ale to koniec z nami, możesz o mnie zapomnieć! Nie będę ci już więcej uprzykrzał życia! Żegnaj! - miał już wyjść, gdy nagle...
- Tato, nie wyprowadzaj się, proszę. - poprosiła po cichu Martina stojąca na schodach.
- Kochanie, muszę... Nie mam wyjścia... - podszedł do niej. - Będę do ciebie dzwonił, pisał, spotykał się... Nigdy nie przestanę cię kochać...
- Nie rób mi tego...
- Wybacz, ale ślub z twoją mamą, to była jedna wielka pomyłka. Kocham cię. - pocałował ją w czoło i wyszedł. Usłyszałam tylko głośny trzask drzwi.
"No co jest? Dlaczego za nim nie pobiegniesz, nie przytulisz, nie pocałujesz, nie powiesz, że kochasz go najmocniej na świecie? Przecież doskonale wiesz, że taka jest prawda! No już, leć!"
- Martina, obiad! - krzyknęłam i usiadłyśmy do stołu.
Jadłyśmy w ogromnej ciszy, co było dla nas nowością. Zawsze było słychać jakieś śmiechy, czy historie, a teraz? Nic. Absolutna cisza, którą nagle przerwała moja córka.
- Jesteś z siebie zadowolona mamo?
- Gniewasz się na mnie za to, że nie powiedziałam ci, że twoim tatą może być German?
- Jak mam być szczera, to mnie jakoś nie poruszyło... Jak mogłaś wyrzucić tatę z domu?
- Nie wyrzuciłam go. Sam chciał odejść.
- To dlaczego nawet nie spróbowałaś go powstrzymać? Przecież kochasz go! W każdym razie kochałaś... To, że ukrywaliście przede mną, że mogę mieć zupełnie innego tatę... To jeszcze zniosę, ale to, iż pozwoliłaś mu odejść... Przecież wiem, że zależy ci na nim... - ledwo powstrzymywała się od płaczu. - Dokończę jeść u siebie. - zabrała talerz i wyszła.


Następnego ranka, gdy się obudziłam miałam nadzieję, że nic już bardziej mnie nie dobije. Na dodatek nie przespałam tej nocy... Nie, nie płakałam, ale... nie czułam jego bliskości... Nikt mnie nie przytulał... Nikt nie powiedział mi na noc, że mnie kocha... Mimo, że miałyśmy z Martiną zajęcia o tej samej porze, wybrałyśmy się do Studio osobno... Ona wyszła pierwsza, a ja parę minut później. Obraziła się na mnie. Czy wybaczy mi kiedykolwiek to, że pozbawiłam go taty na co dzień? Szłam i rozmyślałam na ten temat bardzo dużo... Czułam w sobie ogromną pustkę, tak jakbym nie miała w sobie nic, ale mimo tego,

nie odczuwałam tęsknoty za nim... Bałam się, co się stanie, gdy spotkamy się w Studio, lecz chyba niekoniecznie, ponieważ, gdy się w nim pojawiłam dowiedziałam się od Gregorio, że teraz Studio jest w jego posiadaniu, gdyż Pablo na chwilę obecną zrezygnował. Kiedy to usłyszałam poczułam mocny, ale chwilowy ból w brzuchu. Tak, jakby ktoś mnie w niego kopnął. Stałam, jak wryta.
- Myślałem, że coś o tym wiesz... - powiedział nowy dyrektor Studia.


Minęły dwa tygodnie, a on nie dawał mi żadnych znaków życia. Martina się do mnie nie odzywała i pewnie, gdyby mogła, to też najchętniej wyprowadziłaby się z domu.
- Proszę pani, a co się stało z panem dyrektorem? Dlaczego go nie ma? Kiedy wróci? - pytali. uczniowie.
- Pablo jest chwilowo na urlopie... Niedługo wróci... - miałam nadzieję, że tak się stanie...
- Widzisz co narobiłaś? Jesteś z siebie zadowolona, mamo?
- Martina, ale to jego wybór. Nie możesz mnie obwiniać o to, że odszedł. Powiedz mi, proszę... Dzwoni do ciebie, albo pisze?
- Nagle cię to obchodzi, tak?
- Powiedz, czy daje jakiekolwiek znaki życia... Proszę...
- Tak, on żyje. - odeszła zapłakana.
Moja córka nadal nie mogła się pozbierać. Tęskniła za tatą... Nie dziwiłam jej się... Bez niego w naszym życiu było nudno... Zrobiło się czarno-białe... Każdego wieczora płakałam... Nie mogłam spać, wiedziałam, że czegoś mi brakuje... Ale nie chciałam, aby wracał. Zrobiliśmy test na ojcostwo, lecz nikt, mimo tego, że mieliśmy już wyniki, nie otwierał ich. Martinę on najmniej obchodził, bo Pabla zawsze będzie kochać najmocniej jako tatę. Nie chciałam się do końca załamać...
(w tym samym czasie w pokoju córki Angie ~ *widziane oczami Martiny*)
- "O czym wy rozmawialiście? Dlaczego tata niby ma się wyprowadzić? Dlaczego oddał Studio Gregorio? Moje zdanie się nie liczy?!" Dlaczego nie wyskoczyłaś z takimi pytaniami? - powiedziała Paula.
Odkąd taty nie ma i nie rozmawiam z mamą ona mnie wspiera. Jest moją prawdziwą przyjaciółką i zawsze mogę na nią liczyć. Pewnie, gdyby nie ona już dawno bym zrobiła jakieś głupstwo...
- Myślisz, że było mi łatwo?
- W sumie masz rację, przepraszam...
- Spoko nic się nie stało... Czekaj dostałam SMS'a... To od taty...
Macie już wyniki testu?
Kocham Cię bardzo mocno.
Śpij dobrze, córeczko.
Tata :*
Odpisałam mu na wiadomość i wyjaśniłam mu, że mi na nich nie zależy, a wujek German i mama nie otwierali koperty odkąd przyszła, czyli od jakiś dwóch dni.
- Pewnie strasznie za nim tęsknisz, nie?
- Wiesz jakie to jest okropne? I co z tego, że wysyła mi wiadomości na dobranoc, jak ja chcę się do niego przytulic... Chociaż na mamę też nie powinnam się tak gniewa... Też za nim tęskni... Słyszę to w nocy... Gdy wydaje się jej, że śpię, zaczyna płakać...
- Wiesz, że nie będę mogła teraz do ciebie przychodzić?
- Dlaczego?
- Mówiłam ci już, ale tym razem wybaczam ci, że nie pamiętasz. Mamy teraz dwutygodniową przerwę w Studio, a ja wyjeżdżam do Hiszpanii...
- Rzeczywiście mi opowiadałaś, przepraszam.
- Spoko.
- Chwila mamy dwa tygodnie przerwy?
- No... tak...
- Mam pomysł!
- Ja to już jakoś czarno widzę... Ale mów.
- Muszę go odnaleźć. Przecież tak nie może być, że on tylko do mnie dzwoni i wysyła SMS'y... To mój tata i potrzebuję go przy sobie. Musimy się wspierać. Będę go szukała. Zrobię wszystko, aby w końcu się do niego przytulic.
- Świetnie, ale jak zamierzasz to zrobić?
- Pierw odwiedzę jego znajomych i krewnych tych, o których wiem. Któryś z nich na pewno coś wie...
- A jeśli nie?
- To przeszukam całe Buenos Aires.
- A jak wyjechał na przykład do Europy?
- Nie wyjechał. Ja to czuję. On jest gdzieś niedaleko...

Nie bój się o mnie.
Wiem co robię.
Niedługo wrócę.
Wybaczam Ci, mamo ♥
Martina

Hejo! Jak się rozdział podobał?
Mam nadzieję, że jakoś zniesiecie te parę dni/tygodni do nowego rozdziału ;).
Wybaczcie, ale jakoś tak obudziłam się wczoraj i... bum! Olśniło mnie xD.

Do zobaczenia (niedługo!) :*
bloggerka

czwartek, 25 grudnia 2014

Jednorazówka - Magiczny czas świąt

Święta się jeszcze nie skończyły,
a więc ja zapraszam Was
na świąteczną jednorazówkę! :D
Święta... Jedni je kochają, inni - wręcz przeciwnie - nienawidzą ich. Ale dlaczego, to chyba nigdy tego nie zrozumiem... Co prawda, nie przepadam za tym świętem, ale żeby tak od razu go nienawidzić? Pewnie jesteście ciekawi, dlaczego ja nie lubię tego święta. Będąc dzieckiem, wydawało mi się ono wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Chyba nie trudno się domyślić, że działo się to za sprawą jednej, magicznej osoby - Świętego Mikołaja. Ta nadzieja, że kiedyś go zobaczę i, że to on właśnie przynosi prezenty... Ach, jak ja za tym tęsknię... Lecz niestety, z wiekiem ta radość przepada... Ubieranie choinki, wyszukiwanie pierwszej gwiazdy na niebie, czy nawet tradycyjny obiad z rodziną przestają cieszyć. Najlepszy okres świąt, jaki ja przeżywałam, był gdy miałam od siedmiu do jedenastu lat... Wtedy najwięcej mogłam zrobić, najbardziej we wszystko wierzyłam... A teraz? Sama muszę kupować prezenty i gdy nieraz widzę ich cenę potrafię się nieźle przestraszyć. Chociaż święta, gdy Martina była mała, też były całkiem niezłe. Widziałam, że cieszy się z tego wszystkiego, tak jak ja, gdy byłam w jej wieku... Teraz to wszystko minęło... Mimo, iż bardzo chcę, aby chociaż ta magia i euforia wróciły, to nic się nie da zrobić...
Tego roczne święta mieliśmy spędzić inaczej. Od kiedy Martina jest na świecie spędzaliśmy je tylko w czwórkę: ja, Pablo, ona i mój tata. Parę lat później Antonio zmarł, więc robiliśmy to tylko w trójkę. Lecz tym razem miało się to odbyć w trochę inny sposób. Mieliśmy się spotkać bardzo dużą grupą. Ja z Pablem wraz z naszą córką, Violetta z Diego razem z Facundo, German z Olgą i Priscillą w związku z tym, Ludmiła z Federico. Byłam bardzo ciekawa, jak to może wyglądać. Oczywiście całą kolację przygotowywała Olga wraz z Priscillą, gdyż to właśnie w domu Casttio odbywało się święto. Ja zaproponowałam, że mogę pomóc. Ciężko było do tego nakłonić Olgitę, gdyż "nie chcę, abym się przemęczała", ale w końcu namówiłam ją do tego, aby dała mi chociaż zrobić jakieś małe przystawki.
Wstałam rano, przed godziną dziewiątą i zaczęłam przygotowywać dla nas ubrania. Wyprasowałam Pablowi koszulę, przygotowałam dla Martiny czerwoną sukienkę, odnalazłam swoje wyjściowe buty. Gdy skończyłam to robić, moja córka zeszła na dół. Co mnie zdziwiło była ubrana i uczesana, co się nigdy nie zdarza. Zawsze siedzi w piżamie do godziny trzeciej w południe.
- Hej, mamo! Mogę ci jakoś pomóc?
- W przygotowaniach do Wigilii?
- Tak.
- Wiesz, co... - zaczęłam się zastanawiać. - Tata poszedł odebrać prezenty, więc jak je przyniesie, będziesz mogła je zacząć pakować.
- O, tak! Bardzo chętnie. Jak wróci, to mnie zawołaj, dobrze?
- Oczywiście. - nagle usłyszałyśmy, że samochód podjeżdża pod nasz dom. - Chyba jednak nie będę musiała. Chodź, pomożemy mu, bo trochę tego ma.
Wyszłyśmy na dwór i pomagałyśmy Pablowi zanieść paczki do domu. Niektóre były leciutkie, a inne nieco cięższe. Było ich naprawdę sporawo, gdyż miało być nas na Wigilii osiem, włącznie z nami. Co prawda, niektórzy mają większą rodzinę, ale dla nas, co powtarzam już któryś raz, to nowość, gdyż spędzaliśmy święta tylko w trójkę. Gdy skończyliśmy przenosić paczki, postawiliśmy je w salonie. Dałam Martinie trzy rolki papieru ozdobnego i pudełko gwiazdek samoprzylepnych. Rzecz jasna, prezent dla niej schowaliśmy, bo przecież nie mogła go zobaczyć. Nim się uwinęliśmy, zobaczyliśmy, że dochodzi już godzina, o której mieliśmy się spotkać w domu Casttio, więc szybko się przebraliśmy, ja z Martiną zrobiłyśmy szybki makijaż, a w tym czasie Pablo pakował rzeczy do samochodu. Po tym wyszliśmy i jechaliśmy na Wigilię.

- Hej, witajcie! Nareszcie przyszliście! - przywitała nas Priscilla.
- Cześć. - weszliśmy do środka.
- Martinka, jak ty wyrosłaś! A jak wyładniałaś! - oczywiście, nie obyło się bez tego tekstu.
- Yyy... Dziękuję bardzo. - odpowiedziała z uśmiechem moja córka.
Ściągnęliśmy buty. Pablo z Martiną rozstawiali prezenty pod choinką, a ja weszłam do kuchni, aby zostawić Oldze przygotowane przeze mnie potrawy.
- O dzięki Angie. - zaczęłam rozpakowywać torbę. - Ale wiesz... Byłam pewna, że zapomnisz, więc ja też ugotowałam to wszystko... - dlaczego mnie to nie dziwiło? - No trudno, będzie więcej, to się bardziej najecie.
- Tak, tak Olguś... - uśmiechnęłam się.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Znowu towarzyszka Germana podeszła do drzwi i otworzyła je. Okazało się, że tym razem była to Violetta, Diego i Facundo. Tym razem syn mojej siostrzenicy nasłuchał się jaki jest już duży. Z tego co usłyszałam, mąż Violi miał wstawić walizki do byłego pokoju Violi, bo przyjechali oni na całe święta, natomiast Violetta przyszła do kuchni, aby zapytać się, czy nie potrzebna jest przypadkiem jej pomoc.
- Angie, hej! - podbiegła i mnie przytuliła.
- Hej, kochana! Jak wam minęła podróż?
- Nie było najgorzej. No, ale wiesz... święta... Tłumy ludzi, musisz się wszędzie przepychać...
- No tak... Ale jakoś przeżyliście?
- Tak. - uśmiechnęła się.
- Mamo, wujek German prosił nas, abyśmy nakryli do stołu... - do pomieszczenia weszła moja córka. - O, cześć ciociu.
- Witaj, Martina! - przytuliły się. - Jak tam ci się z Tomem układa?
- Normalnie.
- Normalnie?
- No tak, a jak ma być?
- Yyy...
- Nie, no ciociu, jest wspaniale. Nawet planowaliśmy razem spędzić w święta, ale stwierdziliśmy, że to jeszcze za wcześnie.
- Dobra, później sobie porozmawiacie. Chodźmy, nakryjemy do stołu. - zaczęłam sięgać  talerze z szafki.
Nie minęło parę minut, a na białym obrusie znalazła się biała zastawa, a pod nią sianko. Zapaliliśmy na choince lampki i zaczęliśmy się dzielić opłatkiem. Wbrew pozorom, lubię ten moment, gdyż mam wtedy okazję powiedzieć parę miłych słów innym i usłyszeć coś miłego. Gdy skończyliśmy, usiedliśmy wszyscy do stołu i zaczęliśmy się zajadać. W Polsce, tradycyjną potrawą jest karp, natomiast u nas, w Argentynie zajadamy się pieczonym jagnięciem, za którym wprost przepadam! Jem go tylko w ten jeden dzień w roku, dlatego zawsze się nim najbardziej zajadam. Próbuję także innych potraw, bo trzeba spróbować wszystkiego, ale to najbardziej lubię. Po zjedzonej kolacji wzięliśmy się za prezenty, bo co to by były za święta bez tego jakże istotnego i zarazem jednego z najlepszych,
elementu. Za rozdawanie ich wzięła się Martina razem z Facundo, gdyż oni są najmłodsi i naszym zdaniem, to właśnie  im się należało. Ja i Pablo dostaliśmy między innymi jakieś  słodycze, kawę i inne pierdoły. Najbardziej zaskoczył nas  ogromny witraż z naszymi rodzinnymi zdjęciami. Były tam foty z niedawna, ale również takie z dalekiej przeszłości, na  przykład moje pierwsze zdjęcie z Violettą, kiedy ją w końcu odnalazłam, albo z mojego ślubu z Pablem. Cały witraż miał rozmiary ogromnego telewizora. Stwierdziliśmy, że powiesimy sobie go w sypialni. German z Priscillą dostali podobne rzeczy, oprócz wyklejanki, ale za to dostali również sporawe zdjęcie rodzinne w ramce, które również sobie powieszą nad łóżkiem. Sam German natomiast dostał solową płytę Marii. Największym prezentem otrzymanym przez Violettę i Diego była płyta DVD, która była natychmiast odtworzona. Okazało się, że znajdował się na niej jeden film zmontowany z fragmentów ich koncertów, teledysków, filmów prywatnych oraz zdjęć. Jak dla mnie to było bardzo urocze. Facundo jest jeszcze dzieckiem, w związku z czym dostał zabawki. Moja córka dostała nowego smartphone i laptopa, aczkolwiek pod choinką została jeszcze jedna paczka.
- Prezent dla... Martiny. - przeczytał chłopczyk.
Największa paczka dla mojej córki została na samym końcu. Dziewczyna nieco zdziwiona podeszła do Facundo i wzięła od niego prezent. Nie spodziewała się jeszcze prezentów, bo w pewnym sensie, to właśnie ona dostała najwięcej. Wróciła na miejsce i ściągnęła z niego papier ozdobny. Ku jej oczom ukazało się pudło. Na początku nie za bardzo mogła sobie poradzić z taśmą, którą było pozaklejane, ale wzięła noża i poszło jej to z większą łatwością. Jej mina była niesamowita, gdy zobaczyła tam gitarę. Dokładnie taka, o jakiej zawsze marzyła. Niebieska, z ciekawymi wzorkami u dołu i czarnymi brzegami. Jej dotychczasowy instrument był już nieco zniszczony. W komplecie dostała jeszcze pokrowiec, stroik, trzy różnokolorowe kostki i dwie pary strun.
- Łał... Mamo, tato, dziękuję! - rzuciła się na nas.
- Córciu... Nie chcę cię martwic, ale to nie od nas... - odparł Pablo.
- Jak to? W takim razie... od kogo?
Pierwsze co, zerknęłam na moją siostrzenice, lecz ona zaprzeczyła. W takim razie... czyżby German?
- Nie, ale wiem czyja to sprawka. - uśmiechnął się tajemniczo. - Zajrzyj do kieszeni w pokrowcu.
- Nic tutaj nie ma... A nie, jednak...
"Wiem, że to właśnie o niej marzyłaś.
Mam nadzieję, że Ci się spodobała.
Kocham Cię :*
Ps. Pozdrów wujka Germana ;)"
- Jejku... To od Toma... - zobaczyłam jak jedna łza spływa jej po policzku. - Kurczę, a ja mu nic nie dałam... Mam dla niego prezent, ale myślałam, że wymienimy się nimi, jak się spotkamy...
- Nie martw się, on się na pewno nie gniewa. - odparłam.
- Może masz rację. Czy tylko ja mam już ochotę na deser? - zapytała nagle.
- Nie! Do kuchni! - krzyknął Facundo.
Nagle wszyscy zlecieli się do owego pomieszczenia. Zostałam sama z Pablem, gdyż ja chciałam stanąć przy lustrze, aby poprawić fryzurę, a mój mąż nagle stanął za mną, objął mnie i obrócił w swoją stronę.
- Spójrz w górę najdroższa. - podniosłam wzrok, ku moim oczom ukazała się jemioła. - Feliz Navidad, kochanie.
- Feliz Navidad...
Nasze usta zaczęły się powoli zbliżać do siebie.
- Angie, czy wiesz może... - usłyszałam Germana i spojrzałam się w jego stronę. - Ojjj... Przepraszam... - wycofał się z powrotem do kuchni.
- Na czym to stanęliśmy? - zapytałam z uśmiechem.
- Hmm... Już pamiętam. - zbliżyliśmy się do siebie ponownie.
Nasze usta dotknęły się. Gdy zakończyliśmy pocałunek stykaliśmy się nosami i czołami.
- Te amo mucho...
- Angie! Pablo! Chodźcie na deser! - usłyszeliśmy krzyk Olgi.
- Już idziemy! - odkrzyknął mój mąż.
Pablito złapał mnie za rękę i razem podeszliśmy do stołu.

Hejka! :*
Może odrobinę ta jednorazówka spóźniona, ale grunt, że jest :D.
Miała się pojawić wczoraj, ale ja uwielbiam robić wszystko na ostatnią chwilę, więc... ;).
Mam nadzieję, że się Wam spodobała :).
Tak napomknę jeszcze, że czytałam odrobinę o świętach w Argentynie,
ale to naprawdę nie było za dużo, więc polskie tradycje są poprzeplatane z tymi latynoamerykańskimi.

FELIZ NAVIDAD!
Wiem, że są to spóźnione życzenia, ale lepiej późno niż wcale, nieprawdaż?
Tak więc, mam nadzieję, że karp smakował, Mikołaj był bogaty
i, że najedliście się tyle, że nie mogliście się ruszyć z kanapy :D.
W takim razie pozostaje mi tylko życzyć Wam, abyście cieszyli się
z tych dwóch dni, które nam pozostały, radości z prezentów
i, aby nie przybyły Wam zbędne kilogramy po wczorajszej Wigilii ;).
I oczywiście ŚNIEGU! <3
Ale tego to też sobie życzę :P.

Wesołych świąt! ;*
bloggerka